05.04.2024, 01:10 ✶
— Widać, że przeszło — pochwalił szczerze, uśmiechając się przy tym niewinnie.
Jeszcze tylko brakowało, żeby koledzy Longbottomówny ze szkolnej ławki nasiąkali po wsze czasy jej skłonnościami do nadmiernej gadaniny. Macmillan planował pomodlić się krótko wieczorem o to, aby dawne nawyki nie wróciły do Isaaca, gdy ponownie spotka się ze starą koleżanką. Taka zaraza nie powinna się nadmiernie rozprzestrzeniać. Zwłaszcza pośród pracowników Ministerstwa Magii. Jeszcze przypełznie do jego biura i co wtedy? Wzdrygnął się na myśl, że mógłby kiedyś stać się taką duszą towarzystwa jak Brenna. Straszny los.
— Słyszałem, że pomoc dotarła stosunkowo szybko — poinformował Isaaca, sięgając po kolejny kawałek ciasta. — Wolontariusze, pracownicy Ministerstwa Magii, nawet medycy ze Szpitala św. Munga. Robili, co mogli.
Zamarl, gdy w ustach historyka rozbrzmiało nazwisko Moody. No tak, siostra Alastora. Wiadomo, ten sam departament, więc na pewno zaangażowała się w wydarzenia na Polanie Ognisk. Sebastian zamilkł na dłuższą chwilę, kiwając jedynie sztwno głową na kolejne słowa nowego kolegi. Myślami był zupełnie gdzie indziej.
— Mam takie dziwne przeczucie, że akurat Czarnego Pana straty w ludziach niezbyt interesują — skomentował nieoczekiwanie z krzywą miną.
Jeden osiłek zginie, to na jego miejsce zaraz znajdzie innego, pomyślał z przekąsem. A jak nie znajdzie, to wykorzysta sytuację, żeby pokazać reszcie swych sług, że lepiej być po jego dobrej stronie, bo w przeciwnym razie ryzykuje się nagłą śmiercią. Banda fanatycznych terrorystów. Tak teraz opisywały ich co poniektóre pisma. Ani trochę się temu nie dziwił, a wszelkie strzępki nadziei na to, że Śmierciożercy pójdą o rozum do głowy umarły wraz z chwilą, gdy zbezcześcili Polanę Ognisk.
— Czemu miałby złagodnieć, gdyby Ministerstwo upadło? — Zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc tok myślenia młodego Bagshota. — Porażka instytucji równałaby się jego zwycięstwu, a więc w takiej sytuacji byłby na wygranej pozycji. Rozdawałby wszystkie karty, więc to raczej inni musieliby iść na ustępstwa, a nie on. — Opuścił wzrok, niepocieszony samą wizją takiego scenariusza. — Może oszczędzi przedstawicieli rodów czystej krwi, jak i prominentne osobistości piastujące wysokie stanowiska. To pozwoliłoby na łagodniejsze przekazanie pełni władzy w jego ręce. O ile on w ogóle ma plan na to, co będzie, jeśli uda mu się zwyciężyć.
A akurat z tym Sebastian mógłby polemizować. Atak na Beltane był nadzwyczaj agresywny i brutalny, nawet w porównaniu z falami porwań i napadów, do jakich dochodziło w Londynie i pomniejszych wioskach czarodziejów. Jeśli Czarnemu Panu zależało na czymś więcej niż na dostanie w swojej ręce mocy, jaką mógł zdobyć tylko z magicznych zaświatów, to raczej musiał obejść się smakiem. Liczba sympatyków dla jego sprawy najprawdopodobniej spadła; przynajmniej tych, którzy faktycznie wyłuskali z tej ideologii jakieś logiczne wnioski. Nie wliczał do tego grona rasistów i przestępców, którzy chcieli tylko zwiększyć chaos w kraju.
Jeszcze tylko brakowało, żeby koledzy Longbottomówny ze szkolnej ławki nasiąkali po wsze czasy jej skłonnościami do nadmiernej gadaniny. Macmillan planował pomodlić się krótko wieczorem o to, aby dawne nawyki nie wróciły do Isaaca, gdy ponownie spotka się ze starą koleżanką. Taka zaraza nie powinna się nadmiernie rozprzestrzeniać. Zwłaszcza pośród pracowników Ministerstwa Magii. Jeszcze przypełznie do jego biura i co wtedy? Wzdrygnął się na myśl, że mógłby kiedyś stać się taką duszą towarzystwa jak Brenna. Straszny los.
— Słyszałem, że pomoc dotarła stosunkowo szybko — poinformował Isaaca, sięgając po kolejny kawałek ciasta. — Wolontariusze, pracownicy Ministerstwa Magii, nawet medycy ze Szpitala św. Munga. Robili, co mogli.
Zamarl, gdy w ustach historyka rozbrzmiało nazwisko Moody. No tak, siostra Alastora. Wiadomo, ten sam departament, więc na pewno zaangażowała się w wydarzenia na Polanie Ognisk. Sebastian zamilkł na dłuższą chwilę, kiwając jedynie sztwno głową na kolejne słowa nowego kolegi. Myślami był zupełnie gdzie indziej.
— Mam takie dziwne przeczucie, że akurat Czarnego Pana straty w ludziach niezbyt interesują — skomentował nieoczekiwanie z krzywą miną.
Jeden osiłek zginie, to na jego miejsce zaraz znajdzie innego, pomyślał z przekąsem. A jak nie znajdzie, to wykorzysta sytuację, żeby pokazać reszcie swych sług, że lepiej być po jego dobrej stronie, bo w przeciwnym razie ryzykuje się nagłą śmiercią. Banda fanatycznych terrorystów. Tak teraz opisywały ich co poniektóre pisma. Ani trochę się temu nie dziwił, a wszelkie strzępki nadziei na to, że Śmierciożercy pójdą o rozum do głowy umarły wraz z chwilą, gdy zbezcześcili Polanę Ognisk.
— Czemu miałby złagodnieć, gdyby Ministerstwo upadło? — Zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc tok myślenia młodego Bagshota. — Porażka instytucji równałaby się jego zwycięstwu, a więc w takiej sytuacji byłby na wygranej pozycji. Rozdawałby wszystkie karty, więc to raczej inni musieliby iść na ustępstwa, a nie on. — Opuścił wzrok, niepocieszony samą wizją takiego scenariusza. — Może oszczędzi przedstawicieli rodów czystej krwi, jak i prominentne osobistości piastujące wysokie stanowiska. To pozwoliłoby na łagodniejsze przekazanie pełni władzy w jego ręce. O ile on w ogóle ma plan na to, co będzie, jeśli uda mu się zwyciężyć.
A akurat z tym Sebastian mógłby polemizować. Atak na Beltane był nadzwyczaj agresywny i brutalny, nawet w porównaniu z falami porwań i napadów, do jakich dochodziło w Londynie i pomniejszych wioskach czarodziejów. Jeśli Czarnemu Panu zależało na czymś więcej niż na dostanie w swojej ręce mocy, jaką mógł zdobyć tylko z magicznych zaświatów, to raczej musiał obejść się smakiem. Liczba sympatyków dla jego sprawy najprawdopodobniej spadła; przynajmniej tych, którzy faktycznie wyłuskali z tej ideologii jakieś logiczne wnioski. Nie wliczał do tego grona rasistów i przestępców, którzy chcieli tylko zwiększyć chaos w kraju.