05.04.2024, 03:38 ✶
– Przykro mi – powiedział, udając że naprawdę jest mu przykro. – Ale niektórych sekretów nawet ją nie mogę zdradzić. – Zdawał sobie sprawę z tego, że Brenna wie, że sobie żartował, ale przez krótką chwilę rozmyślał, jak piękny byłby świat, gdyby udało mu się rzeczywiście przekonać kogoś, że ma taki specyfik w domu i nie zawaha się go użyć. Z pewnością byłoby to przydatne. Zwłaszcza, gdy w kasynach podejrzanie za dobrze szło mu w pokerze i ktoś śmiał krzyczeć, że oszukiwał. Co czasem było prawdą.
–I co? Nabrał się – spytał zaciekawiony. Nigdy nie słyszał o tej sytuacji, ale przecież nie był w bliskich stosunkach z każdym istniejącym Krukonem, a to mogło też się wydarzyć, kiedy już opuścił mury szkoły. I jakkolwiek dalej czuł się związany ze swoim domem w Hogwarcie, to musiał przyznać, że nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że nieszczęśnik rzeczywiście posłuchał się "rady" Brenny. Lubił Krukonów, ale, może to przez jego prewecką krew, niektórzy jego koledzy wydawali mu się strasznie naiwni. Zupełnie jakby w całym swoim oczytaniu nie mieli pojęcia, że istnieją też inne rodzaje inteligencji poza tą książkową.
Parsknął cicho pod nosem, rozbawiony jej słowami, chociaż najgorsze było to, że wizja Brenny wcale nie była taka absurdalna. Wręcz przeciwnie przy każdej warzywnej klątwie magimedycy zawsze martwili się, że coś takiego będzie miało miejsce, zwłaszcza gdy pacjent był dodatkowo otumaniony innymi zaklęciami.
– Gwiazdy też na pewno będą prezentować się ładnie – zapewnił ją. – Ale może najpierw i tak spróbujmy się tego pozbyć? – Nie dodał już, że on też żałował, że nie ma pojęcia jakie zaklęcie zostało rzucone, ale zdecydowanie o tym pomyślał. Nie dotarło jednak do niego, i może dobrze, że Brenna w ten sposób sugerowała, by podobne plamy załatwić sobie na drugiej ręce.
– Umh – mruknął rozbawiony, szykując się do użycia Zupełnie Nie Zdzierającego Skórę Eliksiru – Pani Brenno proszę zachować spokój. Przecież skóra by odrosła, po skoku z okna trzeba by było panią dodatkowo składać, a ten eliksir ma przynajmniej czerwony kolor jak pani ulubiony dom. – Lub jak krew. – To po prostu będzie chłodne, ale jeśli coś się będzie działo to proszę krzyczeć.
Zaaplikował dokładnie trzy krople, nie oszukiwał się już że jedna lub dwie wystarczą, na środek pierwszej ze złotych plam i odczekał chwilę. Z plamy zaczęła unosić się para, a Basiliusowi z niepokoju serce podeszło, aż do gardła.
Nie, nie, nie. To nie powinno tak wyglądać. Czemu to paruje? To nie powinno parować. Czy trzy krople to jednak było za dużo? Czy to rzeczywiście zaraz zedrze jej skórę? Czemu po prostu nie poszedł w rodzinny biznes? Nie czekał, ani sekundy by chwycić różdżkę w celu pozbycia się substancji z jej skóry, kiedy... Para bardzo szybko zniknęła, a oni zobaczył, że plama może cały czas tam była, ale zdecydowanie zbladła.
O. No proszę.
– Boli? – spytał, odkładając różdżkę z całej siły starając się zachować profesjonalizm. Coś czuł, że jak tylko zakonczy swoją pracę na dzisiaj, to pójdzie do kasyna, a potem się upije.
–I co? Nabrał się – spytał zaciekawiony. Nigdy nie słyszał o tej sytuacji, ale przecież nie był w bliskich stosunkach z każdym istniejącym Krukonem, a to mogło też się wydarzyć, kiedy już opuścił mury szkoły. I jakkolwiek dalej czuł się związany ze swoim domem w Hogwarcie, to musiał przyznać, że nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że nieszczęśnik rzeczywiście posłuchał się "rady" Brenny. Lubił Krukonów, ale, może to przez jego prewecką krew, niektórzy jego koledzy wydawali mu się strasznie naiwni. Zupełnie jakby w całym swoim oczytaniu nie mieli pojęcia, że istnieją też inne rodzaje inteligencji poza tą książkową.
Parsknął cicho pod nosem, rozbawiony jej słowami, chociaż najgorsze było to, że wizja Brenny wcale nie była taka absurdalna. Wręcz przeciwnie przy każdej warzywnej klątwie magimedycy zawsze martwili się, że coś takiego będzie miało miejsce, zwłaszcza gdy pacjent był dodatkowo otumaniony innymi zaklęciami.
– Gwiazdy też na pewno będą prezentować się ładnie – zapewnił ją. – Ale może najpierw i tak spróbujmy się tego pozbyć? – Nie dodał już, że on też żałował, że nie ma pojęcia jakie zaklęcie zostało rzucone, ale zdecydowanie o tym pomyślał. Nie dotarło jednak do niego, i może dobrze, że Brenna w ten sposób sugerowała, by podobne plamy załatwić sobie na drugiej ręce.
– Umh – mruknął rozbawiony, szykując się do użycia Zupełnie Nie Zdzierającego Skórę Eliksiru – Pani Brenno proszę zachować spokój. Przecież skóra by odrosła, po skoku z okna trzeba by było panią dodatkowo składać, a ten eliksir ma przynajmniej czerwony kolor jak pani ulubiony dom. – Lub jak krew. – To po prostu będzie chłodne, ale jeśli coś się będzie działo to proszę krzyczeć.
Zaaplikował dokładnie trzy krople, nie oszukiwał się już że jedna lub dwie wystarczą, na środek pierwszej ze złotych plam i odczekał chwilę. Z plamy zaczęła unosić się para, a Basiliusowi z niepokoju serce podeszło, aż do gardła.
Nie, nie, nie. To nie powinno tak wyglądać. Czemu to paruje? To nie powinno parować. Czy trzy krople to jednak było za dużo? Czy to rzeczywiście zaraz zedrze jej skórę? Czemu po prostu nie poszedł w rodzinny biznes? Nie czekał, ani sekundy by chwycić różdżkę w celu pozbycia się substancji z jej skóry, kiedy... Para bardzo szybko zniknęła, a oni zobaczył, że plama może cały czas tam była, ale zdecydowanie zbladła.
O. No proszę.
– Boli? – spytał, odkładając różdżkę z całej siły starając się zachować profesjonalizm. Coś czuł, że jak tylko zakonczy swoją pracę na dzisiaj, to pójdzie do kasyna, a potem się upije.