Mówiło się, że prawda była jak dupa – każdy miał swoją i na pewien sposób było to stwierdzenie zgodne z rzeczywistością. Pod warunkiem, że mówiło się o prawdzie subiektywnej, przepuszczonej przez pryzmat rozbijający ją na wszystkie kolory tęczy, a każda źrenica widziała je na swój sposób. Światło mieniące się na łuskach węża… Ale była też prawda obiektywna, z którą można się było kłócić, lecz było to bezcelowe, jeśli miało się głowę nadal przytroczoną do szyi, a mózg wielkości większej niż orzeszek włoski, i zdolnym się było do jakiegokolwiek logicznego myślenia.
To, co działo się w życiu Laurenta, jakkolwiek nie chciał na to patrzeć i zasnuwał to ciemną płachtą, zasłoną podobną całunowi pogrzebowemu, było tym drugim rodzajem prawdy. Był w niebezpieczeństwie, mógł w to nie chcieć wierzyć, mogło do niego nie docierać, ale zmartwienie przyjaciół, którzy wpadli do niego wieczorem 20 lipca, nie wzięło się znikąd, a kilkanaście godzin później miało swój finał. Czy raczej finał aktu pierwszego, a czekało nas jeszcze rozwinięcie oraz epilog taki czy inny. Oni wszyscy byli w niebezpieczeństwie tamtego dnia, lecz taka była ich praca – tak jak pracą Laurenta była opieka nad abraksanami i innymi zwierzętami. Teraz zaś w głównej mierze w niebezpieczeństwie była sama Victoria, skoro Moody powierzyła jej to zadanie, a zamierzała je wykonać sumiennie, a nie na skróty. I już wyobrażając sobie tego molocha, w którego cieniu stała, czuła, że to nie będzie proste – ale nie zamierzała się poddać bez walki, tym bardziej, jeśli chodziło o Laurenta.
– Ulubioną? To znasz jeszcze jakąś? – zaczepia go, oczywiście że nie mówiła tego na poważnie i nie planowała się z nim o to kłócić. Ogólnie… oni się nie kłócili, jedynie wymieniali sprzecznymi opiniami, akceptując w pełni zdanie drugiej strony. Miała jednak dobry humor, niezależnie od tego, jak poważna była sytuacja i zwyczajnie dała temu upust, tym małym szturchnięciem. Widząc wyciągnięte do niej ręce, wyprostowała się trochę na ławce i odwzajemniła gest. Sama chciała, żeby trwało to trochę dłużej, ale nie było jej to dane i chociaż człowiek szybko się przyzwyczajał i przywykła do takiego stanu życia, to i tak było jej żal. Jedyna osoba, która to zimno znosiła dłużej, ostatnio była dla niej znacznie mniej dostępna. – Zaczęłam być prawdziwą ekspertką od eliksirów nasennych – uśmiechnęła się do niego pogodnie, ale taka była prawda. Pomiędzy eksperymentami, miała jeden kociołek przeznaczony ciągle na eliksiry nasenne. Długo się przed nimi broniła i nie piła ich regularnie, ale od czerwca… musiała. Potrzebowała. Po tym ataku we śnie musiała się wspomóc i teraz zażywała ich regularnie. – A ty? Jak się czujesz? – zagaiła, robiąc na ławce miejsce dla Laurenta, ale odwróciła się tak, by móc się mu przyjrzeć.