09.04.2024, 15:32 ✶
- Ludzie mojego pokroju, czyli jacy? - Po prostu Widzący? - Wiara w wolną wolę narzuca mi opinię, że tak długo jak żadna siła nie działa celowo, powstałe zdarzenie jest dziełem przypadku. Lubię być w tej kwestii uparty. Być może powinienem do listy swoich zajęć dopisać prakseologię? - Prakseologię opisaną jak w Revue Philosophique de la France et de l'Étranger. Musiał wierzyć w przypadki. Musiał wierzyć w to, że rodząc się, nabywaliśmy predyspozycje, a nie z góry wytyczony cel, do którego dobieraliśmy ścieżki. Gdyby tak było... wszystko, czego Dolohov dokonał przez lata, stawało się kompletnie bezwartościowe. Bo to mówiło: to nie ty zbudowałeś to imperium z boku od całej tej rozpaczy, jaką niosło ze sobą noszenie swojego nazwiska. To wszechświat ci to narzucił. Wszechświat to prowadzi i wszechświat to skończy. Jeżeli nie miał nad tym żadnej kontroli, to wolałby umrzeć już teraz. Nie dostrzegłby w dalszej egzystencji nawet odrobiny sensu. - Rozróżniam to mocno, wszak takie dzieła przypadku są trudne do przewidzenia, bo przecież... - nie było tam najważniejszych elementów, jakie Widzący dostrzegali tam, gdzie nikt inni nie widział nic - tym, co najklarowniej dostrzegam, są ludzkie intencje.
Absolutnie znienawidziłby to, co Longbottom o nim pomyślał, gdyby tylko mógł zanurzyć się w meandrach jego umysłu. Obojętność, z jaką podchodził do ludzkich działań, nie miała nic wspólnego z uległością ani przyzwoleniem na to, aby ktokolwiek zyskał prawo do kontroli jego życia.
- To nie jest apatia. Patrzysz na to oczyma człowieka. Ja nazwałem to boskim, a na bogach konsekwencje obojętności nie odbijają się wcale. Bo to przecież byty poza czasem i przestrzenią.
Ale on brzmiał wręcz przeciwnie - jakby cieszył się tą myślą, jakoby coś miało sprawować nad nim kontrolę, nadać mu kierunek, którym on mógłby podążać i czuć się swobodnie i bezpiecznie ze świadomością - nie muszę podejmować wyboru. Dla Dolohova chcącego kontrolować każdy aspekt życia swojego i tych, którymi się otaczał, brzmiało to jak największy koszmar, ale ludzie chcący oddawać się losowi w taki sposób właśnie przy takich jak on... mogli wreszcie zaznać odrobiny spokoju.
- Lubisz myśl, że nie masz kontroli nad niczym? Czy po prostu szukasz wskazówek? - Czy oba? Wciąż podpierał się łokciem o brzeg basenu, uśmiechając się tak samo czarującym uśmiechem jak zawsze. Oczywiście, że ten uśmiech był wyuczony. Oczywiście, że każdy ruch, jaki wykonywał, każda zmiana w mimice była czymś, nad czymś dobrze panował, ale... siedział tutaj naprawdę i się na te ruchy decydował i samo w sobie to świadczyło już o głębokim zainteresowaniu, jakim darzył Longbottoma od dłuższego czasu. Przyszedł tutaj w tragicznym nastroju, najchętniej wcisnąłby czyjąś głowę pod taflę wody i trzymał ją tak długo, aż poczuje coś innego i intensywniejszego niż przytłaczające go emocje. A teraz... teraz myślał głównie o tej rozmowie. Powiedzenie, że Erik był w jego typie to potraktowanie sprawy łagodnie. Mało osób było wyższych od niego, ale oto on - dla innych pewnie przerośnięty, dla niego idealny. Typowy człowiek hodujący garb od tego, jak często musiał się schylać - za wysoki jak na Londyn, ale idealnie wysoki kiedy wzięło się pod uwagę tylko to pomieszczenie. Jednocześnie miał tak ciepłą twarz... Zadbaną, dobrą twarz kogoś wychowanego w bogatym, pełnym miłości domu w Dolinie, posiadającą na sobie kilka znamion głębszej historii niż bycie dobrym synem dobrego ojca. Coś do odkrycia w kimś pięknym, o dobrej dykcji, potrafiącym podjąć się rozmowy, której po pierwszym rzucie oka na jego biografię, pewnie niewielu by się spodziewało. Dobrze myślało się o nim jako o kimś, kto mógł zawierać sobie tak lubianą przez Vasilija uległość, ale wymiarze ciekawszym niż oferowali to inni. I chyba nie tylko on to zauważył, bo artykuł o Elliottcie wydającym absurdalne sumy pieniędzy, żeby zjeść z nim kolację, nadal zalegał mu gdzieś z tyłu głowy. To przecież była zagrywka na miarę jego, nie dziwił się Malfoyowi ani trochę. Gdyby licytowali się tam oboje, blondyn musiałby pewnie sprzedać jakąś letnią rezydencję, żeby to w ogóle spłacić.
To go przyciągało.
Ale w Dolohovie zawsze żyło przecież coś jeszcze. Pragnienie bycia pożądanym w o wiele głębszym wymiarze niż zwykła satysfakcja. Tak, lubił rozmowy i intelektualne przepychanki, rozprawy filozoficzne nie prowadzące do niczego prócz wyczerpania kolejnej butelki absurdalnie drogiego wina, ale żeby poczuć zalewające go w środku gorąco nie mógł być jedyną stroną, jaka o kogoś zabiegała. Bo wtedy to była gra. Taka sama, w jaką bawił się z każdym innym, niezależnie od płci, upodobań i charakteru. Istniało tak wiele rzeczy, jakie można było zrobić, aby poczuć się lepiej, ale prawdziwe spełnienie przynosiło mu dopiero stanie się dla kogoś absolutnie wszystkim. To dopiero była typowa klisza - aby człowiek chcący kontrolować wszystko, wciąż potrzebował czuć się jak coś, co ludzie chcieli zdobyć, nawet jeżeli nie mogli. Nawet jeżeli ich brudne palce nie mogły go sięgnąć, nawet jeżeli wysyłane listy płonęły w kominku Praw Czasu, a wieczorne modlitwy odbijały się echem jedynie od ścian pomieszczenia, w którym się znajdowali - i nigdy nie trafiały bezpośrednio do Niego. Może w oczach Longbottoma miało to więcej sensu, gdyby był na tyle stary, aby pamiętać Vakela jako drobnego, filigranowego chłoptasia uwodzącego spojrzeniem i umysłem pełnym gwiazd - a dane im przecież było poznać się dopiero wtedy, kiedy nabrał już szorstkości, gniewu i pazurów.
- Dzień tygodnia nie ma znaczenia. Godzina, tak. - Uśmiechnął się nieco szerzej, kiedy Erik pokazał mu swoją dłoń. Zbliżył się do niego i ujął go w swoją. Blada, duża, ale koścista dłoń wróżbity, była ostatecznym dowodem tego, jak rzadko musiał podejmować się fizycznej pracy. Miękka, bez choćby jednej rysy lub zadrapania, idealnie zadbana. Trzymała jego własną dłoń od spodu, kciukiem przesuwając wzdłuż linii mającej według niektórych nieść informacje o czyimś przeznaczeniu. - Dokładna, najlepiej co do sekundy. Kosmogram zmienia się co dwie godziny. - Odetchnął. - Nigdy nie lubiłem wróżenia z rąk. Twoja mówi, że czeka cię wyboiste życie, ale to przecież wie każdy, kto czyta gazety. Dobry materiał do zmyślania na lokalnym jarmarku. Chcesz, żebym ci o tym opowiedział?
Absolutnie znienawidziłby to, co Longbottom o nim pomyślał, gdyby tylko mógł zanurzyć się w meandrach jego umysłu. Obojętność, z jaką podchodził do ludzkich działań, nie miała nic wspólnego z uległością ani przyzwoleniem na to, aby ktokolwiek zyskał prawo do kontroli jego życia.
- To nie jest apatia. Patrzysz na to oczyma człowieka. Ja nazwałem to boskim, a na bogach konsekwencje obojętności nie odbijają się wcale. Bo to przecież byty poza czasem i przestrzenią.
Ale on brzmiał wręcz przeciwnie - jakby cieszył się tą myślą, jakoby coś miało sprawować nad nim kontrolę, nadać mu kierunek, którym on mógłby podążać i czuć się swobodnie i bezpiecznie ze świadomością - nie muszę podejmować wyboru. Dla Dolohova chcącego kontrolować każdy aspekt życia swojego i tych, którymi się otaczał, brzmiało to jak największy koszmar, ale ludzie chcący oddawać się losowi w taki sposób właśnie przy takich jak on... mogli wreszcie zaznać odrobiny spokoju.
- Lubisz myśl, że nie masz kontroli nad niczym? Czy po prostu szukasz wskazówek? - Czy oba? Wciąż podpierał się łokciem o brzeg basenu, uśmiechając się tak samo czarującym uśmiechem jak zawsze. Oczywiście, że ten uśmiech był wyuczony. Oczywiście, że każdy ruch, jaki wykonywał, każda zmiana w mimice była czymś, nad czymś dobrze panował, ale... siedział tutaj naprawdę i się na te ruchy decydował i samo w sobie to świadczyło już o głębokim zainteresowaniu, jakim darzył Longbottoma od dłuższego czasu. Przyszedł tutaj w tragicznym nastroju, najchętniej wcisnąłby czyjąś głowę pod taflę wody i trzymał ją tak długo, aż poczuje coś innego i intensywniejszego niż przytłaczające go emocje. A teraz... teraz myślał głównie o tej rozmowie. Powiedzenie, że Erik był w jego typie to potraktowanie sprawy łagodnie. Mało osób było wyższych od niego, ale oto on - dla innych pewnie przerośnięty, dla niego idealny. Typowy człowiek hodujący garb od tego, jak często musiał się schylać - za wysoki jak na Londyn, ale idealnie wysoki kiedy wzięło się pod uwagę tylko to pomieszczenie. Jednocześnie miał tak ciepłą twarz... Zadbaną, dobrą twarz kogoś wychowanego w bogatym, pełnym miłości domu w Dolinie, posiadającą na sobie kilka znamion głębszej historii niż bycie dobrym synem dobrego ojca. Coś do odkrycia w kimś pięknym, o dobrej dykcji, potrafiącym podjąć się rozmowy, której po pierwszym rzucie oka na jego biografię, pewnie niewielu by się spodziewało. Dobrze myślało się o nim jako o kimś, kto mógł zawierać sobie tak lubianą przez Vasilija uległość, ale wymiarze ciekawszym niż oferowali to inni. I chyba nie tylko on to zauważył, bo artykuł o Elliottcie wydającym absurdalne sumy pieniędzy, żeby zjeść z nim kolację, nadal zalegał mu gdzieś z tyłu głowy. To przecież była zagrywka na miarę jego, nie dziwił się Malfoyowi ani trochę. Gdyby licytowali się tam oboje, blondyn musiałby pewnie sprzedać jakąś letnią rezydencję, żeby to w ogóle spłacić.
To go przyciągało.
Ale w Dolohovie zawsze żyło przecież coś jeszcze. Pragnienie bycia pożądanym w o wiele głębszym wymiarze niż zwykła satysfakcja. Tak, lubił rozmowy i intelektualne przepychanki, rozprawy filozoficzne nie prowadzące do niczego prócz wyczerpania kolejnej butelki absurdalnie drogiego wina, ale żeby poczuć zalewające go w środku gorąco nie mógł być jedyną stroną, jaka o kogoś zabiegała. Bo wtedy to była gra. Taka sama, w jaką bawił się z każdym innym, niezależnie od płci, upodobań i charakteru. Istniało tak wiele rzeczy, jakie można było zrobić, aby poczuć się lepiej, ale prawdziwe spełnienie przynosiło mu dopiero stanie się dla kogoś absolutnie wszystkim. To dopiero była typowa klisza - aby człowiek chcący kontrolować wszystko, wciąż potrzebował czuć się jak coś, co ludzie chcieli zdobyć, nawet jeżeli nie mogli. Nawet jeżeli ich brudne palce nie mogły go sięgnąć, nawet jeżeli wysyłane listy płonęły w kominku Praw Czasu, a wieczorne modlitwy odbijały się echem jedynie od ścian pomieszczenia, w którym się znajdowali - i nigdy nie trafiały bezpośrednio do Niego. Może w oczach Longbottoma miało to więcej sensu, gdyby był na tyle stary, aby pamiętać Vakela jako drobnego, filigranowego chłoptasia uwodzącego spojrzeniem i umysłem pełnym gwiazd - a dane im przecież było poznać się dopiero wtedy, kiedy nabrał już szorstkości, gniewu i pazurów.
- Dzień tygodnia nie ma znaczenia. Godzina, tak. - Uśmiechnął się nieco szerzej, kiedy Erik pokazał mu swoją dłoń. Zbliżył się do niego i ujął go w swoją. Blada, duża, ale koścista dłoń wróżbity, była ostatecznym dowodem tego, jak rzadko musiał podejmować się fizycznej pracy. Miękka, bez choćby jednej rysy lub zadrapania, idealnie zadbana. Trzymała jego własną dłoń od spodu, kciukiem przesuwając wzdłuż linii mającej według niektórych nieść informacje o czyimś przeznaczeniu. - Dokładna, najlepiej co do sekundy. Kosmogram zmienia się co dwie godziny. - Odetchnął. - Nigdy nie lubiłem wróżenia z rąk. Twoja mówi, że czeka cię wyboiste życie, ale to przecież wie każdy, kto czyta gazety. Dobry materiał do zmyślania na lokalnym jarmarku. Chcesz, żebym ci o tym opowiedział?
with all due respect, which is none