11.04.2024, 22:17 ✶
Vasilij zaśmiał się delikatnie, chociaż ich dowcipy były nieco drętwe. Czasami jednak nie chodziło tylko o wyszukane żarty, ani nawet trafienie w czyjeś poczucie humoru. Czasami chodziło o... nastrój. Nastrój, w którym mogłeś powiedzieć coś głupiego i nawet gdyby spotkało się z odpowiedzią w formie niezręcznego uniesienia brwi, nie zmywało to z tej chwili poczucia bezpieczeństwa. Czegoś, z czym Dolohov czuł się niesamowicie obco, więc starał się nie brać tego pod uwagę. No bo w niczym towarzystwie nie mógł czuć się bezpiecznie. Rodzina, przyjaciele, znajomi - banda fałszywych mord. Większość ludzi widziała w nim obiekt obsesji, inspirację lub interes. Dobrze było być czyimś bogiem, ale to wcale nie znaczyło, że nie musiałeś spodziewać się żadnego ataku. Nie widział już dla siebie innej drogi - gdyby stracił swój blask, zginąłby. Umarł od braku klejnotów, którymi mógłby zdusić wyżerającą mu wnętrzności klątwę i tak zakończyłaby się jego historia - bo Dolohovowi nikt nie podałby ręki, kiedy stawał się w ich historii czymś zbędnym. A nawet jeżeli, to i tak więcej znalazłoby się takich, co by go nogą wcisnęli głębiej w błoto, bo gdyby gwiazda, jaką Dolohov był zgasła, mogliby wejść na jego miejsce. Ha... a przynajmniej mogliby o tym marzyć, bo nawet bojąc się swojego rychłego upadku, wciąż wątpił, aby ktokolwiek był w stanie dorównać mu doskonałością, nawet gdyby zechciał wypełnić po nim lukę. Podzieliliby się tą przestrzenią, ale nikt nie był w stanie samodzielnie zdobyć jej całej.
Nikt. Absolutnie nikt nie był w stanie być tak jasnym, żeby spoglądało na niego tyle par oczu.
Jednocześnie czyniło go to niesamowicie samotnym.
Wszystko, czego do tej pory nauczył się o życiu, mówiło więc: obuduj się. Odpłyń w otchłań wyobraźni - odpowiednia wysokość, szeroka fosa - do każdego można było nabrać fizycznego dystansu, dlaczego więc i nie metaforycznego. Okej - mógł nie brać tego uczucia pod uwagę, ale nie mógł go nie zauważyć. On zauważał absolutnie wszystko. Każdy cień, każdą iskrę przemykającą po czyjejś twarzy. I normalnie to wykorzystywał, nigdy nie był przecież szczególnie dobrym człowiekiem. Tylko że zza tego muru, siedząc na wysokiej wieży tak łatwo było bawić się innymi jak lalkami, bawić się w to, w co tak uwielbiał się bawić. Z Peregrinem też byłoby idealnie gdyby tylko nie jeden mankament - pewnego dnia obudził się i nie był w tej wieży sam. Wstał z łóżka, przeszedł się po pomieszczeniu, wyjrzał przez okno, spoglądał na swoje królestwo i nagle... usłyszał jakiś dźwięk... odwrócił się i taka go zastała niespodzianka - ktoś siedział na jego welurowej sofie i spokojnie przekładał pożółkłe strony jakiegoś opasłego tomiszcza. Zajmował się sobą. W. Jego. Przestrzeni. Nie miał pojęcia, jak tu wszedł.
Aktualnie dziękowali sobie za te żarty oboje - bo on też nie wiedział do końca jak zareagować. Potrafił odegrać tu jakąś scenkę, zaczarować słowem jak nikt inny. Wymyśliłby coś, popchnął to w takim kierunku, w jaki tylko zechciał. Miał w sobie tyle zarozumiałości, aby sądzić, że potrafiłby uczynić z Trelawneyem co tylko przyszłoby mu do głowy. Sęk w tym, że... nic nie przychodziło mu do głowy. Pustka. Nie miał zielonego pojęcia, czego właściwie od niego oczekiwał, poza pewnością o konieczności trzymania go tutaj pazurami za wszelką cenę.
- Ją miałeś zamknąć w piwnicy, a nie nas - zwrócił mu uwagę, po czym pokręcił głową, ale w taki ewidentnie rozbawiony sposób. - Byłoby wspaniale, gdyby Annaleigh wzięła przykład z Williama i z niej nie wychodziła, ale jakiś czas temu odwiedziła mnie tu nawet Brygada Uderzeniowa. Najgorsze jest to, że nawet nie wiem dlaczego - pamiętam jak przez mgłę to, jak ich zbywam. Powiedziałem im, że Aneczka ma się wspaniale i mogą wrócić do swoich spraw, a oni tak po prostu sobie poszli. - Napił się kawy, przez krótki moment wpatrując się w przestrzeń. - Gdyby nie to, że pracuję z tym od lat, pewnie wziąłbym to za jakiś sen. Taki najgorszy z możliwych, który przychodzi przy zbyt wysokiej gorączce.
Wpatrywał się w niego od dłuższego już momentu. Nie przestał świdrować go nawet w chwili, kiedy sporządzał notatkę w swoim dzienniku i utonął gdzieś dalej.
- Czasy naprawdę się zmieniły - zauważył, chociaż pewnie był tu jednak mocno niedomyślny. Kiedy był młody, nawet w mugolskim, niby to progresywnym świecie, za jego styl życia groziłoby mu więzienie lub chemiczna kastracja. Ojciec zamienił jego życie w piekło, żeby tylko uniknąć wielkiej kompromitacji, a Peregrin... bardziej przejął się innym tego aspektem. Nie zmienił się wyraz jego twarzy. Jedynie zaklął. - Może to w jakimś sensie był sen. - Rzucił nagle. - Bo czuję się, jakbym dopiero co się obudził, po bardzo, bardzo długiej nieobecności. - To powiedziawszy, odchylił się w tył na swoim krześle i tym razem nie darował mu wejścia w ten temat głębiej. - Przejmujesz się tym, że dopiero teraz możesz mnie naprawdę poznać?
Nikt. Absolutnie nikt nie był w stanie być tak jasnym, żeby spoglądało na niego tyle par oczu.
Jednocześnie czyniło go to niesamowicie samotnym.
Wszystko, czego do tej pory nauczył się o życiu, mówiło więc: obuduj się. Odpłyń w otchłań wyobraźni - odpowiednia wysokość, szeroka fosa - do każdego można było nabrać fizycznego dystansu, dlaczego więc i nie metaforycznego. Okej - mógł nie brać tego uczucia pod uwagę, ale nie mógł go nie zauważyć. On zauważał absolutnie wszystko. Każdy cień, każdą iskrę przemykającą po czyjejś twarzy. I normalnie to wykorzystywał, nigdy nie był przecież szczególnie dobrym człowiekiem. Tylko że zza tego muru, siedząc na wysokiej wieży tak łatwo było bawić się innymi jak lalkami, bawić się w to, w co tak uwielbiał się bawić. Z Peregrinem też byłoby idealnie gdyby tylko nie jeden mankament - pewnego dnia obudził się i nie był w tej wieży sam. Wstał z łóżka, przeszedł się po pomieszczeniu, wyjrzał przez okno, spoglądał na swoje królestwo i nagle... usłyszał jakiś dźwięk... odwrócił się i taka go zastała niespodzianka - ktoś siedział na jego welurowej sofie i spokojnie przekładał pożółkłe strony jakiegoś opasłego tomiszcza. Zajmował się sobą. W. Jego. Przestrzeni. Nie miał pojęcia, jak tu wszedł.
Aktualnie dziękowali sobie za te żarty oboje - bo on też nie wiedział do końca jak zareagować. Potrafił odegrać tu jakąś scenkę, zaczarować słowem jak nikt inny. Wymyśliłby coś, popchnął to w takim kierunku, w jaki tylko zechciał. Miał w sobie tyle zarozumiałości, aby sądzić, że potrafiłby uczynić z Trelawneyem co tylko przyszłoby mu do głowy. Sęk w tym, że... nic nie przychodziło mu do głowy. Pustka. Nie miał zielonego pojęcia, czego właściwie od niego oczekiwał, poza pewnością o konieczności trzymania go tutaj pazurami za wszelką cenę.
- Ją miałeś zamknąć w piwnicy, a nie nas - zwrócił mu uwagę, po czym pokręcił głową, ale w taki ewidentnie rozbawiony sposób. - Byłoby wspaniale, gdyby Annaleigh wzięła przykład z Williama i z niej nie wychodziła, ale jakiś czas temu odwiedziła mnie tu nawet Brygada Uderzeniowa. Najgorsze jest to, że nawet nie wiem dlaczego - pamiętam jak przez mgłę to, jak ich zbywam. Powiedziałem im, że Aneczka ma się wspaniale i mogą wrócić do swoich spraw, a oni tak po prostu sobie poszli. - Napił się kawy, przez krótki moment wpatrując się w przestrzeń. - Gdyby nie to, że pracuję z tym od lat, pewnie wziąłbym to za jakiś sen. Taki najgorszy z możliwych, który przychodzi przy zbyt wysokiej gorączce.
Wpatrywał się w niego od dłuższego już momentu. Nie przestał świdrować go nawet w chwili, kiedy sporządzał notatkę w swoim dzienniku i utonął gdzieś dalej.
- Czasy naprawdę się zmieniły - zauważył, chociaż pewnie był tu jednak mocno niedomyślny. Kiedy był młody, nawet w mugolskim, niby to progresywnym świecie, za jego styl życia groziłoby mu więzienie lub chemiczna kastracja. Ojciec zamienił jego życie w piekło, żeby tylko uniknąć wielkiej kompromitacji, a Peregrin... bardziej przejął się innym tego aspektem. Nie zmienił się wyraz jego twarzy. Jedynie zaklął. - Może to w jakimś sensie był sen. - Rzucił nagle. - Bo czuję się, jakbym dopiero co się obudził, po bardzo, bardzo długiej nieobecności. - To powiedziawszy, odchylił się w tył na swoim krześle i tym razem nie darował mu wejścia w ten temat głębiej. - Przejmujesz się tym, że dopiero teraz możesz mnie naprawdę poznać?
with all due respect, which is none