Baczne spojrzenia otaczających ją osób były czymś, do czego Rowle zdążyła się przyzwyczaić. Nadal miała problem z zaakceptowaniem ich, przez co im więcej par oczu na sobie czuła, tym mniej swobodnie się poruszała.
Skinęła głowa i powiedziała „dziękuję”, po czym zaczęła przyglądać się i tarteletkom, i krzątającej się za ladą Norze. Nie wiedziała, że kobieta jest właścicielką, ale i tak zagaiła, kiedy Nora wróciła z kawą.
— Wezmę trzy razy te tartatelki z malinami, niestety marcepan to nie mój smak. — pokazała palcem na wypiek, nie zauważając, że przeinaczyła nazwę. — Bardzo…klimatyczne miejsce. Chyba nowe? Bo nie przypominam sobie, żeby ulica Pokątna była tak kolorowa ostatnio, kiedy tu byłam.
Wyciągnęła z kieszeni bordową sakiewkę, a z niej trzy sykle, które cicho brzęknęły w jej dłoni. Może coś jeszcze wezmę? Albo później...
— Widać, że właściciel dba o to miejsce.