06.04.2024, 02:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 02:59 przez Ambrosia McKinnon.)
Nie zamierzała się nawet przyznawać do tego, że sama była winna podobnych rzeczy, bo aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że tego typu akcje to była zwyczajna głupota. Szczególnie, kiedy było się świadomym tego, że przeciwnik otwierał nie dwoje oczu, a trójkę i patrzył na coś, czego ona sama nie była w stanie pochwycić, a jedynie zdawała sobie z tego sprawę. Ale mimo tego, czasem wygrywała. Nie była pewna czy Alex jej na to pozwalał - znaczy, czasem na pewno, bo wtedy było to po nim widać - czy może robił to wtedy kiedy ślepł tymczasowo na to twoje trzecie oko. Nie przeszkadzało jej to jednak zbytnio, bo chodziło o samą wygraną, a nie jak do tego doszło.
Uśmiechnęła się do Millie krótko, a w kącikach ust czaiło się przemądrzałe jeszcze zobaczymy. Nie życzyła kuzynce, żeby jej ten mops prosto w twarz się uzewnętrznił, ale nie narzekałaby, gdyby okazało się że miała rację. Puknęła jeszcze oskarżycielko palcem w wyciągniętą przed chwilą kartę, ostatni raz w myślach powtarzając jej, żeby się łaskawie zamknęła i nie wychylała, a potem schowała ją do talii.
Pierwsza talia, to było to, co dziewczyny ze sobą łączyło, bo matka Rosie też podarowała jej właśnie tę najbardziej standardową, w ramach wstępu do sztuki tarota. Ale nawet, jeśli Rosie darzyła swoją talię głębokim uczuciem, to na przestrzeni tych wszystkich lat, chyba mniej jak jedna trzecia należała do oryginału. Część pogubiła, część została zastąpiona egzemplarzami z innych talii, niektóre z nich ledwo dało się już rozczytać, a inne nosiły ślady zabrudzeń, naddarcia czy inne wymyślne znamiona. Niektórych w ogóle brakowało, a ich miejsce zastępowały tymczasowo karty z innej talii, które powtarzały egzemplarze z jej talii. Na przykład, na ten moment nie była w stanie wyciągnąć trójki, siódemki, ósemki i dziesiątki mieczy. Należało do tego dołączyć ósemkę pucharów, wieżę i diabła, bo te karty od paru tygodni znajdowały się u Alexandra.
Jedną z nielicznych rzeczy, jaką Mulciber akurat umiał robić, było użalanie się nad sobą i przyjmowanie winy, którą go obarczała, a przez to nawet nie próbował odsyłać jej kart, którymi wyliczała mu wszystkie winy. Wysłał jej zamiast tego Głupca i McKinnon prawie zwymiotowała, kiedy zalała się łzami z wściekłości, czytając jego kulfony głoszące Odwrócony dla mnie, prosty dla Ciebie. Ale nie odpisała mu wtedy nic, bo była zbyt dumna. Zbyt oburzona i zbyt zraniona, uznając też trochę, że jedne ze słów którymi pożegnała go tamtej wtorkowej nocy były wystarczające.
Do trzech razy sztuka, prawda Alexandrze?
Nawet jeśli był już koniec kwietnia, ona wciąż nie mogła przeboleć tego, jak okropnie złamał jej serce 14 marca. W jej cholerne urodziny i chyba ten właśnie element bolał ją w tym wszystkim najbardziej. Pożal się boże prezent, dowiedzieć się że mężczyzna twojego życia znalazł sobie zasraną żonę. Kobietę, z którą miał spędzić resztę swojego życia, a która nie była nią. Wiła się więc w sobie, tym bardziej że nie mogła tego nikomu powiedzieć, bo ich związek, Loretty i Alexandra, był jakąś głupią tajemnicą. A ona, nawet jeśli jej serce krwawiło niemal tak mocno jak siedem lat temu, wciąż była wobec niego lojalna.
Skręcała się w sobie bardziej i bardziej, w miarę jak Millie wykładała na stolik kolejne karty rozkładu. Krzywo, chciała powiedzieć złośliwie, ale wyłożona Arcykapłanka i Pustelnik skutecznie ścierali jej cwaniacki uśmieszek z twarzy, zastępując go jakimś ponurym cieniem zniesmaczenia.
To były ich karty. Ich ładne, wyidealizowane wersje siebie, które pokazywali sobie chcąc przemówić drugiemu do rozsądku i pokazać, czym pięknym mogli się stać gdyby nad sobą popracowali. A fakt, że znajdowały się w takich miejscach w krzywym rozkładzie, który wyłożyła jej kuzynka? Rosie uśmiechnęła się do niej lekko, w dziwny, niepokojący sposób po którym było widać, że nie wie czy się zaśmiać, czy może coś rozpierdolić.
- Weź te swoje karty i wywal je przez okno, albo spal je w ogóle, bo chyba za mądre są dla ciebie - rzuciła sucho, pochylając się i opierając czołem o blat lakowanego stolika, chociaż prawdę powiedziawszy to miała ochotę teraz pierdolnąć w niego głową z całej siły. Potem natomiast już nie wytrzymała i zaśmiała się histerycznie, zaraz ten śmiech próbując stłumić dłonią, ale nie była pewna że to pomoże, bo czuła że ją tu zaraz popierdoli.
- Pojebie mnie zaraz przysięgam Mills. NA KOLANACH, KURWA MAĆ - szarpnęła głową, uderzając nią w stolik, ale tylko raz i nie jakoś mocno, chcąc wyrzucić z głowy te wszystkie obrazy, które właśnie zaszczepiła w jej głowie Moody. Potem znowu ni to zaśmiała się, ni to załkała spazmatycznie, będąc na granicy samej nie wiedzieć czego. Chyba faktycznie utraty zmysłów i wszystkiego co trzymało ją zdrową na umyśle. Bo akurat nie wątpiła w to, że w odpowiednich okolicznościach Mulciber przyczołgałby się do niej na tych klęczkach i to bardzo chętnie nawet.
Uśmiechnęła się do Millie krótko, a w kącikach ust czaiło się przemądrzałe jeszcze zobaczymy. Nie życzyła kuzynce, żeby jej ten mops prosto w twarz się uzewnętrznił, ale nie narzekałaby, gdyby okazało się że miała rację. Puknęła jeszcze oskarżycielko palcem w wyciągniętą przed chwilą kartę, ostatni raz w myślach powtarzając jej, żeby się łaskawie zamknęła i nie wychylała, a potem schowała ją do talii.
Pierwsza talia, to było to, co dziewczyny ze sobą łączyło, bo matka Rosie też podarowała jej właśnie tę najbardziej standardową, w ramach wstępu do sztuki tarota. Ale nawet, jeśli Rosie darzyła swoją talię głębokim uczuciem, to na przestrzeni tych wszystkich lat, chyba mniej jak jedna trzecia należała do oryginału. Część pogubiła, część została zastąpiona egzemplarzami z innych talii, niektóre z nich ledwo dało się już rozczytać, a inne nosiły ślady zabrudzeń, naddarcia czy inne wymyślne znamiona. Niektórych w ogóle brakowało, a ich miejsce zastępowały tymczasowo karty z innej talii, które powtarzały egzemplarze z jej talii. Na przykład, na ten moment nie była w stanie wyciągnąć trójki, siódemki, ósemki i dziesiątki mieczy. Należało do tego dołączyć ósemkę pucharów, wieżę i diabła, bo te karty od paru tygodni znajdowały się u Alexandra.
Jedną z nielicznych rzeczy, jaką Mulciber akurat umiał robić, było użalanie się nad sobą i przyjmowanie winy, którą go obarczała, a przez to nawet nie próbował odsyłać jej kart, którymi wyliczała mu wszystkie winy. Wysłał jej zamiast tego Głupca i McKinnon prawie zwymiotowała, kiedy zalała się łzami z wściekłości, czytając jego kulfony głoszące Odwrócony dla mnie, prosty dla Ciebie. Ale nie odpisała mu wtedy nic, bo była zbyt dumna. Zbyt oburzona i zbyt zraniona, uznając też trochę, że jedne ze słów którymi pożegnała go tamtej wtorkowej nocy były wystarczające.
Do trzech razy sztuka, prawda Alexandrze?
Nawet jeśli był już koniec kwietnia, ona wciąż nie mogła przeboleć tego, jak okropnie złamał jej serce 14 marca. W jej cholerne urodziny i chyba ten właśnie element bolał ją w tym wszystkim najbardziej. Pożal się boże prezent, dowiedzieć się że mężczyzna twojego życia znalazł sobie zasraną żonę. Kobietę, z którą miał spędzić resztę swojego życia, a która nie była nią. Wiła się więc w sobie, tym bardziej że nie mogła tego nikomu powiedzieć, bo ich związek, Loretty i Alexandra, był jakąś głupią tajemnicą. A ona, nawet jeśli jej serce krwawiło niemal tak mocno jak siedem lat temu, wciąż była wobec niego lojalna.
Skręcała się w sobie bardziej i bardziej, w miarę jak Millie wykładała na stolik kolejne karty rozkładu. Krzywo, chciała powiedzieć złośliwie, ale wyłożona Arcykapłanka i Pustelnik skutecznie ścierali jej cwaniacki uśmieszek z twarzy, zastępując go jakimś ponurym cieniem zniesmaczenia.
To były ich karty. Ich ładne, wyidealizowane wersje siebie, które pokazywali sobie chcąc przemówić drugiemu do rozsądku i pokazać, czym pięknym mogli się stać gdyby nad sobą popracowali. A fakt, że znajdowały się w takich miejscach w krzywym rozkładzie, który wyłożyła jej kuzynka? Rosie uśmiechnęła się do niej lekko, w dziwny, niepokojący sposób po którym było widać, że nie wie czy się zaśmiać, czy może coś rozpierdolić.
- Weź te swoje karty i wywal je przez okno, albo spal je w ogóle, bo chyba za mądre są dla ciebie - rzuciła sucho, pochylając się i opierając czołem o blat lakowanego stolika, chociaż prawdę powiedziawszy to miała ochotę teraz pierdolnąć w niego głową z całej siły. Potem natomiast już nie wytrzymała i zaśmiała się histerycznie, zaraz ten śmiech próbując stłumić dłonią, ale nie była pewna że to pomoże, bo czuła że ją tu zaraz popierdoli.
- Pojebie mnie zaraz przysięgam Mills. NA KOLANACH, KURWA MAĆ - szarpnęła głową, uderzając nią w stolik, ale tylko raz i nie jakoś mocno, chcąc wyrzucić z głowy te wszystkie obrazy, które właśnie zaszczepiła w jej głowie Moody. Potem znowu ni to zaśmiała się, ni to załkała spazmatycznie, będąc na granicy samej nie wiedzieć czego. Chyba faktycznie utraty zmysłów i wszystkiego co trzymało ją zdrową na umyśle. Bo akurat nie wątpiła w to, że w odpowiednich okolicznościach Mulciber przyczołgałby się do niej na tych klęczkach i to bardzo chętnie nawet.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror