Przynajmniej jeden z nich posiadał jakieś minimum rozsądku w tym wszystkim. Tylko kto tu był ofiarą kogo? Laurent czuł się przegranym na tylu płaszczyznach, że być może Isaac był tylko szczęśliwcem, który trafił w odpowiednim momencie w pole widzenia morza, jakie niesione było w oczach Laurenta. Nie było żadnej litości w falach Matki Wody. Dziś była czułą kochanką, jutro mogła stać się zupełną zgubą, ale Laurent nie lubił tak o sobie myśleć. Nie był w końcu oceanem, który bez żadnego uczucia pochłaniałby i wypluwał. Wolał myśleć, że jest tymi chłodnymi falami w upalny dzień, które obmywają nogi na złocistym piasku. Tym przypływem, którego wyczekujesz, bo w twojej dłoni może zostać piękny bursztyn, a jeśli nie bursztyn to chociaż piękna muszla. Jesteś tym pierwszym, który się zjawił, kiedy wody były obłaskawione i kiedy chciały obdarzać, nie zabierać. Więc czy Isaac był ofiarą? Kogo? Swojego pożądania? Swojej niemożliwości, żeby nie poczuć ciepła drugiego ciała? A może Laurenta, który chciał, o zgrozo, "polować"? Czy jednak to Laurent miał być ofiarą tego, że ta owalna twarzyczka o takim zabójczo ciepłym uśmiechu obdarzyła tym uśmiechem właśnie jego w dobie takiego kryzysu, gdzie ciepło było jak diamenty wyrwane z serca krwawej Afryki? Ludzie tam za nimi ginęli, zdajesz sobie z tego sprawę? Na śmierć, kryzys, deszcz i rozsądek Laurent był teraz ślepy, bo widział tylko czerń zamkniętych powiek i błyskającą feerię barw pod nimi. Nie musiał widzieć niczego, żeby czuć całym swoim ciałem Isaaca - jego usta na swojej skórze, jego dłoń w rękawiczce, która już zepsuła idealne ułożenie jego koszuli, jego palce bawiące się platyną włosów. Jeśli przesunąłby próg tej przyjemności o jeden wyżej to zmiękłyby mu kolana i Isaac musiałby włożyć wysiłek w przytrzymywaniu go, żeby nie osunął się w jego ręce.
Wydawało mu się, że zapomniał oddychać, ale oddychał przez cały ten czas - szybciej niż kilka chwil temu. Dla odmiany nie był to ten oddech, który dusiłby go, który zaciskałby rękę na jego klatce piersiowej i sprawiał, że serce by się łamało, a umysł rozpadał jak połamane szkło. Tutaj serce też biło mocno - wygrywało tercet dla tego człowieka, którego miał przed sobą. Chociaż na ten jeden wieczór, na tych kilka chwil, odda mu je i zabierze jego własne. Morze pochłonęło już tyle serc, lecz, och Boże, ciągle jestem tylko swój. To przez Isaaca rozpryskiwał się jego umysł i myśli, ale to nie były ostre kawałki szkła. Był ja róża, która otrzepywała się ze swoich kolców, żeby palce mogły poczuć jedwab jego płatków. Choć nie do końca mogły. Nie wiedział, co stało się mu w dłoń. Czy to jedna z paskudnych chorób, nieuleczalnych, czy może faktycznie drobna niedogodność, choroba, która przejdzie - trzeba pozwolić jej tylko na odrobinę czasu. Nie zastanawiał się teraz nad tym, ale to zastanowienie przyjdzie, kiedy już pozbiera samego siebie w jedną całość i przestanie być tylko jedną komórką zapisaną tylko dla przyjemności Isaaca i zwrotnie - swojej.
- Nie, Isaacu. Ja jedynie odpowiedziałem na twoje modlitwy. - Ujął jego twarz w obie swoje dłonie i przesunął palcami wzdłuż jego twarzy, by wsunąć je w kosmyki włosów mężczyzny, jakby ten ruch mógł zetrzeć z niego to wrażenie ataku, jakby jego melodyjny, cichy głos mógł być odpowiedzią na modlitwy wypowiadane w duszy. Mogły? Na pewno jego dłonie miały teraz moc, żeby ściągnąć chociaż na parę godzin ciężar z jego ramion i wyciągnąć go z miejsca, w którym się znajdował. Gdziekolwiek by to miejsce nie było - skoro on sam był aniołem, to mógł dolecieć do bruneta dokądkolwiek. - Nauczę. - Odparł z uśmiechem błąkającym się na wargach. Zsunął swoje palce po jego potylicy tak, żeby zamknąć je za jego karkiem. Lubisz kontrolę, Isaacu? To była forma kontroli, ale innego rodzaju niż ta, którą Laurent chciał powierzyć w ręce Bagshota i jednocześnie jego ręce ująć, żeby naprowadzić je na swoje ciało i jego własne, by znalazł te miejsca, na które nacisk wywoływał najgłębszy oddech, wyciskał z płuc najgłębszą melodię. Jak gra na skrzypcach - a tej mógł się nauczyć każdy.
Cofnął się, schylił po zagubiony kapelusz i otrzepał go z trawy, by wsadzić go na swoją własną głowę. Ujął prawą dłoń Isaaca i częściowo idąc tak, żeby na niego ciągle spoglądać, żeby nie odrywać się od jego oczu, skierował się do drzwi. Nie było w tym szalonej gonitwy za tym, żeby znaleźć się w punkcie, w którym Isaac mógłby go docisnąć do poduszki. Drzwi zostały otworzone przez gospodarza, zamknięte, pewnie zakluczone. W takich chwili nie wątpił, dlaczego kiedyś popełnił błąd w swoim życiu - był niewolnikiem swojej własnej żądzy, która teraz była nabuzowana przez coś, co miało mu w teorii pomóc. Coś, co liczył, że rozwiąże jego problemy podkręciło jednak właśnie ten, w którym z takim głodem chciał szukać męskich ramion wokół siebie.
Przyciągnął Isaaca do siebie po przekroczeniu drzwi, kapelusz znowu był skazany na to, żeby się zsunąć i spaść na ziemię. Zapach perfum Bagshota mieszał się z cudowną wonią deszczu i trawy, kiedy w pocałunkach, pieszczotach, przesunął się z nim do sypialni, gubiąc po drodze kroczek po kroczku elementy garderoby. Nieśpiesznie. Bo Laurentowi się nie śpieszyło. Przeciągał te chwile i badał. Nawet już siedząc na łóżku, wciąż w spodniach, badał Isaaca i płomień jego oczu. Sprawdzał. Czy rósł? Czy nabierał na sile? Czy zaraz uda mu się go doprowadzić do tego, że spłonie całkowicie i z niecierpliwością, zupełnie opętany żądzą, przestanie mu pozwalać na te frywolne i prowokujące zabawy, w których pozwalał na eksplorację swojego ciała - i w których chciał, żeby Isaac eksplorował też własne? Znał wielu ludzi, którzy by potępili go za rozłożenie nóg przed kimś o nazwisku, które naraziło jego życie. Ale to nie było coś, czym przejmował się w momencie, kiedy czerpał pełną rozkosz z rozkładania tych nóg.
Naprawdę nie czuł się doskonale, kiedy się przebudził. Właściwie to czuł się całkiem źle - jak zawsze, kiedy wypił o parę łyków alkoholu za dużo i cały jego organizm chciał już tylko zatopić się w morskich falach i tam schronić przed bodźcami tego świata. Musiał przysnąć tylko na chwilę sądząc po tym, że nawet nie zrobiło się dobrze ciemno, ale wystarczającą, żeby policzki przestały być rumiane, a ciało rozgrzane do czerwoności rozkoszą. Odetchnął, czując mieszankę tytoniu i alkoholu - najgorsza mieszanka, na jaką nie pozwalał sobie od lat. Potarł powieki i ze znużeniem uniósł się na łóżku, spoglądając, czy jego gospodarz leży obok, czy może jednak urzędował w domu, chociażby po to, żeby się umyć.