06.04.2024, 11:09 ✶
- Oby ci za karę przyszło kiedyś cudze dzieci wychowywać.- Lubiła powtarzać matka, gdy Lorien raz po raz odrzucała potencjalnych kandydatów na męża, spraszanych na “popołudniową kawę i ciasto”. Potem zaczynała tyradę o tykającym zegarze biologicznym i fakcie, że komu jak komu ale córce za wiele czasu nie zostało.
Kolejna z rzeczy za którymi po latach może nawet trochę się tęskniło. Nieszczególnie mocno, ale wciąż. Ciekawe czym zajmował się aktualnie ten biedak Rosier, którego Adeline Crouch spacyfikowała gradem pytań o to jak szybko jest w stanie dać jej wnuki.
Hm.
Lorien wróciła myślami na ziemię, tak szybko jak z niej uciekła.
Skrzyżowała ręce na wysokości piersi, postukując paznokciami o przedramię. Ramieniem wsparła się o futrynę drzwi. Nie wyglądała jakby miała zamiar pasierbicy pomóc w ogarnięciu szkła, ale zamiast tego wyjrzała na korytarz, upewniając się, że hałas jak na razie nie ściągnął żadnych dodatkowych gapiów.
- Wiesz, gdy ja wróciłam po ostatnich egzaminach do domu, pierwszej czy drugiej nocy uznałam, że gruntownie posprzątam pokój. Zupełnie “przypadkiem”... - uniosła palce obu dłoni do góry w charakterystycznym geście cudzysłowu.- …pozbyłam się portretu mojej prababki. Wywaliłam ją do piwnicy. Nie przewidziałam, że się od razu zorientuje i narobi hałasu na pół dzielnicy…- Zamilkła nagl, uznając, że odpuści sobie dalszą część historii o kilkumiesięcznym szlabanie i złości matki. Nie chciała młodej niepotrzebnie straszyć. I tak wyglądała… Na co najmniej rozemocjonowaną.- Summa summarum, nocne porządki nigdy nie przynoszą nic dobrego.
Cokolwiek się tu działo musiało Sophie mocno wstrząsnąć. Wyglądała jakby była na skraju kompletnej rozsypki, a tego Lorien mogłaby nie znieść. Nastolatkowie i ich wybujałe problemy były trochę ponad jej siły.
Czy chciała wiedzieć dlaczego dziewczyna pakowała butelki i inne szklane baniaki do pudeł pod osłoną nocy? Nie. Nie jej dziecko, nie jej problem. Pech chciał, że kiedy bogowie rozdawali empatię i umiejętności pocieszania, Lorien stała w kolejce po bardziej przydatne umiejętności.
- Jutro też jest dzień, Sophie.- Powiedziała siląc się na najbardziej łagodny ton głosu. Taki, który pewnie ruda potrzebowała usłyszeć żyjąc wśród Mulciberów.- Chodź. - Wyciągnęłą przed siebie jedną rękę, machając dłonią zachęcająco.- Zaparzyłam trochę za dużo herbaty.
Kolejna z rzeczy za którymi po latach może nawet trochę się tęskniło. Nieszczególnie mocno, ale wciąż. Ciekawe czym zajmował się aktualnie ten biedak Rosier, którego Adeline Crouch spacyfikowała gradem pytań o to jak szybko jest w stanie dać jej wnuki.
Hm.
Lorien wróciła myślami na ziemię, tak szybko jak z niej uciekła.
Skrzyżowała ręce na wysokości piersi, postukując paznokciami o przedramię. Ramieniem wsparła się o futrynę drzwi. Nie wyglądała jakby miała zamiar pasierbicy pomóc w ogarnięciu szkła, ale zamiast tego wyjrzała na korytarz, upewniając się, że hałas jak na razie nie ściągnął żadnych dodatkowych gapiów.
- Wiesz, gdy ja wróciłam po ostatnich egzaminach do domu, pierwszej czy drugiej nocy uznałam, że gruntownie posprzątam pokój. Zupełnie “przypadkiem”... - uniosła palce obu dłoni do góry w charakterystycznym geście cudzysłowu.- …pozbyłam się portretu mojej prababki. Wywaliłam ją do piwnicy. Nie przewidziałam, że się od razu zorientuje i narobi hałasu na pół dzielnicy…- Zamilkła nagl, uznając, że odpuści sobie dalszą część historii o kilkumiesięcznym szlabanie i złości matki. Nie chciała młodej niepotrzebnie straszyć. I tak wyglądała… Na co najmniej rozemocjonowaną.- Summa summarum, nocne porządki nigdy nie przynoszą nic dobrego.
Cokolwiek się tu działo musiało Sophie mocno wstrząsnąć. Wyglądała jakby była na skraju kompletnej rozsypki, a tego Lorien mogłaby nie znieść. Nastolatkowie i ich wybujałe problemy były trochę ponad jej siły.
Czy chciała wiedzieć dlaczego dziewczyna pakowała butelki i inne szklane baniaki do pudeł pod osłoną nocy? Nie. Nie jej dziecko, nie jej problem. Pech chciał, że kiedy bogowie rozdawali empatię i umiejętności pocieszania, Lorien stała w kolejce po bardziej przydatne umiejętności.
- Jutro też jest dzień, Sophie.- Powiedziała siląc się na najbardziej łagodny ton głosu. Taki, który pewnie ruda potrzebowała usłyszeć żyjąc wśród Mulciberów.- Chodź. - Wyciągnęłą przed siebie jedną rękę, machając dłonią zachęcająco.- Zaparzyłam trochę za dużo herbaty.