06.04.2024, 15:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 15:08 przez Anthony Shafiq.)
Nie musiał długo czekać, by zaczęła roztaczać swój czar, aurę dusznej tajemnicy skrywającej się za przyjemnym, eleganckim obliczem. Przyjemnym było myśleć o wspólnym ich mianowniku, o jej słodkim wyrachowaniu, ażurowych koronkach kłamstewek sączonych do uszu wielu, ale też determinacji i woli przetrwania. Smoczyca która zasiadła na jego fotelu straciła swój skarbiec, ale nie straciła duszy. Przez moment patrząc na nią zastanawiał się jak sporym nietaktem byłoby poproszenie jej o pozowanie dla rzeźbiarza, któy byłby w stanie w marmurze utrwalić jej boski profil, patrzące z wyższością oczy i piękne loki opadające na łabędzią szyję. W swojej piwnicy chciałby móc zamknąć matkę Grendela na zawsze, móc patrzeć na nią, kiedy tylko zapragnie, dotykać niespiesznie opuszkami chłodnej linii rozchylonych ust.
Rzeźba zdawała się być doskonałym kompromisem.
Źle by to wyglądało mieć w piwnicy własną bratową.
– Sądzę, że mój duch złamie się, w chwili, gdy preferować będę brzmienie cudzego głosu, nad treść którą mogę zdecydowanie szybciej przyswoić samym skanem stronnicy. To zwyczajnie strata czasu poddawać się linii czasowej nadawanemu tempu przez lektora. Co prawda w przypadku muzyki wolę słuchać niż studiować zapis nutowy, ale w przypadku literatury... Moja droga, zbyt wiele jest książek, zbyt mało czasu. – odpowiedział jej lekko, jakby nie dostrzegając drugiego dna tej propozycji, pierwszej nitki, którą czarna wdowa rozpięła między ich dwójką. Nie żeby się tego nie spodziewał. Schlebiało mu to zwłaszcza po tym, jak któryś z jego gości sarknął za jego plecami "któż byłby zainteresowany losami starego wdowca". Bardzo ciężko znosił przekroczenie czterdziestki, zdecydowanie ciężej niż chciałby się do tego przyznać.
Zajął miejsce w fotelu, wspierając brodę przez moment na opartym swobodnie ramieniu i przypatrując się jej z uśmiechem, gdy mówiła o swojej nowej pracy. Była doskonała, zakres jej umiejętności aż nazbyt odpowiadał temu co potrzebował, zwłaszcza teraz, zwłaszcza wtedy kiedy z Kambodży miały przylecieć nie tylko lecznicze zioła i kilka szklanych koralików. Idealnie zdąży dobrze ukorzenić się w Gringocie. Jaka szkoda, że nie wróciła do panieńskiego nazwiska.
– Ach u mnie... nic nowego, wiesz przecież, że mój wydział tkwi głównie w kolumnadzie absurdalnych liczb, procedur i zażaleń na te. Nazywamy się dumnie, ale tak na prawdę kilku księgowych i dobre kalkulatory wystarczyłyby... A tak...? Tona papierów, co dzień walczę z biurokracją, ot taki los. – ujął filiżankę i upił pachnącego goryczą bergamotki Earl Grey'a, doprawionego nieznacznie ziarnem kardamonu i błękitnym kwieciem chabru. Napar był przejrzysty, ale wrażliwe podniebienie mogło rozpoznać tony specjalnie przygotowanej mieszanki na dzisiejszy dzień. Gościnności i... wierności oraz dobroci. Szydził z niej czy wyciągał oliwną gałązkę istot zbyt podobnych do siebie, by mogły nie podjąć współpracy?
Rzeźba zdawała się być doskonałym kompromisem.
Źle by to wyglądało mieć w piwnicy własną bratową.
– Sądzę, że mój duch złamie się, w chwili, gdy preferować będę brzmienie cudzego głosu, nad treść którą mogę zdecydowanie szybciej przyswoić samym skanem stronnicy. To zwyczajnie strata czasu poddawać się linii czasowej nadawanemu tempu przez lektora. Co prawda w przypadku muzyki wolę słuchać niż studiować zapis nutowy, ale w przypadku literatury... Moja droga, zbyt wiele jest książek, zbyt mało czasu. – odpowiedział jej lekko, jakby nie dostrzegając drugiego dna tej propozycji, pierwszej nitki, którą czarna wdowa rozpięła między ich dwójką. Nie żeby się tego nie spodziewał. Schlebiało mu to zwłaszcza po tym, jak któryś z jego gości sarknął za jego plecami "któż byłby zainteresowany losami starego wdowca". Bardzo ciężko znosił przekroczenie czterdziestki, zdecydowanie ciężej niż chciałby się do tego przyznać.
Zajął miejsce w fotelu, wspierając brodę przez moment na opartym swobodnie ramieniu i przypatrując się jej z uśmiechem, gdy mówiła o swojej nowej pracy. Była doskonała, zakres jej umiejętności aż nazbyt odpowiadał temu co potrzebował, zwłaszcza teraz, zwłaszcza wtedy kiedy z Kambodży miały przylecieć nie tylko lecznicze zioła i kilka szklanych koralików. Idealnie zdąży dobrze ukorzenić się w Gringocie. Jaka szkoda, że nie wróciła do panieńskiego nazwiska.
– Ach u mnie... nic nowego, wiesz przecież, że mój wydział tkwi głównie w kolumnadzie absurdalnych liczb, procedur i zażaleń na te. Nazywamy się dumnie, ale tak na prawdę kilku księgowych i dobre kalkulatory wystarczyłyby... A tak...? Tona papierów, co dzień walczę z biurokracją, ot taki los. – ujął filiżankę i upił pachnącego goryczą bergamotki Earl Grey'a, doprawionego nieznacznie ziarnem kardamonu i błękitnym kwieciem chabru. Napar był przejrzysty, ale wrażliwe podniebienie mogło rozpoznać tony specjalnie przygotowanej mieszanki na dzisiejszy dzień. Gościnności i... wierności oraz dobroci. Szydził z niej czy wyciągał oliwną gałązkę istot zbyt podobnych do siebie, by mogły nie podjąć współpracy?