06.04.2024, 16:01 ✶
– Nie – westchnął cicho, godząc się powoli z możliwością, że do żadnej pomyłki nie doszło, a on będzie musiał samodzielnie ogarnąć ten przypadek. – Pani Poppy... Raczej się nie myli. – Nie bez powodu wszyscy recepcjoniści darzyli ją szacunkiem. Kobieta samotnie wychowała czwórkę dzieci po tym jak mąż ją zostawił, teraz każde z nich pracowało w Ministerstwie Magii, przeżyła dwukrotną próbę morderstwa z rąk swojego kochanka i jeszcze samodzielnie dokonała jego zatrzymania – wiedział, bo pozwalał, by opowiadała mu swoje historie życiowe w nadziei, że jeśli kiedyś zjawi się tutaj ktoś nie do końca stabilny, twierdząc że jego nowe zwierzątko domowe potrzebuje pomocy, to kobieta nie skieruje go tutaj. Najwyraźniej jednak się mylił.
– Pan Collins? – Brew uzdrowiciela powędrowała do góry. Na Matkę ona go już nazwała. A przecież wszyscy wiedzieli, że ciężej jest zabrać komuś zwierzątko jeśli ten ktoś już je nazwał. I jeszcze ukradła go jakiejś sąsiadce. Gdyby nie to, że był w pracy i musiał sobie z tym sam poradzić, to nawet by się zaśmiał. To był jeden z tych przypadków, o których uwielbiałby usłyszeć, ale nie cierpiał grać w nim pierwszych skrzypiec. Może powinien szybko posłać po kogoś z jej rodziny? A potem polecić kogoś dobrego z Lecznicy Dusz. Znał parę zdolnych uzdrowicieli z tego miejsca. Tak zdolnych, że wołał z nimi za długo nie rozmawiać w obawie, że zaczną się pytać, jak on się czuje.
– Tak – powiedział, ponownie wracając do swojego delikatnego tonu głosu. – Tak, pan Collins jest robakiem – zgodził się. – Obawiam się jednak, że Pan Collins... – Urodził się jako robak i chętnie nim pozostanie, więc może zanieśmy go do ogródka i wezwijmy twojego brata, by cię odebrał, a jeśli bardzo chcesz porozmawiać z jakimś zwierzęciem, to mogę ci załatwić pogawedkę z abrakasem, jak już poczujesz się lepiej... Zaraz... Czy ona powiedziała, że przyszła tutaj wraz z innym Brygadzistą? I ktoś był poparzony?
Wpatrywał się w nią przez chwilę, wyraźnie myśląc.
– Pan Collins nazywa się pan Collins, bo tak naprawdę jest człowiekiem, prawda? – spytał, czując, że po tym konkretnym spotkaniu z Brenną będzie musiał zakupić mocny eliksir farbujący siwe włosy, bo na pewno jakieś się pojawią.
– Pan Collins? – Brew uzdrowiciela powędrowała do góry. Na Matkę ona go już nazwała. A przecież wszyscy wiedzieli, że ciężej jest zabrać komuś zwierzątko jeśli ten ktoś już je nazwał. I jeszcze ukradła go jakiejś sąsiadce. Gdyby nie to, że był w pracy i musiał sobie z tym sam poradzić, to nawet by się zaśmiał. To był jeden z tych przypadków, o których uwielbiałby usłyszeć, ale nie cierpiał grać w nim pierwszych skrzypiec. Może powinien szybko posłać po kogoś z jej rodziny? A potem polecić kogoś dobrego z Lecznicy Dusz. Znał parę zdolnych uzdrowicieli z tego miejsca. Tak zdolnych, że wołał z nimi za długo nie rozmawiać w obawie, że zaczną się pytać, jak on się czuje.
– Tak – powiedział, ponownie wracając do swojego delikatnego tonu głosu. – Tak, pan Collins jest robakiem – zgodził się. – Obawiam się jednak, że Pan Collins... – Urodził się jako robak i chętnie nim pozostanie, więc może zanieśmy go do ogródka i wezwijmy twojego brata, by cię odebrał, a jeśli bardzo chcesz porozmawiać z jakimś zwierzęciem, to mogę ci załatwić pogawedkę z abrakasem, jak już poczujesz się lepiej... Zaraz... Czy ona powiedziała, że przyszła tutaj wraz z innym Brygadzistą? I ktoś był poparzony?
Wpatrywał się w nią przez chwilę, wyraźnie myśląc.
– Pan Collins nazywa się pan Collins, bo tak naprawdę jest człowiekiem, prawda? – spytał, czując, że po tym konkretnym spotkaniu z Brenną będzie musiał zakupić mocny eliksir farbujący siwe włosy, bo na pewno jakieś się pojawią.