To musiała być tylko chwila. Tylko moment, kiedy zmrużył oczy, drugi kiedy je otworzył. Parę godzin, nie, może dwie godziny? Przecież JESZCZE nie było ciemno, tak mu się wydawało, spoglądając na okno. Nie docierało do niego, że to nie "jeszcze" było ciemno, tylko "już" ciemno nie było. Że to zbliżał się poranek, a godziny wczorajsze przepłynęły mu między palcami. Tak samo jak te, w których spał. To zaś nie było żadną normą, bo Laurent zazwyczaj modlił się o spokojny sen, który nie będzie niczym przerywany, o takie błogie zaśnięcie bez myślenia o lekach nasennych, których i tak powinien był się wystrzegać, chociaż Perseus, jego wspaniały terapeuta, zalecił inaczej. Wzrokiem przewędrował przez sufit. Miejsce, które na moment otworzyło szeroko jego oczy - bardzo szeroko - i pobudziło od razu umysł, nawet jeśli był on ciężki od sławnego kaca. Nie był to kac moralny. Gwiazdy nad jego głową zerwały żniwo z jego serca porośniętego różami, którymi zachwycił się na moment wczorajszego dnia, póki czyjeś oczy nie stały się bardziej atrakcyjne. Ten poranek miał przynieść to samo. Oderwanie się od piękna natury, żeby odnaleźć się w pięknie naturalnym, na jakie potrafił składać się człowiek. Doskonałość w niedoskonałości, bo nie było idealnie symetrycznych twarzy, bo palce potrafiły mieć różne długości, bo jeden kochał blondynki, drugi tylko szatynki. Laurentowi było to chyba wszystko jedno - blondyn, szatyn... kolor włosów miał dla niego znaczenie nieistniejące. To ten błysk w oku, to ciepło, to poczucie, że możesz mieć wzrok tego człowieka tylko dla siebie był tym, co włączało go do gry po przejściu przez pierwszą atrakcyjność. I potrafił, jak to tylko ludzie mogli, kochać się w prawdziwych niedoskonałościach.
- Nie, dzięk... która rano? - Aż się naprostował i tak, znów otworzył szerzej oczy, ale teraz ze zdziwienia. A kiedy tak mocno te oczy otwierał to dopiero było widać, jakie były duże - zazwyczaj półprzymknięte z ciemną firaną rzęs podkreślających je. Napiął się nieco i spojrzał na swój nadgarstek, na którym nosił zawsze zegarek, ale go tam nie było. Rozejrzał się i złapał go zaraz ze stolika. Tak, nie chciało być inaczej - ledwo po szóstej. Jakoś bardziej rozbolała go głowa i bebechy na myśl o tym, że cała noc przeminęła, był poranek, a on będzie musiał się zebrać, wyperfumować i funkcjonować dalej, jakby ze światem było znów wszystko w porządku. Bo nie, ta mina zbolała nie była wynikiem wczorajszej nocy, wręcz przeciwnie. Wczorajsza noc była wspaniała.
Drgnął, kiedy pojawił się dotyk na nosie i zwrócił znów uwagę na Isaaca. Na dłoń. Dłoń... uleczoną? Zaleczoną? Klątwy bywały kapryśne, potrafiły trwać tylko kilka godzin, a potrafiły ciągnąć się latami. Bo w tym konkretnym momencie nie pomyślał, że mężczyzna chciał skryć tylko (aż!) zaplamienia po tuszu.
- Kawy. Tak, kawy. - Uśmiechnął się cierpiętniczo, ale w głowie znów zabrzęczały mu słowa Perseusa przestrzegającego przed nadmiarem kawy z uwagi na jego niestabilny stan zdrowia. Jeszcze Guinevere, druga medyk, upominała, że nie powinien tak na pusty żołądek... Ale wcale nie miał ochoty jeść. Jak niemal zawsze. - ... do śniadania... - Dodał mruknięciem tak, jakby wcale nie chciał tego mówić, a siła wyższa go postraszyła nad głową.
Drgnął drugi raz, drugi raz go Isaac zaskoczył. Tym gestem. Może nie powinien być tak zaskoczony, bo to nie tak, że nikt go tak nie traktował, sam przecież tak traktował ludzi, których zapraszał, albo chcieli spędzić chwilę czasu i nie stawiali sobie za cel ucieczkę przy pierwszej lepszej okazji. Było w Isaacu coś naprawdę ciepłego, co chciało z człowieka uczynić ćmę, która przylgnie do ognia. Dziwnie, bardzo dziwnie było być po drugiej stronie medalu, kiedy chciało się o płomień ogrzewać, a nie płomieniem być. Otarł się więc policzkiem o jego dłoń, przechylając do niego głowę i odwzajemniając uśmiech.
- Powiedziałem ci wczoraj, żebyś zapytał, czy nie lubię alkoholu, kiedy będę trzeźwy. To teraz ci powiem, żebyś zapytał, jak się czuję, kiedy przestaniesz być taki słodki. - Powiedział to żartobliwie, z delikatnym błyskiem rozbawienia w oczach. - Mam nadzieję, że nie sprawiłem kłopotu. - Zazwyczaj mi się nie zdarza. Wysunął nogi na ziemię bez wstydu, bo czego tu się wstydzić? Uważał swoje ciało za niebiański dar, który wybrani mogli podziwiać. Przynajmniej w tym jednym kompleksów nie miał. Nawet jeśli jego ciało wcale nie było już tak idealne - blizna na nadgarstku po bardzo sugestynym cięciu, ślady pazurów na łydce, blizna po głębokim cięciu nożem na barku. Ale i tych niedoskonałości bardzo się nie wstydził. - Czujesz się już wystarczająco zdobyty, czy dalej atakowany? - Podniósł się z łóżka, spoglądając na Isaaca, ale zaraz rozejrzał się po pomieszczeniu za własnymi ciuchami. - Mógłbym skorzystać z łazienki?