• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme

[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#2
06.04.2024, 19:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 19:59 przez Esmé Rowle.)  
Someone once told me what it means
When a bird comes into your house
Is it an omen, is it a curse
Oh, I can’t recall, can’t recall


To był dobry dzień. Od samego poranka zapowiadał się na naprawdę dobry dzień. Pobudka z powodu dobijania się do drzwi pracowni zwiastowała pilną sprawę i klienta, któremu zależy. Jak się okazało - klient był znajomy i miał już zamówienie u kaletnika, lecz podał złe wymiary. Nie pierwszy raz Esmé był świadkiem sytuacji, w której żona, rzekomo mierzona przez męża, okazywała się ostatecznie nieco większa, niż początkowo. To trzeci przypadek, gdy okazywała się większa w pasie i drugi, gdy okazywała się mniejsza w biuście. Rzemieślnik oczywiście preferował samemu wykonywać pomiary, ale czasami jego klienci i klientki wysługiwali się innymi. W końcu... kto chciałby się pojawiać na Alei Horyzontalnej od strony Nokturnu? A to tam znajdował się wyjątkowo atrakcyjny kaletnik. Atrakcyjny, naturalnie, w ujęciu biznesowym. Jego usługi były tanie, zaskakująco tanie jak na jakość, którą oferował. Wręcz absurdalnie tanie, do tego stopnia, że inni rzemieślnicy niekiedy kręcili głowami, uważając go za powód, dla którego ceny ich umiejętności regularnie spadały. Bo musiały spadać, jeżeli nie chcieli, by zagarnął całą ich klientelę. Można było pomyśleć, że przecież to dobrze, że przecież nie robił tego specjalnie, a z czystej dobroci i pasji. Bzdura. Robił to z czystą, nieskrywaną premedytacją, chcąc mieć wszystkich klientów. Chcąc regularnie mieć nawał roboty, nie wyrabiać się w terminach, dać się zahuczeć własnej pasji i ludziom, którzy na niej żerowali. Pieniądze nie grały roli. I to chyba to, właśnie to, najbardziej irytowało konkurencję. Jak walczyć z kimś, kto po prostu chciał pracować? Kto oferował za pół darmo to, za co w innym miejscu trzeba było wydać małą fortunę? Różne były metody, ale na mieszkańców Nokturnu niewiele działało. Zła reputacja? Przecież już był na Nokturnie. Słaba jakość? Przecież widać było gołym okiem jakość. Nie dało się jej oszukać. Skandale? Ponownie - był na Nokturnie, więc cokolwiek o nim powiedziano, to mogło być prawdą. I nikomu to nie przeszkadzało, bo był mieszkańcem Nokturnu. Tak jak nikomu nie przeszkadzały szczury w kanałach. Tam było ich miejsce. Gdy schodziło się do kanałów, z Bóg wie jakiego powodu, to oczekiwano że nie będzie to przyjemna wizyta. Ale jeżeli był dostatecznie dobry powód, to dało się przełknąć ten dyskomfort. Problem zacząłby się, gdyby szczur z kanałów zamierzał zabłysnąć na salonach. A nie zamierzał. Tkwił w kanałach, nie myśląc nawet o zmianie otoczenia. W rzemiośle, koniec końców, liczył się produkt. Z tym nie dało się dyskutować. Kimkolwiek był Esmé, jakkolwiek był przedstawiany, to przedmioty spod jego ręki mówiły same za siebie. Jakość, która ściągała do Nokturnu. Jakość, która zmuszała, by nawet najwyższe karki zostały zgięte. Jakość, po którą należało się schylić. A podobno im wyższa jakość, tym wyższa półka. Podobno.

Z poprawkami poszło szybko. Skrojony na miarę płaszczyk o bardzo śmiałych wcięciach został nieco poszerzony, a wcięcia nieco... złagodzone. Koniec końców - był to zwyczajny w świecie płaszcz, toteż wystarczyło trochę rozpruć, trochę fantazji na temat ukrywania poprawek, trochę nowych szyć, wzbogacenie projektu o kilka dodatków i... gotowe. Jeszcze tego samego dnia dobijający się do drzwi mężczyzna odebrał zamówienie wniebowzięty szybkością usługi, jakością i brakiem problemów związanych z podaniem zbyt ambitnych wymiarów.

Dobry dzień trwał w najlepsze i zaglądał do pracowni Esmé w postaci dwóch młodych mężczyzn, którzy po cichu rozmawiali ze sobą, przeglądając towary na wystawie. Nagle jednak zaczęli okładać się pięściami, rzucać po pracowni, w skutek czego ucierpiała gablota - szyba pękła, rozsypując się w pył, a zawias z jej drzwi został wyłamany. Ah, no i podłoga była bogatsza o plamę krwi i jednego zęba nieszczęśnika, który przegrał gwałtowny pojedynek. Konflikt pozostał tajemnicą, bo para dżentelmenów po kulturalnej wymianie argumentów siły przeprosiła właściciela pracowni i opuściła lokal, za jego pozwoleniem i zapewnieniami, że to żaden problem. Bo to był żaden problem. Przynajmniej miał ciekawe widowisko, gdy z nudów przypalał kolejnego papierosa, a teraz, gdy już jego kiep znalazł się w popielniczce, to miał zajęcie. Zmył podłogę, zęba... nie, nie zachował, by wykorzystać, zwyczajnie wyrzucił przez drzwi na ulice i zajął się naprawą gabloty.

Niedaleko był zakład, w którym robiono okna i zajmowano się wymianą szyb, zatem Esmé nie musiał daleko się oddalać. Podał wymiary, zaczekał może piętnaście minut i już był szczęśliwym właścicielem nowej szyby, z którą to wrócił do siebie. Naprawa naprawdę nie była skomplikowana - trochę kleju, trochę gwoździków, trochę zwyczajnego pojęcia i gablota wyglądała jak nowa. Nie, jak stara, bo właściwie była starą gablotą, ale zadbaną. Naprawianą wielokrotnie, co było zdecydowanie widoczne, ale wciąż prezentowała się wystarczająco dumnie. Jak na standardy Nokturnu. Całe szczęście Rowle nie sprzedawał gablot. Chociaż mógłby, gdyby ktoś zapytał.

Szczęście zawitało też później w postaci młodego mężczyzny, wnoszącego do pracowni miecz. Ktokolwiek spoza Nokturnu mógłby spodziewać się, że zaraz dojdzie tutaj do rzeźni, ale... nic bardziej mylnego. Żadnych złych intencji. Proste zamówienie, by odrestaurować skórzaną rękojeść i skórzane pokrycie pochwy, do której ów jednosieczny, prosty miecz się chował. Odbiór następnego dnia, z rana, chociaż kaletnik był przekonany, że podoła temu zadaniu jeszcze przed zmrokiem. Dał sobie jednak czas na to, by wynieść proste odświeżenie przedmiotu na poziom wyżej i postarać się podkreślić jego piękno za pomocą skóry, a nie zwyczajnie wymienić starą, zniszczoną na nową.

Znajdował się za ladą, gdy szczęście znów zawitało do jego lokalu. Zasiadał za nią, chociaż przy stole, przy którym najczęściej pracował. Głowa ledwo wystawała mu nad blat, dając wchodzącym klientom widok na jego prawy profil. Skupiony, zajęty kończeniem owijania paska skóry wokół rękojeści nawet nie drgnął, gdy drzwi się otworzyły. Nie drgnął też, gdy usłyszał niezwykle melodyjne "dzień dobry", rzucone z entuzjazmem nieprzystającym do klienteli, która zazwyczaj go odwiedzała lub zwyczajnie mieszkańców Nokturnu. To nie tak, że nie został zaskoczony, bo został. Kątem oka widział coś czerwonego, kogoś w czerwonym ubraniu, a głos był młody, kobiecy. Bardzo... przyjazny. Zaskakująco wręcz, co wprawiało go w dziwaczne uczucie dyskomfortu a może po prostu oderwania od rzeczywistości. Jakby ten głos w tym miejscu nie pasował. Nie z tych ust. Chociaż jeszcze wiedział o nich niewiele, bo musiał dokończyć klejenie, póki ten nie zasechł. I tak zamierza później wzmocnić ten skórzany oplot płaskimi ćwiekami z obu końców i stron, ale żadna część jego roboty nie miała prawa być wykonana po macoszemu.

Nie zwracając uwagi na klientkę, poświęcił rękojeści jeszcze może z trzydzieści sekund, nim przeniósł swe nieco nieobecne spojrzenie na nią. Sekundę, może dwie patrzył na jej twarz, jakby oczekując czegoś, po czym uśmiechnął się nieznacznie.

- Dzień dobry. - odparł spokojnie, chociaż ton jego głosu wskazywał na... coś. Że coś mu chodzi po głowie. Uniósł miecz nieco wyżej, oglądając rękojeść z wszystkich stron, po czym odstawił go na stół i podniósł się, odwracając się plecami do nieznajomej. Nie ignorował jej, wręcz przeciwnie, teraz chodziła mu po głowie, ale... wszystko po kolei. W misce obok znajdowała się czysta, letnia woda, za pomocą której opłukał twarz, a później umył ręce. Osuszył się wątpliwie czystym ręcznikiem, który leżał obok i odwrócił się do blondynki. Tak, tego dnia musiał mieć szczęście.

Teraz mógł w spokoju przyjrzeć się jej. Jej - obrazkowi tak bardzo niepasującego nie tylko do Nokturnu, do tej pracowni, ale także samego Esmé, który zawsze miał na sobie stonowane, neutralne kolory. Mało krzykliwe, mało zwracające uwagę. Krwiście czerwona sukienka w białe groszki wydawała się wręcz proszeniem się o kłopoty. Aż dziwne, że nikt jej nie zaczepił po drodze. Skąd to wiedział? Bo inaczej nie miałaby tak dobrego humoru. Miała jednak to nieszczęście, że sama przyszła do kłopotów.

Beznamiętne, ciemne spojrzenie omiotło ją od stóp do głów. Nieśpiesznie, jak to miał w zwyczaju. Bezczelnie... również jak to miał w zwyczaju. Brakowało tylko, by się oblizał, ale... nie, zrobił to tylko mentalnie. Prawdziwy cukiereczek w opakowaniu. Uśmiechnął się sam do siebie, po czym wystawił przedramię w jej kierunku.

- Mogłaby pani mnie uszczypnąć? - zapytał uprzejmie, lekko, ale poważnie - przynajmniej na to wskazywała jego mina, spojrzenie i ton głosu. - Nie lubię tracić głowy dla snów. - dodał po chwili i dopiero teraz uśmiechnął się. Bardzo delikatnie. Wręcz niezauważalnie. Uśmiechy Esmé często ograniczały się do wrażenia. Wrażenia, że jego twarz złagodniała. Albo jest po prostu pogodniejsza. Rzadko rzeczywiście się uśmiechał, ale... jak inaczej dało się to nazwać?

Uszczypnięty czy nie, zabrał w końcu rękę i przeszedł na bok pomieszczenia, do półki za ladą, na której znajdowało się małe, drewniane pudełeczko. Otworzył je i wyciągnął z niego skromną bransoletkę - skórzany rzemień z zawieszką w postaci kamienia w kształcie liścia dębu. Wsunął ją na rękę i zapiął guzik koszuli, która nieco za głęboko była rozpięta w związku z pierwszymi letnimi upałami. Rękawy jego koszuli wciąż były podwinięte i zapięte na guziku na ramieniu, by nie opadały, utrudniając mu pracę. Odgarnął na bok kilka zmoczonych kosmyków włosów i odwrócił się na pięcie. Cokolwiek by nie zrobił, nie prezentował się nawet w połowie tak ślicznie, jak kobieta w jego lokalu. Jej uroda była... nie do opisania. Nawet jeżeli jej spojrzenie było ukryte pod tym komicznie wielkim kapeluszem, który wręcz krzyczał, że nie pasuje do tej sukienki. A jednak, kurwa, pasował. Był elementem, który bardzo przyciągał uwagę kaletnika, bardziej niż smukłe nogi nieznajomej, jej łabędzia szyja, krwiste usta, zgrabne biodra, seksowne wcięcie w talii i skromny, ale będący niczym woda na młyn, dekolt. Te wszystkie elementy aparycji nie umknęły jego uwadze, ale pozwalał, by teraz umykały, przypatrując się jej twarzy. No bo, przecież, najbardziej kusiło to, co ukryte. Sukienka wydawała się być z premedytacją, ale kapelusz? Wydawał się rzeczywiście coś ukrywać, bo był tak oderwany od zestawu. Cała jej osoba była... bardzo oderwana od rzeczywistości, w której Esmé zdawał się tkwić zapadnięty po kolana, umorusany i zapadający się dalej z każdą próbą wyrwania się z niej.

- W czym mogę służyć? - zapytał w końcu, opierając się szeroko obiema rękoma o blat lady, niczym byłby barmanem za szynkwasem. Los ostatnio lubił rozpieszczać go miłymi dla oka blondyneczkami. Rowle nie był idealny, był właściwie zaprzeczeniem perfekcji. Był też czasami, tak po prostu, zwyczajną świnią. Świnią, przed którą czasem pojawiała się perła. Ktoś je rzucał, ale mężczyzna nie był równie pełny ignorancji, co to zwierzę chlewne. Nie. Esmé zauważał perłę i potrafił ją docenić. Szkoda że najpierw bardzo przedmiotowo, nie zważając na to czym była, a jak wyglądała. A był pewien, że lepiej wyglądałaby razem z nim w łóżku. Ambicja? Motywacja? Skądże znowu. Próżne szukanie. Rowle po prostu na to liczył. Liczył, że jak w tej krótkiej rozmowie zakręci się odpowiednio, to coś z tego wyjdzie. Nie starał się szczególnie, bo był też profesjonalistą, a to była klientka. Musiał zachowywać pewien dystans, jakiego od niego nikt nie wymagał, ale wymagał od samego siebie. Rzemiosło było dziedziną praktycznie świętą dla niego. Nie zamierzał kalać go swoimi prostymi instynktami. Lubił seks. Lubił seks z pięknymi kobietami. Miał słabość do blondynek, tym bardziej tak pięknych i tak intrygujących. Ale miał też standardy. Miał, oh jakże męsko, zasady. Dla nieznajomych witających go w tym zakładzie najpierw był rzemieślnikiem, a dopiero później mężczyzną. Sprawa nieco różniła się z osobami, które znał, więc... zawsze mogli się poznać, czyż nie?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (8810), Laurent Prewett (8394)




Wiadomości w tym wątku
[11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 05.04.2024, 17:00
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 19:51
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 06.04.2024, 21:07
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 22.04.2024, 12:16
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 23.04.2024, 20:49
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 16.05.2024, 05:09
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 16.05.2024, 08:10
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Esmé Rowle - 02.08.2024, 06:08
RE: [11.07.1972] Requirement Unsatisfied | Laurent & Esme - przez Laurent Prewett - 11.08.2024, 14:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa