Pokręcił głową z lekkim uśmiechem w geście zaprzeczenia. Nie, to nie tak miało być, żeby ich nie proponował. Właśnie dlatego, że w ogóle zaproponował Laurent poczuł się zadziwiająco... normalnie. Właśnie - normalnie. Nie było tutaj żadnej magii, nie było niezdrowego rwania serca ani wyrywów umysłu, który gotów był rwać z ciała kolejne fałdy skóry, żeby spisywać na nich historię wszystkich grzechów dokonanych nocą, gdy Sol chowała swoje promienie i nie chciała spoglądać na to, co dzieje się na świecie. Jedynym świadkiem mogła być Luna, ale ona umknęła i nie została zaproszona do środka.
- Lubię alkohol. Po prostu mam bardzo słabą głowę. - Więc picie go nie było ani trochę rozsądne, co rozumiało się samo przez siebie. Isaac nie sprawił na nim wrażenia osoby, której trzeba wszystko tłumaczyć, wręcz przeciwnie. Dał mu wrażenie kogoś inteligentnego, kto bez problemu łapie fakty i łączy wątki. Jak przystało zresztą na pisarza i historyka. - Z papierosami zaś łączy mnie specyficzna relacja. - Nie zamierzał zanudzać Bagshota tym, że miał wrażliwy nos i w ogóle źle znosił jakieś intensywniejsze zapachy, że był tym dzieckiem, które nie mogło nigdy wysiedzieć przy ognisku, bo się dusił od dymu, a potem nie mógł się domyć, bo ciągle miał w nozdrzach ten paskudny smród. Natomiast lubił czasem zapalić papierosy. Rytuał ich palenia był kojący. Po prostu. - Jajecznicę, chętnie. - Prawidłowa odpowiedź brzmiała: sałatka, a jeszcze bardziej prawidłowa: nic. To "nic" było problemem, z którego zdawał sobie sprawę, dlatego starał się to zmienić na zjedzenie chociaż paru warzyw, co czasami kiepsko wyglądało, więęc... tosty. Jajecznica. Tak, lubił jajecznicę - lubił, kiedy KTOŚ robił jajecznicę. Z całym szacunkiem do umiejętności Migotka, skrzata Laurenta, ale jego towarzystwo i jego zdolności kulinarne nie mogły zastąpić nawet najgorszej jajecznicy, którą podał ci drugi człowieka. Laurent kompletnie gotować nie potrafił. - Osiągnąłeś niewątpliwy sukces, dobrze się trzymasz. - Oj tak, bo było na czym oko zawiesić. Isaac miał bardzo specyficzną urodę, albo może tylko mu się tak wydawało? Czar mogły tworzyć oczy i jego uśmiechy, albo jeszcze coś innego... Był śliczny. W tym eleganckim wydaniu, szarmanckim, tak i teraz, w tym prostym, domowym, bardzo swobodnym.
- Byłem oskarżony o atakowanie i celowanie w słabe punkty. To brzmi jak sprawianie problemów. - Oj nie, zdecydowanie Isaac pokazał wiele, ale nie niewinność. Nie krępował się jednak z tymi drobnymi żartami, zaczepkami, bo był teraz już spokojny. Bliskość drugiego ciała zawsze go uspakajała. Nawet jeśli znów zakręciła się w jego myślach złośliwa mucha, że może stąd nie wyjdziesz. Obsesja kanarka w złotej klatce, który nie chciał oglądać klatki od wewnątrz. - Skąd. To było prawdziwe wyzwanie. - Miło było usłyszeć jego śmiech i miło było słyszeć, że miał do siebie tyle dystansu. Byłeś przyzwyczajony do nieco innych zachowań, szczególnie ostatnimi czasy. Krzyki, niezadowolenie, przykre słowa, szybkie rozstania, albo konieczność ugłaskania męskiego ego. Strach przed tym, że jeśli powiesz coś za dużo, to stanie się coś niedobrego. Cokolwiek robił Isaac tworzył strasznie rozluźnioną atmosferę, swobodną. - Dziękuję, zaraz namierzę moje ubranie... - Wychylił się na korytarz zastanawiając się, gdzie one się poniewierają i pamiętając aż za dobrze, że ich ubranie właściwie znikało kawałek po kawałku na całej długości drogi do sypialni.
Spoglądał z ciekawością na perfumy Isaaca - piękne perfumy. Wspaniale pachniał - na tyle, że mógłby trzymać nos w jego szyi. Ten delikatny, przyjemny zapach był tak dobrze zgrany z jego skórą, że chyba wanilia na długo będzie mu się teraz kojarzyła z Isaaciem Bagshotem. Nawet jeśli nie posiadały piżmowego sedna, który był najbardziej hipnotycznym dla Laurenta zapachem perfum - ale i tak nie wszystkich. Bo jak i z wonią spalenizny, tak i mocne perfumy potrafiły go tak samo mocno odrzucać.
Przebrany i wymyty, powstrzymując się przed potrzebą pachnięcia jak Isaac w tym momencie (bo byłoby to zwyczajnie niegrzeczne) powoli wypełznął na korytarz, szukając drogi na dół. Nawet nie naciskał klamki do zamkniętych pokoi, po co miałby? Szanował prywatność gospodarza. Poszedł za słuchem - i zapachem śniadania. Wyciągnął białą, misternie zdobioną różdżkę, która idealnie pasowała do swojego właściciela lekkością, żeby wygładzić koszulę, doprowadzić swój pomięty ubiór do porządku, osuszyć włosy i zaczesać je na bok. Już nie będzie się bawił w układanie ich, bo jajecznica zdąży wystygnąć, ale nie było takiej możliwości, żeby miał się pokazywać mniej niż idealnie. Więc do kuchni wkroczył wyprostowany tak samo jak wczoraj. Po prysznicu nawet kac zmalał.
- Jesteś fanatykiem Proroka Codziennego? - Zagaił apropo tych gazet, spoglądając teraz uważnie na dłoń Isaaca - tą poplamioną, tą w rękawiczce wczorajszego dnia. Kiedy ta rękawiczka zniknęła sam nie wiedział.