07.04.2024, 01:55 ✶
— Jako tako ją kojarzę — przyznał z ociąganiem. Mało kogo nazwałby swoim przyjacielem, a nie rzucał w takich kwestiach słów na wiatr, toteż wolał zachować ostrożność w tym, jak wypowiadał się na temat innych ludzi. — Trochę lepiej nam jej starszego brata. — Niedopowiedzenie roku. — Pracują w tym samym departamencie, ale Mildred w Brygadzie Uderzeniowej, a Alastor w Biurze Aurorów. — Pokręcił powoli głową. — Obawiam się, że nie wiem za dużo o tym, jak się teraz miewa.
Niezły z ciebie przewodnik duchowy, pomyślał z przekąsem. Trudno było znaleźć równowagę między byciem przykładnym pracownikiem Ministerstwa Magii a współpracą z kowenem. I wszystko wskazywało na to, że miało być tylko gorzej. Może to Matka Natura poddawała go próbie? Całkiem prawdopodobne. Możliwe, że wręcz oczekiwała od niego, że zaangażuje się bardziej w sprawy całej społeczności. Jakby zajmowanie się duchami i sabatami to było za mało. Hmpf.
— Jako kolega po fachu pochwalam twoją wiarę w to, że będziesz w stanie zachować bezstronność — rzucił przyciszonym głosem. Jeśli w mediach i światku akademickim nie byłoby nikogo kto, chociaż próbowałby być obiektywny, to jakiekolwiek rzetelne zapisy z tego okresu historii można było równie dobrze skazać na stracenie. — Pewnie nie muszę ci tego powtarzać, ale wiedz, że nie będzie to łatwe. I nie mówię tylko o kwestiach moralnych. — Opuścił rozżalony wzrok na podłogę. — Ludzi może to rozjuszyć, jeśli zaczniesz o tym mówić wszem wobec. I to nie tylko grupy, które lubią zostawiać po sobie znaki na niebie, kiedy kończą napaści.
Nie miał pojęcia, co dokładnie planował Bagshot, jednak nie wykluczał, że jego działania mogą zajść za skórę nie tylko Śmierciożercom i ich sympatykom. Nawet Ministerstwo Magii nie lubiło, gdy patrzyło mu się na ręce, a już, zwłaszcza gdy chodziło o wydarzenia pokroju ataku na Beltane. Twarz Sebastiana nagle przeciął kwaśny grymas, gdy przypomniał sobie o małej sprzeczce między grupą Laurenta Prewetta a pracownikami Departamentu Tajemnic. A ten wypad do Kniei był usankcjonowany przez Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. A Isaac? Isaac był jeden i na dodatek ledwo wrócił do ojczyzny.
— Zapamiętam — potwierdził, podnosząc się powoli z fotela. Przewiesił swoją torbę przez ramię. — A ty na przyszłość nie musisz zapraszać mnie na rozmowy, za które płacisz z góry. — Uśmiechnął się niewesoło. Może i znalazł zalążki wspólnego języka z czarodziejem, jednak dalej nie podobał mu się sposób, w jaki to spotkanie zostało zaaranżowane. — Czasem wystarczy list z pytaniami. Lub odwiedziny w biurze. Zapowiedziane z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem.
Macmillan lubił, gdy jego życie było poukładane i możliwe, że w przyszłości chętnie porozmawia z Isaaciem na inne tematy, jednak nie miał zamiaru pozwolić, aby chłopak stał się dla niego męską wersją Brenny Longbottom, która uroiła sobie, że może przychodzić do niego bez zapowiedzi, omijając kolejki i nie pozwalając mu się przygotować na starcie z nią. Jeden taki ewenement w jego życiu to już i tak było za dużo. Drugiego nie potrzebował. Czarodziej z wahaniem podał rękę na pożegnanie Bagshotowi, po czym udał się do wyjścia.
Niezły z ciebie przewodnik duchowy, pomyślał z przekąsem. Trudno było znaleźć równowagę między byciem przykładnym pracownikiem Ministerstwa Magii a współpracą z kowenem. I wszystko wskazywało na to, że miało być tylko gorzej. Może to Matka Natura poddawała go próbie? Całkiem prawdopodobne. Możliwe, że wręcz oczekiwała od niego, że zaangażuje się bardziej w sprawy całej społeczności. Jakby zajmowanie się duchami i sabatami to było za mało. Hmpf.
— Jako kolega po fachu pochwalam twoją wiarę w to, że będziesz w stanie zachować bezstronność — rzucił przyciszonym głosem. Jeśli w mediach i światku akademickim nie byłoby nikogo kto, chociaż próbowałby być obiektywny, to jakiekolwiek rzetelne zapisy z tego okresu historii można było równie dobrze skazać na stracenie. — Pewnie nie muszę ci tego powtarzać, ale wiedz, że nie będzie to łatwe. I nie mówię tylko o kwestiach moralnych. — Opuścił rozżalony wzrok na podłogę. — Ludzi może to rozjuszyć, jeśli zaczniesz o tym mówić wszem wobec. I to nie tylko grupy, które lubią zostawiać po sobie znaki na niebie, kiedy kończą napaści.
Nie miał pojęcia, co dokładnie planował Bagshot, jednak nie wykluczał, że jego działania mogą zajść za skórę nie tylko Śmierciożercom i ich sympatykom. Nawet Ministerstwo Magii nie lubiło, gdy patrzyło mu się na ręce, a już, zwłaszcza gdy chodziło o wydarzenia pokroju ataku na Beltane. Twarz Sebastiana nagle przeciął kwaśny grymas, gdy przypomniał sobie o małej sprzeczce między grupą Laurenta Prewetta a pracownikami Departamentu Tajemnic. A ten wypad do Kniei był usankcjonowany przez Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. A Isaac? Isaac był jeden i na dodatek ledwo wrócił do ojczyzny.
— Zapamiętam — potwierdził, podnosząc się powoli z fotela. Przewiesił swoją torbę przez ramię. — A ty na przyszłość nie musisz zapraszać mnie na rozmowy, za które płacisz z góry. — Uśmiechnął się niewesoło. Może i znalazł zalążki wspólnego języka z czarodziejem, jednak dalej nie podobał mu się sposób, w jaki to spotkanie zostało zaaranżowane. — Czasem wystarczy list z pytaniami. Lub odwiedziny w biurze. Zapowiedziane z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem.
Macmillan lubił, gdy jego życie było poukładane i możliwe, że w przyszłości chętnie porozmawia z Isaaciem na inne tematy, jednak nie miał zamiaru pozwolić, aby chłopak stał się dla niego męską wersją Brenny Longbottom, która uroiła sobie, że może przychodzić do niego bez zapowiedzi, omijając kolejki i nie pozwalając mu się przygotować na starcie z nią. Jeden taki ewenement w jego życiu to już i tak było za dużo. Drugiego nie potrzebował. Czarodziej z wahaniem podał rękę na pożegnanie Bagshotowi, po czym udał się do wyjścia.