Victoria trochę czuła się winna tego, co stało się Cainowi – sama na własne życzenie w tym czasie pilnowała New Forest, chociaż dostała na to zgodę i polecenie Moody, a później nawet całe oficjalne zadanie, ale przez to Cain nie wybrał się z nią do Belfastu. Trochę już razem pracowali i było widać jak na dłoni, że po prostu się uzupełniają, dopełniają – jego siłą nie były pościgi i wybuchy (nawet dosłownie), a bardziej subtelna magia. Tam, gdzie ona mogła wytworzyć ściany, tarcze i ognie, tam Cain wolał coś przetransportować, przenieść, albo… coś komuś wmówić. Na przykład, że nigdy go tutaj nie było. A jednak to on był w Belfaście i wrócił bardzo ciężko ranny. Teraz jednak radził sobie coraz lepiej. Ta dzisiejsza kawa i kanapka zostały przyjęte z uśmiechem i prawdę mówiąc, nic nie zwiastowało tego, że tuż przed końcem ich zmiany przyjdzie do Ministerstwa jakieś zgłoszenie o żywych trupach widzianych w lesie przy jeziorze Windermere. Kończyli właśnie swoją zmianę, ale żywe trupy przy jakimś mugolskim ośrodku… To musiało zaalarmować – i zrobiło to. Zrobił się harmider, Cain dostał jakieś papiery o tym miejscu, a w tym czasie Victoria, trochę nauczona doświadczeniem i przezornością, jak taka mama na szybkości pakowała im plecaki, ładując do swojego cały zapas czekoladek, jakby mieli jakimś cudem utknąć w drzewie i czekać na zbawienie, ale też jakieś eliksiry własnej roboty, zapasowe ciuchy na zmianę (a tego nauczył ją wkurwiony smok…). Zdążyła jeszcze pobiec do sowiarni i wysłać naprędce napisany list, pozwalając w tym czasie Cainowi się dopakować…
– Trochę dużo tych śmierci jak na tak nieduży ośrodek – mruknęła, odebrawszy od Caina teczkę, do której spojrzała bardzo pobieżnie. Na daty – zaczęło się trzy lata temu, i może to w porównaniu do skali lat nie było jakoś dużo, ale z drugiej strony jedno miejsce, tyle śmierci i zaginięć… Nie. To nie mogło być przypadkowe. Rzeczywiście coś dziwnego działo się w Ośrodku. Ale żywe trupy… To zawsze łączyło się z czarnoksiężnikami. Victoria w ostatnim czasie dużo z tymi truposzami miała do czynienia i nie miała wcale na myśli swojego byłego narzeczonego. W Lesie Wisielców, na Perle Morza, w Hogsmeade… – Mam nadzieje, że się jakoś zamknął w tym swoim domku – będą musieli to sprawdzić. Poprawiła jeszcze ułożenie pasków plecaka na swoich ramionach i teleportowali się.
Oto byli. Pośród nocnej ciszy, przerywanej graniem świerszczy ukrytych w trawie i rechotu żab. Było przyjemnie chłodno, chociaż dla Victorii to jak zwykle bez większego znaczenia. No i było też ciemno – ale to tym lepiej, mniejsza szansa, że mugole będą się kręcić po okolicy. Miała takie poczucie, że jest trochę… za cicho… jak na to, że po okolicy miały grasować żywe trupy.
Ona co prawda żadną odznaką machać nie zamierzała, bo nie zrobi to na mugolu żadnego wrażenia, za to było widać, że są z jakichś służb, a i pewnie możnaby poczarować właściciela, czy ktokolwiek sprawował pieczę nad wynajmem i ośrodkiem o tej godzinie, by jednak im powiedział, gdzie Owen Bagshot ma domek i żeby nie kręcił się po okolicy. Akurat to miejsce znaleźli szybko – tylko… jakoś pusto było. Sama nie odzywała się, wchodząc za Cainem do środka. Nie zaskoczyło ją ani trochę, że zachowywał się, jakby był u siebie i po prostu sprawdził sobie sam który domek zajmował Bagshot. A gdy odwrócił do niej księgę, to sama popatrzyła na kilka nazwisk, ale zanotowała też w pamięci interesujący ich numer. Rozejrzała się jeszcze po pomieszczeniu i kiwnęła do Caina głową, że pora stąd iść.
Musiała wyciągnąć swoją różdżkę, by poświecić sobie nią jak mugolską latarką, żeby te numerki były dla nich jakkolwiek widoczne. Przedzieranie się w nocy po ciemku nie było nazbyt przyjemne, a poza tym ciągle miała w pamięci, że cholera… były tu widziane żywe trupy.
!szaleństwoWindermere