Ośrodek sam w sobie nie wyglądał na opuszczony. Może ktokolwiek tu siedział o tej godzinie, po prostu wyszedł do toalety za potrzebą? Oni wykorzystali ten czas, myszkując przy biurku i może to nawet lepiej, że nikt nie zwrócił na nich uwagi, mniej problemów i kombinowania ich czeka – a trzeba było sprawdzić, co się dzieje. Znaleźć Owena, zapytać gdzie dokładnie te trupy widział, ile sztuk, jak się zachowywały… Przypadkowy dotyk Caina nie był niczym nadzwyczajnym – pracowali razem, jednak czasami gdzieś tam się dotykali, chociaż Victoria bardzo pilnowała, by to nie było długie ze względu na trupie zimno, jakim emanowała, ale dzisiaj… Aż uniosła spojrzenie na Bletchleya. Już dawno zauważyła, że ma ładne oczy i taki miły, chłopięcy wręcz uśmiech. Tylko czemu zwracała na to uwagę znowu akurat teraz? To przez to, że otarł się o śmierć? Że dobrze go było mieć przy sobie? Bo dobrze jej się z nim pracowało i bez słowa skargi znosił jej towarzystwo i to, że (co było widać jak na… dłoni) miała ewidentnie gorszy okres w życiu? Kiedy wyszli i ona co chwila zerkała jeszcze, niby to przypadkowo, w jego kierunku, choć w tym półmroku rozświetlanym światłem jej różdżki, niewiele może było widać. Ale to wcale nie było przypadkowe.
Po prostu czuła, że chce go mieć przy sobie. Że musi go mieć przy sobie. Z a w s z e.
– Myślisz, że był na tyle głupi, że poszedł w ten las, a one go… – nie dokończyła, bo było wiadome, co żywe trupy robiły z żywymi ludźmi. Sama nie była przekonana, czy to na pewno inferiusy, może ghoule? Może jeszcze coś innego…
Obecność brygadzisty stojącego przy drzwiach domku, do którego się zbliżali, nieco ją zaskoczyła. I to już nie zwiastowało nic dobrego. Victoria miała o tym bardzo złe przeczucia.
– Nie można – odparł mężczyzna, lustrując wzrokiem dwóch aurorów. – Rozkazy z góry – wyjaśnił, chyba zdając sobie doskonale sprawę, że ta dwójka w hierarchii była nad nim.
– Dlaczego nie? – rzuciła w odpowiedzi marszcząc brwi, wpatrując się uważnie w brygadzistę, który potarł sobie skroń, może nawet w takim nerwowym geście.
– Owen Bagshot zaginął. Nie było go tu, kiedy pierwsze osoby przyszły go sprawdzić, nie dostaliście informacji?
Victoria spojrzała na Caina, nie do końca rozumiejąc co się tutaj dzieje. Może przegapili komunikat, gdy się zbierali i pakowali… Może to wtedy kiedy poszła szybko wysłać sowę? Może Cain też w tym momencie się czymś zajął i im to umknęło… Ale jeśli Bagshot zaginął…
– Nie, nie dostaliśmy… – powiedziała krótko, chociaż miała wrażenie, że zaschło jej w gardle. – Ale to trzeba sprawdzić to miejsce, skoro zaginął, to może zostawił informacje?
– Boją się, że taka ilość ludzi zadepcze jakieś ślady, dlatego jest, póki co, zakaz wchodzenia do domku.
Victoria nie zamierzała się z tym kłócić… Miało to trochę sensu, ostatecznie chodziło o żywe trupy… Pewnie ściągnięto tutaj więcej służb. Powstrzymała przekleństwo, lekko zaciskając dłoń, ale kiwnęła głową do brygadzisty.
– Chodź – mruknęła do Caina i odwróciła się, chcąc się oddalić od domku, by mogli porozmawiać w spokoju. Przez moment zerkała na Caina, czując jakąś nieopisaną ulgę, że jest tutaj z nią, potem zbliżyła się do niego tak, że dzielił ich tylko krok.
– Sprawa mocno się komplikuje. Nie ma Bagshota, nie widziałam też nigdzie żadnych śladów po żywych trupach – mruknęła, gdy już byli sami. Chciała wyminąć Caina, po drodze nie mogąc się powstrzymać przed przypadkowym muśnięciem jego dłoni. To, że ich nie widziała, nie znaczyło rzecz jasna, że ich nie było, ale póki co na terenie ośrodka wydawało się być całkowicie normalnie – jak to w nocy w takich miejscach, gdy ludzie śpią.