To ironia, nie uważasz? Potrafić wejść w czyiś umysł, myśli, widzieć wszystkie barwy ludzkiej aury i wiedzieć dokładnie, komu można ufać, a komu nie; pamiętać każdą chwilę, każdą jedną rzecz, jaka przewinęła się przez to życie i… nie trzymać nikogo blisko. Dlaczego nie, skoro Cain wiedział kto chciałby zdradzić, kto nie, każdą najbrudniejszą myśl – gdyby tylko chciał ją przeczytać. I była też ona, chłodna w obyciu, roztaczająca wokół siebie aurę niedostępności, bo to za wysokie progi na prawie wszystkie nogi, zamykająca swój umysł przed światem i ludźmi – a jednak były takie osoby, które do siebie dopuściła i ufała im, miała nadzieję, że ze wzajemnością… Nie, nie mogła być z nim w Belfaście – i wiedział dlaczego. Tamtego dnia, kiedy on badał, czy wybuchy w Irlandii były wywołane przez Śmierciożerców, ona z jednym z nich faktycznie stoczyła walkę.
Westchnęła i wydała z siebie jakiś nieokreślony dźwięk, kiedy on podjął jej urwaną myśl i sam jej nie dokończył – na myśl o tym, co się w tym lesie mogło dziać, aż zaczynała ją boleć głowa, bo to brzmiało jak znowu: kupa roboty. Szukanie Owena, szukanie tych trupów, późniejsza papierkowa robota. Coś musiało być w tym lesie, skoro znajdowano tu już martwych, ale… cholera, czemu tak ich było mało, skoro to miały być żywe trupy?
Co tu się do kurwy nędzy działo?
A wtedy Cain bardzo sprawnie i bardzo szybko złapał jej dłoń i ją zatrzymał. Nie szła jakoś bardzo szybko, ale i tak ten gest ją zaskoczył – tym bardziej, że pociągnięcie jej i przyciągnięcie skutkowało tym, że musiała się odwrócić. Nie puścił jej, a ona nie próbowała się wyrywać – jedynie zadarła głowę, patrząc na Caina z mieszaniną… zdumienia, zaciekawienia i fascynacji. Patrzył na nią trochę tak, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu. Może właśnie tak było… Bo ona też miała wrażenie, że kiedy teraz byli tutaj razem, to coś się zmieniło. Wszystko, co mówił, nawet jeśli podszyte było żartem, niosło w sobie tak wiele mądrości i tej pewności, że jest człowiekiem, któremu mogłaby powierzyć całą siebie. Dobrze się stało, że Moody ich ze sobą sparowała… A teraz zadrżała, gdy ją puścił, tylko po to, by ułożyć dłoń na jej policzku. Nie, nie czuł tego sam – wpatrywała się teraz w jego szare oczy i uniosła tę puszczoną dłoń, by ułożyć ją na wierzchu jego, gdy dotykał jej policzka.
– Chyba nie – może to dlatego, że wcześniej nosiła pierścionek zaręczynowy? On odstraszał i miał to robić, w końcu była zaklepana. Nie pomyślała nawet teraz, że ten komplement jest jakkolwiek płytki czy nieszczery – przecież Cain nie zrobiłby czegoś nieszczerego, prawda? Ona sama chciała coś powiedzieć, ale nie miała bladego pojęcia co. Nigdy nie była w tym dobra, w czarowaniu ludzi słowem, zbyt mocno rozbijała wszystko na czynniki pierwsze, analizowała, zostawiając swoje myśli dla siebie. To to mu się tak spodobało? Że nie mógł z niej czytać jak z otwartej księgi?