Nie uważała, żeby problem miał być tak duży, jak to twierdził Renigald. Jeden dziennikarzyna wiosny nie czynił czy jakoś tak to się mówiło. Poza spotkaniem z tym całym Flisem, na chwilę obecną nie wydarzyło się nic, co rzeczywiście miałoby się jej dać jakoś mocniej we znaki. Interes kręcił się jak zwykle. Nie przybyło rudej większych problemów. Wszystko zdawało się być w normie.
- Straszna papla z Twojego... kuzyna? - nie do końca łapała się w tych wszystkich powiązaniach rodzinnych, zwłaszcza wśród czystokrwistych. Kiedyś słyszała, że praktycznie każdy z nich był spokrewniony z każdym. Bliżej lub nieco dalej. Było to kapkę obrzydliwe. Skoro jednak tak im było wygodniej... - Ile czasu minęło, zanim pobiegł do Ciebie na skargę? Kilka minut? Godzin? Niczego nie można przy nim... - pokręciła głową. Dlaczego w ogóle traciła czas na to, żeby gadać o Parkinsonie? Szkoda było strzępić sobie języka. Przy ostatnim spotkaniu wyraźnie dał jej do zrozumienia, co sobie myślał. Cham jeden. Nie podałaby mu szklanki wody, nawet jeśli zależałoby od tego to czy Parkinson przeżyje i inne takie. Lepiej żeby nie wchodził jej w drogę. Wciąż była na niego zła. - Nieważne. - tym jednym słowem zakończyła temat, który niepotrzebnie zaczęła. Malfoy przyszedł tutaj w konkretnym celu. Nie było potrzeby, żeby zahaczać również o inne kwestie. Strata czasu. - Z dziennikarzem sobie poradziłam. W sumie sama. Nie było tak źle.
Albo może było? Z perspektywy czasu wydawało jej się, że łatwo się Flisa pozbyła. Tylko czy udałoby jej się to powtórzyć, gdyby tym razem była zostawiona w takiej sytuacji sama sobie? Nie pojawiłoby się tuż obok nawet średniej jakości wsparcie? Nie myślała o tym w ten sposób.
- Nie rozmawialiśmy o tym. Terry uznał to za zabawną rzecz, a Aidan... zostawmy to. - wzruszyła ramionami, tym razem już ciut spokojniejsza. Bo jaki sens było gotować się na samo wspomnienie Parkinsona? - Zresztą, bardziej niż ich zdanie, powinno się chyba liczyć to, co sami uważamy na ten temat? - zapytała. Bo przecież sytuacja dotyczyła właśnie ich dwójki. Nie Terry'ego. Nie Aidana. To oni musieli to wszystko przemyśleć i podjąć decyzje, która byłaby dla nich najlepsza. Chyba najlepiej wiedzieli o tym, co było im potrzebne? Przynajmniej wiedzieć powinni. - Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem jest robienie wokół tej sprawy możliwie najmniejszego szumu. Jak nie będą w stanie podtrzymać tematu przy życiu, to ten sam ucichnie.
Może się myliła. Nie znała się przecież na tych sprawach. Daleko jej było do statusu celebryty. Zarazem jednak starała się w tej sytuacji kierować logiką. I ta właśnie logika jej podpowiadała, żeby niczego nie rozdmuchać; żeby sprawy przypadkiem nie nagłośnić bardziej. Bo wtedy mogłyby pojawić się prawdziwe problemy. Takie, których obydwoje woleliby uniknąć.