Pokręciła głową, wysłuchując słów kobiety. Właśnie to było najgorsze, że gazety dawały takim ludziom rozgłos, publikując te i inne brednie na pierwszych stronach. Co, gdyby w redakcji machnięto na to ręką i zignorowanego tego czarodzieja? Nie dano by mu tego, co chciał, czyli pola do wygłoszenia swoich idiotycznych prawd.
— Byli, ale historia ma już przykład jednego czarodzieja, który chciał uporządkować świat według swoich przekonań — oczywiście piła do Grindelwadla. — Nie minęło nawet dobre pół wieku, a mamy znowu kogoś, kto chce posortować społeczeństwo według tego, z jakiej rodziny się wywodzą i czy ich krew jest odpowiednio czysta!
W takich momentach Regina miała ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w jakąś totalną głuszę, gdzie nie dotarłaby nawet najzacieklejsza sowa jej matki. Dlatego wolała zwierzęta, zarówno te magiczne, jak i nie. Oceniały cię jakim człowiekiem jesteś, a nie skąd pochodzisz albo jak silne zaklęcia rzucasz. Chyba że mowa o nundu, on po prostu cię zjadał i nawet nie oceniał, jak smakujesz...
— Oby było, jak mówisz, bo świat nie potrzebuje kolejnego ekstremisty. — westchnęła i podeszła bliżej kobiety, ściągając rękawiczkę z prawej dłoni. — Regina Rowle. Co tutaj robisz, skoro nie jesteś magizoologiem, ani nie interesują cię graniany czy smoki? Magibotanik? Na roślinach znam się jeszcze gorzej niż na numerologii.
Zdała sobie sprawę, że mogła być nieco zbyt ostra w interakcji z kobietą. To właśnie dlatego zdecydowała się przedstawić i zażartować o słabości z Hogwartu – numerologii. Przedmiot ten był przyczyną wielu nieprzespanych nocy.
Regina często zapominała o tym, jakie wrażenie robi swoją osobą na nieznajomych osobach. Jeszcze teraz, kiedy była ubrana w grube, chroniące przed chłodem rzeczy. Aż dziwne, że blondynka nie uciekła, krzycząc „olbrzym!”.