Empatia Neila wobec kreatury rozczuliła Longbottoma. Może, gdy się postarasz. Zupełnie, jakby istoty tego pokroju mogły wzrastać i rozwijać się w swoich umiejętnościach. Wątpił w to dogłębnie. Gdy istoty chciały wyglądać dokładnie, jak ktoś inny, robiły to z chirurgiczną precyzją, do ostatniego szczegółu. Tutaj musiało chodzić o zwabienie, o ciekawość, wybicie z rytmu, niemal jak zabawa w kota i myszkę. Kojarzyło mu się to trochę z jednym rodzajem ryb głębinowych, które za pomocą słodkiego światełka wabią ofiary do swojej paszczy. Tutaj było to dziwne podobieństwo, wabiące ku większemu zagrożeniu, jednak spodziewał się, że to wabik bez wędki.
— Zdecydowanie ojciec Neila mnie nie przeraża — rzucił z nonszalancją w głosie Morfeusz. Bliżej było temu do świadomości, namacalnego przypomnienia, że Enfer mógłby być synem czarodzieja, o głębokiej przepaści lat pomiędzy nimi, które składały się na nierówność w ich dynamice, dokładając jeszcze do widocznych różnic klasowych. Rzeczy, które przerażały Morpheusa znajdowały się w dalekich zakątkach ludzkich umysłów. Przestrzeń, ogrom przestrzeni nad głową, pod stopami, dla której nie ma znaczenia, kim jesteś. Nie możesz latać, nawet gdy jesteś animagiem, nawet gdy jesteś ptakiem, w końcu wiatr, powietrze, pochłaniają życie, tak jak uczyniły to z nierozsądnym Icariusem. Obawiał się, że któregoś dnia wyjdzie i wróci, ale nie taki, jak powinien. Wróci niepoprawnie. Obawiał się utraty swojego daru prekognicji.
— Rzeczywiście pachnie plastikiem — przytaknął Antoninuszowi, po czym miękkim spojrzeniem obrzucił Neila. — Nie musisz patrzeć.
Rozumiał, że patrzenie na płonące podobieństwo swojego rodzica może nie być najprzyjemniejszym obrazem.
Zamachnął się różdżką, tak jakby miał dekapitować istotę, ruchem ostrym i szybkim, wysuwając tułowie lekko do przodu, razem z krokiem. A wtedy z końcówki wytrysnął płomień, który uderzył zatrzymane w czasie i przestrzeni wynaturzenie. Okrutne, mechaniczne wycie poniosło się po pomieszczeniu, zacinając się, jak płyta na gramofonie, odtwarzając cały czas ten sam dźwięk, przerywając i rozpoczynając od początku, aż umilkło. Plastik topił się czarnym dymem, rozmazując pożyczone rysy twarzy manekina, ukazując puste wnętrze i pozytywkę z runami wewnątrz, jedyną metalową część oprócz guzików. Ogień był zbyt zimny, aby podpalić cokolwiek innego, czarny dym zakręcił się przy suficie i Morpheus zasłonił połą swojej szaty twarz, aby nie wdychać oparów.
Pozostała tylko pozytywka.
Sukces!
Akcja nieudana