07.04.2024, 22:07 ✶
Był jak złocisty płomień słońca przebijający się przez popielate obłoki po letniej burzy. Jutrzenką wschodzącą nad wrzosowiskami za Lecznicą, gdy schodził z nocnych dyżurów. Jego uśmiech był niczym pierwsze tchnienie wiosny, a ciepły baryton przywodził na myśl czerwcowe deszcze. Zadrżał, gdy ten piękny mężczyzna z alabastru i marmuru zwrócił się do niego; głos na moment uwiązł mu w gardle i wyglądał idiotycznie, gdy wpatrywał się w niego z rozchylonymi ustami. Gdy patrzył na niego z uwielbieniem i miłością nadającym ciemnym tęczówkom blasku (a być może było to tylko pomarańczowe światło latarni, które właśnie zapalały się na terenie resortu).
Wstał ze schodów i miał wrażenie, że w jego prawą stopę wbija się tysiące igieł; uczucie było tak silne, że nie zdołał ukryć przepełnionego bólu grymasu, jaki przemknął przez jego twarz. Uścisnął jego dłoń, tę piękną gładką dłoń i w tej chwili zdawało mu się, że wszystkie jego dolegliwości ustąpiły. W wyobraźni przyciągał go do siebie, siadał znów na stopniach i sadzał na swoim kolanie, a potem całował zapamiętale jak kochankowie z rzeźby Rodina (chciałbym zabrać cię do Paryża i przekazać ci swoje uczucia przez dłuta i pędzle mistrzów).
— Nie, ja... W pewnym sensie jestem tu służbowo... — odparł zdawkowo, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Zdawało mu się, że krew w jego żyłach wrze — Czyżby podróż rekreacyjna?
Och, jakże pragnął poznać smak tych warg! Jak rozpaczliwie wbijał paznokcie we własną skórę, powstrzymując dłonie przed porwaniem go w swoje ramiona. Cóż za nieszczęście! Cóż za podła, nieludzka tortura - zrozumiał bowiem, za czym tęsknił przez wszystkie lata, kogo brakowało mu przez całe życie, o kim myślał podczas bezsennych nocy.
Zrozumiał, że kocha Laurenta Prewetta. Ogarnęła go wielka radość z tego, że oto znalazł to, czego szukał. Zaraz po niej przyszedł jeszcze większy smutek - przecież nigdy nie będzie dane im być razem...
— Dlaczego Lukrecja? — Nie pytał, czy to on wysłał mu wiersz. Wiedział to przecież całym sobą; roztrzaskane dusze lgnęły do siebie niczym ćmy do światła. Wypełniały swoje luki.
walentynkowy prompt
Wstał ze schodów i miał wrażenie, że w jego prawą stopę wbija się tysiące igieł; uczucie było tak silne, że nie zdołał ukryć przepełnionego bólu grymasu, jaki przemknął przez jego twarz. Uścisnął jego dłoń, tę piękną gładką dłoń i w tej chwili zdawało mu się, że wszystkie jego dolegliwości ustąpiły. W wyobraźni przyciągał go do siebie, siadał znów na stopniach i sadzał na swoim kolanie, a potem całował zapamiętale jak kochankowie z rzeźby Rodina (chciałbym zabrać cię do Paryża i przekazać ci swoje uczucia przez dłuta i pędzle mistrzów).
— Nie, ja... W pewnym sensie jestem tu służbowo... — odparł zdawkowo, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Zdawało mu się, że krew w jego żyłach wrze — Czyżby podróż rekreacyjna?
Och, jakże pragnął poznać smak tych warg! Jak rozpaczliwie wbijał paznokcie we własną skórę, powstrzymując dłonie przed porwaniem go w swoje ramiona. Cóż za nieszczęście! Cóż za podła, nieludzka tortura - zrozumiał bowiem, za czym tęsknił przez wszystkie lata, kogo brakowało mu przez całe życie, o kim myślał podczas bezsennych nocy.
Zrozumiał, że kocha Laurenta Prewetta. Ogarnęła go wielka radość z tego, że oto znalazł to, czego szukał. Zaraz po niej przyszedł jeszcze większy smutek - przecież nigdy nie będzie dane im być razem...
— Dlaczego Lukrecja? — Nie pytał, czy to on wysłał mu wiersz. Wiedział to przecież całym sobą; roztrzaskane dusze lgnęły do siebie niczym ćmy do światła. Wypełniały swoje luki.
walentynkowy prompt
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory