Uśmiechnął się pod nosem, słysząc komplement. Bo to był komplement, prawda? Jego zdaniem, w tym momencie podium w sercu Heather składało się z dwóch miejsc, które miały równą wartość. Jedno z nich oczywiście zajmował on, a drugie Charlie. Czy było tam jeszcze trochę przestrzeni na kolejnego kandydata do haremu? Nie wiedział, chociaż miał wrażenie, że gdyby dziewczyna planowała kogoś tam wprowadzić, to by się już tym pochwaliła. Chociażby po to, żeby zobaczyć, jak Camiś okazuje swoją zazdrość.
— Uuu... Czyżby komuś się zachciało balowania do białego rana? — Uniósł brew. Oczywiste było, że bardzo chętnie przystałby na taki układ. Zmrużył lekko oczy, gdy dziewczyna wpakowała w siebie sporą porcję ciasta. Trochę się ubrudziła przy okazji. Klasyk. — Zostało Ci trochę tutaj.
Starał się pokazać odpowiednie miejsce na swoim kąciku ust, jednak pomylił strony, co mogło skonfundować jego towarzyszkę.
— Na moje to całkiem możliwe! — rzucił, kiwając z powagą głową. Ludzie miewali różne odpały, a dla paru minut sławy byli w stanie zrobić naprawdę dużo. Tak jak Heather raczej bawiła się prasą, niż zabiegała o atencję, inni mogli szczerze zazdrościć tego, że tak chętnie o niej pisano. A jego zdaniem cały incydent z bobrem i końcówką licytacji śmierdział przekrętem. Pytanie tylko, kto mógł być głównym prowodyrem tego wszystkiego. — Mówisz, że to jakaś maniaczka kontroli? To faktycznie burzy trochę, to co wymyśliłem.
Wydął dolną wargę z niezadowoleniem, jednak kolejne słowa Wood skutecznie odpędziły negatywne myśli. Te i tak nie trzymały się go zbyt długo w tak doborowym towarzystwie. Akurat to był jeden z największych plusów spędzania czasu w towarzystwie najbliższych znajomych. Nawet jeśli nawiedzały go wątpliwości, to znikały równie szybko, co się pojawiły, bo generowali tyle bodźców, że żaden człowiek nie byłby w stanie za nimi nadążyć i jednocześnie martwić się tym, co podsuwa mu własna psychika.
— Och, chyba już nie musisz — stwierdził, przykładając środkowe i wskazujące palce obu dłoni do swoich skroni i wpatrując się intensywnie w Rudą, udając, że próbuje czytać jej w myślach. Zaczerpnął dramatycznie tchu, jak gdyby zobaczył tam coś zbereźnego. — Nie miałem pojęcia, że masz takie brudne myśli. Widziałem tam tego kelnera, który przynosił nam alko na licytacji. Ty i ta twoja wyobraźnia.
Zaśmiał się cicho z własnego żartu i zręcznie wyswobodził butelkę z rąk przyjaciółki, aby wziąć spory haust. Musiał dotrzymać jej tempa, należało ćwiczyć wytrzymałość organizmu, czyż nie? Oblizał usta i przyjrzał się etykiecie szampana. Szkoda, że wypadli z sali jak burza. Powinni zabrać ze sobą jeszcze jakiś mały zapas czerwonego wina. To musujące pewnie szybko im spowszednieje. Odstawił talerzyki gdzieś na bok.
— Zajebiście Ci idzie — odrzekł bez zająknięcia. — Nie myślałem, że da się tak dobrze bawić na takiej... napuszonej imprezie. A muszę powiedzieć, że z każdą chwilą ta noc staje się coraz bardziej interesująca.
Mrugnął do niej porozumiewawczo, po czym ostrożnie, starając się nie wylać alkoholu na trawę, położył się niezgrabnie na ławce, opierając głowę na kolanach Rudej i przerzucając nogi przez poręcz ławki. Przez chwilę patrzył lekko rozmarzony w nocne niebo. Było mu tak przyjemnie, że pewnie byłby w stanie zasnąć, gdyby nie to, że wygiął lekko głowę, co pozwoliło mu na zobaczenie twarzy Heather. To go sprowadziło na ziemię.
— Wyglądasz dosyć... Ładnie z tej pozycji — stwierdził nadzwyczaj mądrze. — Chociaż masz ten błysk w oku, który sugeruje, że mogłabyś mnie w jednej chwili zapierdolić albo bardzo mocno przytulić. Dwostość... Dwoistość kobiety, czy coś takiego.
Filozof nie z tej ziemi. Może to i dobrze, że poszedł w medycynę, bo gdyby poszedł w nauki humanistyczne, to wyrósłby z niego nowy wieszcz narodowy.