08.04.2024, 18:53 ✶
- Nie musisz obchodzić się ze mną tak delikatnie, użyj słowa pierdolnięty. - Nienormalne to były anomalie pogodowe, jego wszechświat zniszczył doszczętnie już lata temu - zasłużył sobie na ten wulgaryzm. Szorstkie ręce, jeszcze chwile temu zaciskające się na szyi Laurenta, żeby dać mu przyjemność, nawet jeżeli zasłoniło się uszy i powtarzało w kółko jakieś słowo, wciąż były rękoma mordercy. Zrobił to z lekkością, bo wiedział jak. Wiedział, gdzie nacisnąć, żeby odebrać komuś tchu. Wiedział, jak trzymać szyję, kiedy druga osoba zaczynała się wierzgać. Kiedyś nie odwrócił twarzy, chociaż powinien i to wspomnienie w nim już zostało - wspomnienie dłoni panicznie zaciśniętych na jego nadgarstkach, nóg przesuwających się po podłodze, sinej skóry i oczu zachodzących łzami. Oczu, w których gasło życie.
Oczy Laurenta też były pełne łez. Wyglądał na bardziej roztrzęsionego, niż kiedy znajdował się w realnym niebezpieczeństwie i to chyba było najlepsze podsumowanie tego, dlaczego Flynn tak bardzo bał się słów. Mogli rozstać się na tej plaży i trwaliby w takiej samej relacji jak wcześniej. Mogli rozstać się tutaj, rano. Albo po tym jak spuścił się w nim pierwszy raz. Ale on brnął w to dalej, naciskał na niego celowo, prowokował i doczekał się wreszcie czegoś, co prawdziwie go nakarmiło. Leżeli w łóżku, w którym przed chwilą mu się oddał, nie powinien odczuć tak drastycznej zmiany, ale i tak poczuł, jak atmosfera wokół się zmienia, a po jego ciele pulsuje prąd. Szkoda mu go było. Nic nowego. Wszystkim było go szkoda. Zaśmiał się więc gorzko, całkowicie świadomy, że taki rechot przecinający ciszę tego miejsca musiał brzmieć o wiele bardziej złowieszczo, niż chciał, ale chuj z tym - ta jego fantazja sama na niego weszła. Sam nie słyszał już nic poza szumem.
Tak naprawdę, to nie wiedział, czy jakkolwiek trafił, ale musiał zagrać mu jakoś na emocjach, skoro to robił. Wciskając mu teraz swój język do ust... wiedział, że tym razem wcale nie chciał go spopielić, nie w takim sensie jak w Fantasmagorii. Jeżeli chciał go spalić to tylko po to, żeby Prewett odrodził się na nowo - przeżył swoje Katharsis. Po co innego byłby mu Crow? Mógł mieć tutaj tak dużo ludzi głodnych władzy, wariatów chętnych do dociśnięcia go do materaca w imię miłości, w którą musieli wpadać po kilku minutach przebywania z nim w jednym pomieszczeniu. Ale on ubrał się tak dla niego. Też był pierdolnięty. Flynn założył więc, że prosi się o coś, czego nie mogli dać mu wypucowani chłoptasie z salonów - prawdziwej ulgi - ulgi niezwiązanej z tym, do czego był przyzwyczajony. Ulgi niezwiązanej ze zbliżeniami, w których grał główne skrzypce. Takiej, w jakiej mógłby odpocząć od myśli zaprzątających mu głowę. Po prostu czuć. Prewett dumał o tym, że nie chciał zostać porzucony w tej pustce. Bell chciał go w pustkę wrzucić - zanurzyć jego głowę w nicości i dać mu się w niej utopić, patrzeć jak jego wnętrzności topią się jak kapiący miód. Zapisać się w nim już na zawsze.
Pocałował go jeszcze raz. Jeszcze raz i jeszcze raz. Ostatni raz coś przeleciało przez jego mimikę - jego rysy stwardniały, kiedy podjął decyzję. Leżąc pod nim, podniósł się na łokciu, a drugą rękę położył na jego biodrze. I posłał mu takie dziwne spojrzenie, jakby chciał o coś zapytać, ale sam sobie na to odpowiedział. Laurent wyglądałby ślicznie związany, ale nie miał jak go tutaj związać. Mógł jedynie odtworzyć dotykiem i pieszczotami to konkretne uczucie, kiedy oddajesz się bólowi i wysuwasz biodra do przodu, szukając czegokolwiek, o co możesz się otrzeć, ale nie natrafiasz na żaden opór. Bo było łatwo nacisnąć na skórę w taki sposób, żeby zostawić na niej ślad. Każdy idiota potrafił uderzyć kogoś w twarz lub w tyłek. Jeżeli robiło się to chociaż trochę, to wcale nie było trudne, aby rozpalić kogoś tak, żeby zapominał jak to jest myśleć logicznie. Prawdziwą sztuką było sprawić, aby człowiek czuł, że jego umysł jest miękki na brzegach, zanurzyć go w tej pustce, w której nie było żadnych myśli, tylko bezradne dyszenie, desperacja, łzy i ta pełna gorąca przestrzeń słów tak dobrze, że aż boli, tak bardzo boli, że momentami nie chcesz się temu oddać, próbujesz odepchnąć od siebie to uczucie, ale dostajesz więcej i więcej. W ten właśnie sposób chciał się w nim zakorzenić. Torturą przyjemności.
Wszystko to z czystego, prostego kaprysu - nie mógł się już powstrzymać, żeby nie sprawdzić, czy potrafił sprawić, aby Laurent był rozjarzony jak neonowe światło. Bo chciał zobaczyć, jak chłopak znowu otwiera oczy i zaczyna wracać - i czuje się naćpany, odurzony. Jak orientuje się, że owinięte wokół niego ramiona to wciąż ramiona Crowa i pierwsze jego myśli po powrocie to pytanie, czy nie przeżył tu jakiegoś załamania.
- Cześć - mruknął do niego, przejeżdżając palcem po nieco bolesnej szramie z boku jego biodra. Przez sekundę przemknęła mu myśl, że mógł przesadzić, ale znowu - typ hodował tu sobie feniksa.
Oczy Laurenta też były pełne łez. Wyglądał na bardziej roztrzęsionego, niż kiedy znajdował się w realnym niebezpieczeństwie i to chyba było najlepsze podsumowanie tego, dlaczego Flynn tak bardzo bał się słów. Mogli rozstać się na tej plaży i trwaliby w takiej samej relacji jak wcześniej. Mogli rozstać się tutaj, rano. Albo po tym jak spuścił się w nim pierwszy raz. Ale on brnął w to dalej, naciskał na niego celowo, prowokował i doczekał się wreszcie czegoś, co prawdziwie go nakarmiło. Leżeli w łóżku, w którym przed chwilą mu się oddał, nie powinien odczuć tak drastycznej zmiany, ale i tak poczuł, jak atmosfera wokół się zmienia, a po jego ciele pulsuje prąd. Szkoda mu go było. Nic nowego. Wszystkim było go szkoda. Zaśmiał się więc gorzko, całkowicie świadomy, że taki rechot przecinający ciszę tego miejsca musiał brzmieć o wiele bardziej złowieszczo, niż chciał, ale chuj z tym - ta jego fantazja sama na niego weszła. Sam nie słyszał już nic poza szumem.
Tak naprawdę, to nie wiedział, czy jakkolwiek trafił, ale musiał zagrać mu jakoś na emocjach, skoro to robił. Wciskając mu teraz swój język do ust... wiedział, że tym razem wcale nie chciał go spopielić, nie w takim sensie jak w Fantasmagorii. Jeżeli chciał go spalić to tylko po to, żeby Prewett odrodził się na nowo - przeżył swoje Katharsis. Po co innego byłby mu Crow? Mógł mieć tutaj tak dużo ludzi głodnych władzy, wariatów chętnych do dociśnięcia go do materaca w imię miłości, w którą musieli wpadać po kilku minutach przebywania z nim w jednym pomieszczeniu. Ale on ubrał się tak dla niego. Też był pierdolnięty. Flynn założył więc, że prosi się o coś, czego nie mogli dać mu wypucowani chłoptasie z salonów - prawdziwej ulgi - ulgi niezwiązanej z tym, do czego był przyzwyczajony. Ulgi niezwiązanej ze zbliżeniami, w których grał główne skrzypce. Takiej, w jakiej mógłby odpocząć od myśli zaprzątających mu głowę. Po prostu czuć. Prewett dumał o tym, że nie chciał zostać porzucony w tej pustce. Bell chciał go w pustkę wrzucić - zanurzyć jego głowę w nicości i dać mu się w niej utopić, patrzeć jak jego wnętrzności topią się jak kapiący miód. Zapisać się w nim już na zawsze.
Pocałował go jeszcze raz. Jeszcze raz i jeszcze raz. Ostatni raz coś przeleciało przez jego mimikę - jego rysy stwardniały, kiedy podjął decyzję. Leżąc pod nim, podniósł się na łokciu, a drugą rękę położył na jego biodrze. I posłał mu takie dziwne spojrzenie, jakby chciał o coś zapytać, ale sam sobie na to odpowiedział. Laurent wyglądałby ślicznie związany, ale nie miał jak go tutaj związać. Mógł jedynie odtworzyć dotykiem i pieszczotami to konkretne uczucie, kiedy oddajesz się bólowi i wysuwasz biodra do przodu, szukając czegokolwiek, o co możesz się otrzeć, ale nie natrafiasz na żaden opór. Bo było łatwo nacisnąć na skórę w taki sposób, żeby zostawić na niej ślad. Każdy idiota potrafił uderzyć kogoś w twarz lub w tyłek. Jeżeli robiło się to chociaż trochę, to wcale nie było trudne, aby rozpalić kogoś tak, żeby zapominał jak to jest myśleć logicznie. Prawdziwą sztuką było sprawić, aby człowiek czuł, że jego umysł jest miękki na brzegach, zanurzyć go w tej pustce, w której nie było żadnych myśli, tylko bezradne dyszenie, desperacja, łzy i ta pełna gorąca przestrzeń słów tak dobrze, że aż boli, tak bardzo boli, że momentami nie chcesz się temu oddać, próbujesz odepchnąć od siebie to uczucie, ale dostajesz więcej i więcej. W ten właśnie sposób chciał się w nim zakorzenić. Torturą przyjemności.
Wszystko to z czystego, prostego kaprysu - nie mógł się już powstrzymać, żeby nie sprawdzić, czy potrafił sprawić, aby Laurent był rozjarzony jak neonowe światło. Bo chciał zobaczyć, jak chłopak znowu otwiera oczy i zaczyna wracać - i czuje się naćpany, odurzony. Jak orientuje się, że owinięte wokół niego ramiona to wciąż ramiona Crowa i pierwsze jego myśli po powrocie to pytanie, czy nie przeżył tu jakiegoś załamania.
- Cześć - mruknął do niego, przejeżdżając palcem po nieco bolesnej szramie z boku jego biodra. Przez sekundę przemknęła mu myśl, że mógł przesadzić, ale znowu - typ hodował tu sobie feniksa.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.