08.04.2024, 19:29 ✶
Przyjął papierosa z cieniem wątpliwości na twarz, mgliście pamiętając, że ojciec czasami palił właśnie takie słomki wypełnione tytoniem, zwłaszcza po sążnistej kłótni z mamą. Gdzieś jeszcze miał niedokończoną paczkę tych papierosów, ale nigdy nie ośmielił się ich spróbować.
Teraz jednak wydawało się to właściwe, trochę jak napicie się naparu, tylko na warunkach rozmawiającej, która z jakiś powodów nie chciała iść usiąść w chacie. Może lubiła drzewa.
– Ja też czytałem ją wielokrotnie, jest... jest w mojej rodzinie od zawsze, z niej uczyłem się o otaczającym świecie. – Matka preferowała niemowlakowi czytanie encyklopedii, ojciec tęsknych, sentymentalnych wierszy. Co mogło pójść nie tak?
Na słowa, że jest jej przykro wzruszył ramionami, choć oczywiście nie po to by jakkolwiek negować jej słowa. Sam odruchowo się rozejrzał, ale nigdzie nie ujrzał charakterystycznej krzywizny dzioba.
– Ona gdzieś jest, czuwa nade mną. – odpowiedział z przekonaniem, zaskakującym optymizmem i nadzieją, które przykrywały w pełni jego żałobę i traumę, którą zafundowali mu zbuntowani rodzice. – Kiedyś wróci. – dodał, przekonując ją, bo przecież sam był przekonany. Nawet jeśli w głębi serca wiedział, że to pewnie nie prawda, że po trzech latach już powinna chociaż w ptasiej formie stanąć w oknie leśniczówki, przecież mogła nadal być zwierzęciem i być obok. Pokazać mu...
Potrząsnął głową strzepując nadwyżkę niepotrzebnych myśli i uśmiechnął się ciepło. błękitne oczy śledziły ruchy Roselyn, nawet sam odpalił różdżką papierosa, wiedząc przecież jak rozpala się ognisko. Ciągnął dym, ale nie zaciągał się. Mrużył za to oczy i w pewnym momencie jedno zaczęło mu łzawić.
– Chodziliśmy kiedyś z mamą regularnie, dwa razy do roku, czasem trzy. Bywały też takie lata, kiedy spędzaliśmy tydzień dwa na jarmarku. – Bywały też takie lata, jak ostatnie lato kiedy był w Dolinie, że przebywał w niej cały czas, byle bliżej pewnej dziewczyny, której złamał serce pozostając tam gdzie było jego miejsce, kiedy ona musiała wyjechać do Londynu. – A potem... no... em... to nie wiem, będą już trzy zimy od tego czasu? Dwie? – zamyślił się.
– W sumie chyba jesteś pierwszą osobą z którą rozmawiam od jej odejścia. Normalnie nie gadam z obcymi, ale jak powiedziałaś, że Greengrassowie mogą mnie wyrzucić stąd... Och, przeraziło mnie to bardzo. Znasz ich w ogóle? Myślisz, że powinienem... Nie wiem... Napisać do nich list? Albo podejść i poprosić, żeby mnie nie wyrzucali? Em zaraz... – nagle połączył kropki i mimo łzawienia uniósł wysoko obie brwi w zaskoczeniu: – Ty jesteś Greengrassem prawda? Drzewa to Twoi przodkowie! Czy... czy też kiedyś będziesz drzewem? – ożywił się zafascynowany podchodząc bliżej i przypatrując się jej uważnie, jakby szukając kory i ewentualnych zielonych liści wystających spomiędzy włosów.
Teraz jednak wydawało się to właściwe, trochę jak napicie się naparu, tylko na warunkach rozmawiającej, która z jakiś powodów nie chciała iść usiąść w chacie. Może lubiła drzewa.
– Ja też czytałem ją wielokrotnie, jest... jest w mojej rodzinie od zawsze, z niej uczyłem się o otaczającym świecie. – Matka preferowała niemowlakowi czytanie encyklopedii, ojciec tęsknych, sentymentalnych wierszy. Co mogło pójść nie tak?
Na słowa, że jest jej przykro wzruszył ramionami, choć oczywiście nie po to by jakkolwiek negować jej słowa. Sam odruchowo się rozejrzał, ale nigdzie nie ujrzał charakterystycznej krzywizny dzioba.
– Ona gdzieś jest, czuwa nade mną. – odpowiedział z przekonaniem, zaskakującym optymizmem i nadzieją, które przykrywały w pełni jego żałobę i traumę, którą zafundowali mu zbuntowani rodzice. – Kiedyś wróci. – dodał, przekonując ją, bo przecież sam był przekonany. Nawet jeśli w głębi serca wiedział, że to pewnie nie prawda, że po trzech latach już powinna chociaż w ptasiej formie stanąć w oknie leśniczówki, przecież mogła nadal być zwierzęciem i być obok. Pokazać mu...
Potrząsnął głową strzepując nadwyżkę niepotrzebnych myśli i uśmiechnął się ciepło. błękitne oczy śledziły ruchy Roselyn, nawet sam odpalił różdżką papierosa, wiedząc przecież jak rozpala się ognisko. Ciągnął dym, ale nie zaciągał się. Mrużył za to oczy i w pewnym momencie jedno zaczęło mu łzawić.
– Chodziliśmy kiedyś z mamą regularnie, dwa razy do roku, czasem trzy. Bywały też takie lata, kiedy spędzaliśmy tydzień dwa na jarmarku. – Bywały też takie lata, jak ostatnie lato kiedy był w Dolinie, że przebywał w niej cały czas, byle bliżej pewnej dziewczyny, której złamał serce pozostając tam gdzie było jego miejsce, kiedy ona musiała wyjechać do Londynu. – A potem... no... em... to nie wiem, będą już trzy zimy od tego czasu? Dwie? – zamyślił się.
– W sumie chyba jesteś pierwszą osobą z którą rozmawiam od jej odejścia. Normalnie nie gadam z obcymi, ale jak powiedziałaś, że Greengrassowie mogą mnie wyrzucić stąd... Och, przeraziło mnie to bardzo. Znasz ich w ogóle? Myślisz, że powinienem... Nie wiem... Napisać do nich list? Albo podejść i poprosić, żeby mnie nie wyrzucali? Em zaraz... – nagle połączył kropki i mimo łzawienia uniósł wysoko obie brwi w zaskoczeniu: – Ty jesteś Greengrassem prawda? Drzewa to Twoi przodkowie! Czy... czy też kiedyś będziesz drzewem? – ożywił się zafascynowany podchodząc bliżej i przypatrując się jej uważnie, jakby szukając kory i ewentualnych zielonych liści wystających spomiędzy włosów.