08.04.2024, 22:12 ✶
— Pomyśl o ostatnim razie, kiedy mi to powiedziałaś — mruknął, lekceważąc jej obietnice.
Ciągłe zapewnienia, gwarancje nieraz doprawiane błaganiami, tłumaczeniami i prośbami... A jednak sama Heather zbytnio się nie zmieniała, czyż nie? Ciągle te same błędy, pomyłki i, co najbardziej frustrujące, brak chęci zmiany. Tylko ciągłe powtarzanie tych samych czynności z nadzieją na inny efekt. Jakby sama nadzieja w jej wypadku miała cokolwiek dać. A przecież sama powinna najlepiej wiedzieć, że aby się przed czymś ochronić, to trzeba było tego chcieć i mocno nad tym pracować.
— Tak, idź! — rzucił przez ramię prześmiewczym, acz dalej pełnym napięcia głosem. — Może po drodze zjebiesz coś jeszcze.
Wiedział, że Ruda idzie za nim, chociaż nie zwrócił się ponownie w jej stronę. Trudno byłoby nie wyczuć tej desperacji; czaiła się w tym, jak szybko zerwała się z ziemi i jak przyspieszyła kroku, aby tylko znaleźć się bliżej niego. W pewien sposób go to uspokoiło, jak gdyby sama wiedza o tym, jak bardzo go w tej chwili potrzebowała, sprawiała, że czuł się pewniej. Utwierdzało go to w przekonaniu, że dobrze robił. Skoro zależało jej na nim, to musiało jej też zależeć na tym, aby naprawić własne błędy, czyż nie? Pomagał jej, leczył ją, chociaż nie w taki sposób, jak przy zwykłych urazach i ułomnościach ludzkiego ciała.
Nie zatrzymał się, nawet gdy znalazł się przy linii brzegowej. Przystanął na niej na chwilę, poniekąd pozwalając Heather skrócić dystans między nimi, po czym skręcił gwałtownie w bok, idąc wzdłuż plaży. Testował jej oddanie, sprawdzał, jak daleko jest w stanie zajść, gdy wymachiwał jej metaforyczną marchewką przed nosem tuż po tym, jak zbił ją rózgą. W końcu zatrzymał się przy zbiorze krzaków, które porosły fragment wybrzeża. Dłonie dalej miał zaciśnięte tak, że jego kłykcie pobielały, jednak pozwolił Rudej na to, aby w końcu dopadła do jego ręki.
— Wiem — odparł sucho, dalej nie patrząc jej w twarz. — A przynajmniej wiem, że spróbujesz. Jak zawsze zresztą.
Skrzywił się, walcząc z tym, aby nie wyrwać ręki z jej uścisku. W końcu wydał z siebie przeciągłe westchnienie i odwrócił się ku niej. W dalszym ciągu był podminowany, jego mina również nie należały do najprzyjemniejszych, jednak to oczy były najbardziej konfundujące: jakby sam przeżywał jakiś wewnętrzny konflikt, jak poradzić sobie z pomyłkami Rudej. Pogłaskał jej szyję wierzchem dłoni.
— Wiesz, dlaczego mówię ci to wszystko? — spytał cichym, acz ostrym głosem, jakby chciał przez sam ton swoich słów wbić je do głowy dziewczyny. — Bo cię kocham. — Przejechał niespiesznie kciukiem po jej policzku. Z niesmakiem zauważył czułość w tym geście, a przecież tak go denerwowała. Każdy jej błąd rozpalał jego niechęć, ale pod powierzchnią czaiły się też inne emocje. Pragnienie, poniekąd łagodne, młodzieńcze... A nawet romantyczne. Zatrzymał kciuk na kąciku ust Rudej. — Kocham cię najbardziej na świecie, rozumiesz? — Pochylił głową, opierając ją lekko o czoło Heather. — I dlatego nikt inny nie powie ci tego wszystkiego wprost. Na mnie możesz liczyć, nawet jeśli moja prawda jest bolesna.
Ciągłe zapewnienia, gwarancje nieraz doprawiane błaganiami, tłumaczeniami i prośbami... A jednak sama Heather zbytnio się nie zmieniała, czyż nie? Ciągle te same błędy, pomyłki i, co najbardziej frustrujące, brak chęci zmiany. Tylko ciągłe powtarzanie tych samych czynności z nadzieją na inny efekt. Jakby sama nadzieja w jej wypadku miała cokolwiek dać. A przecież sama powinna najlepiej wiedzieć, że aby się przed czymś ochronić, to trzeba było tego chcieć i mocno nad tym pracować.
— Tak, idź! — rzucił przez ramię prześmiewczym, acz dalej pełnym napięcia głosem. — Może po drodze zjebiesz coś jeszcze.
Wiedział, że Ruda idzie za nim, chociaż nie zwrócił się ponownie w jej stronę. Trudno byłoby nie wyczuć tej desperacji; czaiła się w tym, jak szybko zerwała się z ziemi i jak przyspieszyła kroku, aby tylko znaleźć się bliżej niego. W pewien sposób go to uspokoiło, jak gdyby sama wiedza o tym, jak bardzo go w tej chwili potrzebowała, sprawiała, że czuł się pewniej. Utwierdzało go to w przekonaniu, że dobrze robił. Skoro zależało jej na nim, to musiało jej też zależeć na tym, aby naprawić własne błędy, czyż nie? Pomagał jej, leczył ją, chociaż nie w taki sposób, jak przy zwykłych urazach i ułomnościach ludzkiego ciała.
Nie zatrzymał się, nawet gdy znalazł się przy linii brzegowej. Przystanął na niej na chwilę, poniekąd pozwalając Heather skrócić dystans między nimi, po czym skręcił gwałtownie w bok, idąc wzdłuż plaży. Testował jej oddanie, sprawdzał, jak daleko jest w stanie zajść, gdy wymachiwał jej metaforyczną marchewką przed nosem tuż po tym, jak zbił ją rózgą. W końcu zatrzymał się przy zbiorze krzaków, które porosły fragment wybrzeża. Dłonie dalej miał zaciśnięte tak, że jego kłykcie pobielały, jednak pozwolił Rudej na to, aby w końcu dopadła do jego ręki.
— Wiem — odparł sucho, dalej nie patrząc jej w twarz. — A przynajmniej wiem, że spróbujesz. Jak zawsze zresztą.
Skrzywił się, walcząc z tym, aby nie wyrwać ręki z jej uścisku. W końcu wydał z siebie przeciągłe westchnienie i odwrócił się ku niej. W dalszym ciągu był podminowany, jego mina również nie należały do najprzyjemniejszych, jednak to oczy były najbardziej konfundujące: jakby sam przeżywał jakiś wewnętrzny konflikt, jak poradzić sobie z pomyłkami Rudej. Pogłaskał jej szyję wierzchem dłoni.
— Wiesz, dlaczego mówię ci to wszystko? — spytał cichym, acz ostrym głosem, jakby chciał przez sam ton swoich słów wbić je do głowy dziewczyny. — Bo cię kocham. — Przejechał niespiesznie kciukiem po jej policzku. Z niesmakiem zauważył czułość w tym geście, a przecież tak go denerwowała. Każdy jej błąd rozpalał jego niechęć, ale pod powierzchnią czaiły się też inne emocje. Pragnienie, poniekąd łagodne, młodzieńcze... A nawet romantyczne. Zatrzymał kciuk na kąciku ust Rudej. — Kocham cię najbardziej na świecie, rozumiesz? — Pochylił głową, opierając ją lekko o czoło Heather. — I dlatego nikt inny nie powie ci tego wszystkiego wprost. Na mnie możesz liczyć, nawet jeśli moja prawda jest bolesna.