Zapytana nie potrafiłaby racjonalnie wyjaśnić co się stało, ani skąd te wszystkie nagłe uczucia i pragnienia. A przecież wiedziała, że nie była taka, nie oddałaby się żadnemu mężczyźnie w takich warunkach i to jeszcze podczas pracy, poza tym do tej pory ją i Caina łączyła jedynie relacja związana z pracą, nigdy nie pomyślała o nim, jako o kimś więcej. Aż do teraz. Nie dostrzegała tego wcześniej, ale okazał się być tak cenny i ważny… ale to nie oni byli w tym momencie najważniejsi, czyż nie? Przybyli tutaj, bo mieli tu coś do zrobienia. I może całe szczęście, że się tu zjawili, bo inaczej nie zdałaby sobie sprawy jak obecność Bletchleya była dla niej ważna, wręcz niezbędna do życia… ale nie byli wszak zwierzętami, które nie mogły nad sobą zapanować. Po wszystkim – kiedy już wyjaśni się co się tutaj działo, czy to głupi żart (a jeśli tak, to Victoria mogłaby się nie powstrzymać i cholernego Bagshota opierdolić) – mogliby do tego wrócić, całkowicie na spokojnie. Bez tej przeszkadzającej i kołaczącej w głowie myśli, że ciągle jest tu coś do zrobienia, że może nie być bezpiecznie i że… ktoś może potrzebować pomocy.
Widmo dotyku Caina na jej ciele, nawet jeśli nie przekroczyli bariery aurorskiego munduru zanadto, jego ciepłych ust na skórze… Tak dawno tego nie czuła, niemalże zapomniała jak to jest i och – oczywiście że jej tego brakowało na pewien sposób. Tym bardziej, że jego ruchy zdawały się być tak niecierpliwe, łapczywe, jakby tonął, albo jakby spragniony usiłował napić się tej życiodajnej wody. Jej dotyk był bardziej wyważony, a jednak zdecydowany i była w nim pewna delikatność, jakby bała się mu zrobić krzywdę.
Ale się zatrzymali. Może na jej nieśmiałe pytanie, może rozum wrócił im do głowy… Wstali tak, blisko siebie, bardzo blisko – jej dłonie, które jeszcze chwilę temu trzymała mu na karku zsunęły się niżej, tak, że teraz go obejmowała, gdy on nadal zaciskał ręce na jej biodrach (och, a było gdzie się złapać…); nawet nie odczuła tego, że jego palce wręcz wbijały się w jej skórę, niemalże boleśnie, tak była pochłonięta tym, co ją opętało… tą obsesją. Nie zrozumcie mnie źle – nadal chciała go mieć przy sobie, nie chciała go spuścić z oka, trzymać, rozmawiać z nim, przekazywać te wszystkie skołatane myśli, ale czuła w głębi siebie, że to nie jest dobry moment. Nie chciała go tak prędko puścić, nawet jeśli się zatrzymali i oderwali od siebie, dając sobie i jemu czas na wyrównanie oddechów. Tak, była zimna jak trup, ale w przeciwieństwie do nieumarłych – nadal oddychała.
– Jeśli to faktycznie trupy, to trzeba go znaleźć jak najszybciej – odpowiedziała, opierając głowę na ramieniu Caina. Wpatrywała się w ciemną linię lasu, lecz bez źródła światła nie widziała niczego. Mogli tylko polegać na słuchu, ale nic nie wskazywało na to, że ktoś albo coś usiłował się do nich zakraść. Odetchnęła głębiej, gdy poczuła, że Bletchley zwalnia swój uścisk i wypuścił ją, jak odsunął się na krok, potem drugi i jej dłoń w lekkim zakłopotaniu powędrowała do włosów z tyłu głowy, które rozczesała palcami. – Nigdzie bez ciebie nie idę – niemal wymruczała na wydechu, a później spróbowała poprawić swoją własną koszulę, by nie wyglądała, jakby ktoś właśnie próbował ją rozpiąć, albo wydostać spod paska spodni. – Chyba musimy iść w ten cholerny las. W zawiadomieniu było, że widział trupy na skraju lasu – westchnęła, bo to brzmiało jak dużo szukania.