09.04.2024, 02:46 ✶
Wywróciła na niego oczami, z pewnym zniesmaczeniem zdając sobie sprawę, że nie wiedzieć czemu oczekiwała, że był nieco bardziej obeznany w tym jak działa umiejętność przekazywana z krwią Trelawneyów. Ale szybko też zadała sobie pytanie, że niby czemu miała takie oczekiwania wobec niego i po co w sumie Louvainowi tego typu informacje. Większość członków jej rodziny, reagowała na wizje limbo niechęcią czy rezerwą, uznając je za zaburzające rzeczywistość do nieznośnego stopnia. Ona sama przez bardzo długi czas zwyczajnie bała się tego, co mogło ją otoczyć i wypaczyć znajdujący się dookoła krajobraz. Może dlatego właśnie zaczęła rozwijać się w stronę komunikacji i pozbywania się duchów, bo widziała wyraźne powiązanie między nimi, a zdolnością którą dała jej krew matki. Jakby dzięki temu miała uzyskać nieco większą kontrolę nad własnymi strachami.
Ale nawet jeśli rytm dnia codziennego w mniejszy sposób jak dawnej mógł być zaburzony przez krzywe odbicie świata, to większość z jej koszmarów wciąż dotyczyło właśnie tego. W świecie jej snów nic nie było takie jak powinno, nie dlatego że jej umysł w pełni oddawał się woli Morfeusza, ale dlatego, że brała je we władanie Melinoe. Gdyby było to inne bóstwo, McKinnon pewnie przeklinałaby jej srogo, pomstując na czym świat stał i nie przebierając w słowach, ale w ten sposób odnosiła się tylko do męskiej części jakiegokolwiek panteonu.
Tak samo jak Morpheus gotów był jej deklamować modły do Apollona, które miały zesłać dobre wizje i jego błogosławieństwo, tak ona pośrodku dusznej ciemności nocy gotowa była błagać Melinoe, by oszczędziła ją tym razem. Był to jeden z jej nielicznych przejawów religijności, ten najbardziej prymitywny i rozpaczliwy, bo kiedy święte teksty znajdowały się na jej ustach w obecności duchów, były zwyczajnie puste. Klepała formułki licząc, że nie zadziała tutaj jej własna wiara, a raczej esencja życia, która kryła się w duchach.
Trochę śmieszne wydawało jej się, że kiedy Louvain ją krzywdził, w głowie miała modlitwę skierowaną do swojego własnego boga. Tego, którego sama stawiała ponad wszystkimi, a jednocześnie był on najgorszym sortem, od którego mogła prosić pomocy, bo przecież robiła to wszystko przez niego. Dla niego? Składała na ołtarzu upokorzenia samą siebie, licząc na to, że zdoła zwrócić jego uwagę w sposób, którego oczekiwała, ale to nigdy nie następowała. A mimo tego godziła się na podobne traktowanie, licząc na to, że kiedyś się jej to opłaci. Że przez własną głupotę nie skończy jako puste naczynie, spragnione czułości do tego stopnia, że przyjmie najgorszy jej sort bez najmniejszego oporu i walki.
Pomyśl, że to sen. Wznosiła swoje modły, jednocześnie patrząc w oczy Louvainowi, będąc świadomą do szpiku kości, że powtarzania dla znieczulenia słowa były dokładnie tym, czym obdarzała duchy - pustą formułką, która miała sprawić, że poczuje się lepiej. Że ból będzie znośniejszy, że nie będzie czuła strachu i że wciąż będzie się do Lestrange'a uśmiechać złośliwie, jakby to co jej robił to było w tym momencie zbyt mało.
Czasem myślała, że jej Słońce nie było warte tego, w co się uwikłała i powinna raz na zawsze odwrócić się od swojego bóstwa i wyrzec się go z pełną mocą. Ale kiedy tylko ta myśl pojawiała się w jej głowie, nienawidziła siebie o wiele bardziej, niż potrafiła nienawidzić Louvaina.
Ale mimo tego, jak silne uczucia do bliźniaka Loretty żywiła, nienawiść tę chowała głęboko w sobie. Trzymała ją na specjalne okoliczności, kiedy odrobinę przesuwał granice coraz dalej i dalej, a ona czuła się wyjątkowo bezsilna. Dlatego teraz, kiedy na niego patrzyła, zwyczajnie odgrywała kolejną małą rolę, której teraz od niej oczekiwał, czekając aż sam przerwie milczenie i częstując się zaoferowanym papierosem.
- Szeptuchy? - powtórzyła za nim, unosząc delikatnie brew ku górze, pozwalając mu jednak uporać się z tym co chodziło mu po głowie, zamiast uciekać się do uszczypliwych komentarzy na temat tego, że strasznie dużo myślał, jak na tak proste słowa. - Nie mogłeś powiedzieć wcześniej? Wzięłabym coś w prezencie. Jak na chłopca z manierami od czasu do czasu, to spodziewałam się czegoś lepszego. - strzepnęła popiół na ściółkę, z zainteresowaniem przyglądając się jak na nią opada. - Ale cóż, miejmy nadzieję, że poręczenie wystarczy - uśmiechnęła się do niego krótko, szczerze mając w tym momencie nadzieję, że Szeptucha podsumuje go w jakiś cudny sposób, jak już zada te swoje głupie pytania. - Uprzedzam, że nawet ze mną rozmowa z nią może być trudna. To nie jest najprostsza osoba - zaciągnęła się, przyglądając mu się jeszcze przez chwilę. - Mam nadzieję, że to bliżej to nie w pakiecie z jakimiś maskami. Szkoda by ukrywać taką buzię jak moja.
Ale nawet jeśli rytm dnia codziennego w mniejszy sposób jak dawnej mógł być zaburzony przez krzywe odbicie świata, to większość z jej koszmarów wciąż dotyczyło właśnie tego. W świecie jej snów nic nie było takie jak powinno, nie dlatego że jej umysł w pełni oddawał się woli Morfeusza, ale dlatego, że brała je we władanie Melinoe. Gdyby było to inne bóstwo, McKinnon pewnie przeklinałaby jej srogo, pomstując na czym świat stał i nie przebierając w słowach, ale w ten sposób odnosiła się tylko do męskiej części jakiegokolwiek panteonu.
Tak samo jak Morpheus gotów był jej deklamować modły do Apollona, które miały zesłać dobre wizje i jego błogosławieństwo, tak ona pośrodku dusznej ciemności nocy gotowa była błagać Melinoe, by oszczędziła ją tym razem. Był to jeden z jej nielicznych przejawów religijności, ten najbardziej prymitywny i rozpaczliwy, bo kiedy święte teksty znajdowały się na jej ustach w obecności duchów, były zwyczajnie puste. Klepała formułki licząc, że nie zadziała tutaj jej własna wiara, a raczej esencja życia, która kryła się w duchach.
Trochę śmieszne wydawało jej się, że kiedy Louvain ją krzywdził, w głowie miała modlitwę skierowaną do swojego własnego boga. Tego, którego sama stawiała ponad wszystkimi, a jednocześnie był on najgorszym sortem, od którego mogła prosić pomocy, bo przecież robiła to wszystko przez niego. Dla niego? Składała na ołtarzu upokorzenia samą siebie, licząc na to, że zdoła zwrócić jego uwagę w sposób, którego oczekiwała, ale to nigdy nie następowała. A mimo tego godziła się na podobne traktowanie, licząc na to, że kiedyś się jej to opłaci. Że przez własną głupotę nie skończy jako puste naczynie, spragnione czułości do tego stopnia, że przyjmie najgorszy jej sort bez najmniejszego oporu i walki.
Pomyśl, że to sen. Wznosiła swoje modły, jednocześnie patrząc w oczy Louvainowi, będąc świadomą do szpiku kości, że powtarzania dla znieczulenia słowa były dokładnie tym, czym obdarzała duchy - pustą formułką, która miała sprawić, że poczuje się lepiej. Że ból będzie znośniejszy, że nie będzie czuła strachu i że wciąż będzie się do Lestrange'a uśmiechać złośliwie, jakby to co jej robił to było w tym momencie zbyt mało.
Czasem myślała, że jej Słońce nie było warte tego, w co się uwikłała i powinna raz na zawsze odwrócić się od swojego bóstwa i wyrzec się go z pełną mocą. Ale kiedy tylko ta myśl pojawiała się w jej głowie, nienawidziła siebie o wiele bardziej, niż potrafiła nienawidzić Louvaina.
Ale mimo tego, jak silne uczucia do bliźniaka Loretty żywiła, nienawiść tę chowała głęboko w sobie. Trzymała ją na specjalne okoliczności, kiedy odrobinę przesuwał granice coraz dalej i dalej, a ona czuła się wyjątkowo bezsilna. Dlatego teraz, kiedy na niego patrzyła, zwyczajnie odgrywała kolejną małą rolę, której teraz od niej oczekiwał, czekając aż sam przerwie milczenie i częstując się zaoferowanym papierosem.
- Szeptuchy? - powtórzyła za nim, unosząc delikatnie brew ku górze, pozwalając mu jednak uporać się z tym co chodziło mu po głowie, zamiast uciekać się do uszczypliwych komentarzy na temat tego, że strasznie dużo myślał, jak na tak proste słowa. - Nie mogłeś powiedzieć wcześniej? Wzięłabym coś w prezencie. Jak na chłopca z manierami od czasu do czasu, to spodziewałam się czegoś lepszego. - strzepnęła popiół na ściółkę, z zainteresowaniem przyglądając się jak na nią opada. - Ale cóż, miejmy nadzieję, że poręczenie wystarczy - uśmiechnęła się do niego krótko, szczerze mając w tym momencie nadzieję, że Szeptucha podsumuje go w jakiś cudny sposób, jak już zada te swoje głupie pytania. - Uprzedzam, że nawet ze mną rozmowa z nią może być trudna. To nie jest najprostsza osoba - zaciągnęła się, przyglądając mu się jeszcze przez chwilę. - Mam nadzieję, że to bliżej to nie w pakiecie z jakimiś maskami. Szkoda by ukrywać taką buzię jak moja.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror