• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Lake District [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé

[09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#10
09.04.2024, 02:54  ✶  

Nie musiała mu tego mówić. Doskonale wiedział, że miała problemy ze znalezieniem zrozumienia. Wiedział to od chwili, w której zaczęli rozumieć siebie tak dobrze, łatwo, czasem bez słów. To oznaczało podobieństwo, a podobieństwo znów oznaczało podobne problemy. Podobieństwo w tym miejscu się nie kończyło, bo oboje zdawali się niezbyt przejmować tym smutnym faktem. Esmé wystarczała akceptacja, niekoniecznie musiał być rozumiany. Przyzwyczaił się do tego, że nie jest, a jego styl życia uważany jest przez wszystkich dookoła za coś egzotycznego. Sam był uważany za... unikalnego. Jak zwierzę z dalekich krajów - przyciągał tym jak różny był, jak dziwny. Jak bardzo nie pasował do otoczenia, w którym się znalazł tu i teraz. I to mu niezbyt przeszkadzało - w tym wszystkim, w tej pustej fascynacji jego egzystencją, kryła się również wartość - czy tego chcieli, czy nie, to obserwatorzy dostrzegali inne życie. Inną metodę. Niestety, był mało przekonujący - żyjąc na Nokturnie, wyglądając tak... beznamiętnie. Nie wyglądał na kogoś szczęśliwego, ale wyglądał na kogoś zadowolonego. Czym? Sobą. Sobą i tylko sobą. Tym co z niego zostało, tym że wciąż miał zasady, wciąż miał pragnienie szczęścia. Tym że się nie poddał w drodze, którą obrał.

Towarzystwo Ger było miłą odmianą. Jego zachowanie nie było brane jako unikatowe, niezrozumiałe, a... zupełnie normalne. Geraldine naprawdę rozumiała jak to jest żyć zgodnie z Prawdą. Rozumiała skąd się brało jego dziwaczne zachowanie, jego słowa rzucane w przestrzeń, jego milczenie, gdy czasem należało coś powiedzieć. Robił wszystko tak, jak czuł. Jak chciał. Nic nie było wymuszone, nic nie było nieszczere.

Rzemieślnik od małego był... niczyj. Chociaż stała za nim rodzina Rowle, chociaż był czystokrwisty, to jednocześnie był zupełnie sam. Był samotną wyspą, która tylko pozornie stanowiła cześć archipelagu. Odkąd zmarła jego matka, odtąd stał z boku nawet we własnej rodzinie. Ojciec wiódł życie takie, jakby w ogóle jego syn nie istniał, a reszta familii w ogóle nie uznawała Esmé za część niej, bo... czemu miałaby? Czemu to miało służyć, skoro był synem z nieprawego łoża? Był symbolem buntu wobec tradycji, wobec rodziny. Później na moment był czyjś, był zupełnie w cudzych rękach, gotowy w nich skonać. Dlatego upadek z nich nie był tak bolesny, jak inne elementy tego rozstania. Bycie znów niczyim stanowiło powrót na stare śmieci, który na swój sposób odebrał z radością. Lubił być indywiduum. Czuł się wtedy osobą silniejszą, niż w rzeczywistości.

- Nie myl wspaniałości z perfekcją. - rzucił spokojnie, jakby to była mądrość przekazywana w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie. - Nikt nie był, nie jest i nie będzie perfekcyjny. - ludzie często lubili do niej dążyć, czego winien był również sam Esmé. Jednak dążenie do perfekcji nie było żadnym problemem, a wręcz przeciwnie - było słuszną drogą. Niewłaściwym było jednak podcinać sobie samemu skrzydła, gdy perfekcja nie była osiągana. Katować się błędami, umniejszać własnej wartości, bo... nie było się idealnym, nie spełniło się swoich wyimaginowanych oczekiwań. Oczekiwań, co? Jak wiele rzeczy sprowadzało się do tego, co oczekiwaliśmy. Rowle nie twierdził, że Gerry jest nieszczera, ale wiedział, że i ona ma oczekiwania. Mogła mówić jedno, starać się żyć wedle tej dewizy, ale nieświadomie oczekiwała czegoś. Każdy oczekiwał. Bez tego egzystencja nie miała sensu. Tak, jak oczekiwała kilka chwil później na pocałunek, tak oczekiwała na poprawę w swoim życiu. Oczekiwała również od siebie pewnego poziomu, który widocznie nie został osiągnięty "ostatnio". Esmé nie chciał w to wnikać, bo nie zamierzał precyzyjnie wyperswadować pewnych rzeczy z jej głowy. Rzucał ogólne myśli, które mogły stanowić podstawę przemyśleń, podstawę do zmian, a mogły zostać zupełnie zignorowane, uznane za swoisty truizm. On, w tym przypadku, niczego nie oczekiwał. Naprawdę.
- Nietuzinkowe komplementy to moja specjalność. - zażartował sobie, bo rzeczywiście - miał bardzo dziwne komplementy. Często nawet nie dało się ich uznać za komplementy, chociaż... przecież komplementem były każde pochwalne słowa. To, że te jego nie brzmiały w taki sposób nie zmieniało faktu, że często chwalił. Laurentowi, na przykład, powiedział że chciałby, aby ten był prawdziwą szkaradą. A wszystko po to, by podkreślić jak bardzo mu na nim zależy skoro przedmiotem rozmowy było "cierpienie jest miarą piękna". Albo na odwrót.

Zaśmiał się lekko, w reakcji na jej zapewnienie. A więc koniec z papierosami od niej? Jakoś wątpił. Zresztą nie to miał na myśli, ale... mógł lepiej ubrać myśli w słowa. Wszystko miało swoją cenę. Nic nie znacząca cena, gdy powtórzona po raz tysięczny, zaczynała mieć spore znaczenie. Wszystko składało się na pewną kwotę jaką należało życiu zapłacić. I czasami, cóż, nie każdego było stać na spłatę.

Jaką cenę miały mieć wydarzenia z tego dnia? To dopiero miało się okazać. Tymczasowo - cena wydawała się mieć coraz mniejsze znaczenie dla niej i dla niego. Swoją własną znał - niezależnie do jakiej bliskości by między nimi doszło, to dopóki nie poczuł tej niszczącej siły miłości, dopóty wszystko mogło wrócić do normy. Tak uważał. Mógł znów utrzymywać z nią relację czysto biznesową, chociaż... nie, było to kłamstwo. Biznesowo-przyjazną, bo taką właściwie mieli jeszcze zanim trafili nad Windermere. Wiedział, że czerpałby sadystyczną radość z wypominania tych wydarzeń, bo najpewniej byłyby wstydliwe dla samej Ger. Zresztą, byłyby to zdarzenia bardzo przyjemne do wspominania, więc dlaczego miałby się powstrzymywać?

W umyśle miał zanotowane dlaczego uwielbia Geraldine. Teraz dopisywał - za jej usta. Rozkoszował się ich miękkością, ich słodyczą, właściwie z trudem się od nich odrywając po chwili. Jednak tego wymagała sytuacja. Nie miał problemów z wzięciem odpowiedzialności na siebie, z zapłaceniem ewentualnej ceny tej decyzji, którą podjął - o tym pocałunku. Jeżeli jednak to miało trwać dalej, to musiał chociaż wiedzieć, że jest świadoma wydarzeń, że nie boi się ich. Jej brak pewności siebie przy tak silnych uczuciach powodował w Esmé poczucie pewnego... wykorzystania. Żerowania na jej słabości. Mogła nie wiedzieć czego chce, mogła nie potrafić tego nazwać. Teraz miała jasne pytanie i prostą odpowiedź. Potrzebował jedynie podpisu pod tą umową, zaświadczenia że rozumie konsekwencje. Nawet, jeżeli to on miał je w głównej mierze ponosić.

Chciała zapomnienia. Uniósł brwi, nieco zaskoczony, po czym uśmiechnął się do niej ciepło. Wielu ludzi uznałoby te słowa za wielce krzywdzące. Sprowadzenie całej tej sytuacji, całej ich osoby do... zajęcia umysłu. Do roli odskoczni od problemów. Czystego zapomnienia, że zmagało się z własnym losem, z przeszłością, z niewygodą własnego umysłu. Miał po prostu dać jej zapomnienie. Nie czytał jej w myślach, nie domyślał się miłości, ale doskonale rozumiał chęć zapomnienia. Doskonale rozumiał jak to było pragnąć czegoś tylko po to, by zamaskować coś innego. W przypadku Esmé - obrzydliwego. Bo inaczej nie potrafił nazwać tej pustki. Kaletnik nie oczekiwał nigdy, że stanie się kimś w życiu Ger. Nie widział siebie w roli jej miłości z wielu powodów, ale jednym z nich była prosta myśl. Jeszcze bardziej obrzydliwa, niż sama pustka, bo pochodząca od jego własnego ojca. "Nie możesz dać tego, czego nie potrafisz przyjąć".

Zatem po co te wszystkie flirty, po co jego jawne zainteresowanie Geraldine, skoro nie widział miłości między nimi? Czyżby jej nie oczekiwał? Oh, ależ skądże. Oczekiwał jej, jak najbardziej. Oczekiwał, chociaż był niemalże pewien, że to bzdura. Wiedział, że zostanie zawiedziony, ale oczekiwał. Powrót do tamtej myśli - był gotów dać się skrzywdzić, byleby coś poczuć. I nie chciał tracić nadziei. Nigdy. Zaznał prawdziwego szczęścia w swoim życiu i był pewien, że zdoła zaznać go jeszcze raz. Kiedyś na pewno. Nie musiał wierzyć w każdą sytuację, w każdą relację, ale mógł po cichu liczyć na to, że to właśnie ta.

Widocznie, jednak, to nie była ta. Zrozumiałe. Uwielbienie jakie czuł do Gerry wskazywało na różnice między nimi. Nie był w stanie jej dorównać, nie mógł zająć miejsca obok niej. Ale mógł ją mieć. Na chwilę. Może na te kilka chwil pocałunku lub jedną noc. Mógł sięgnąć tej wspaniałości, chociaż nie potrafił zamknąć jej w dłoniach. Już raz na jej ustach złożył swoją modlitwę ku jej chwale i zamierzał robić to tak długo, na ile pozwalała się chwalić. Na ile Ger pozwalała się uwielbiać. Jedna skrzywdzona Róża uważała go za Boga, ale nawet Bóg, najwidoczniej, modlił się do swoich własnych Bogów.

- Twe życzenie jest dla mnie rozkazem. - rzucił do niej i wsunął na moment w usta papierosa, którego jej zabrał. Pociągnął sporą chmurę dymu, którą zaraz wydmuchał w stronę jeziora i... wystrzelił z palców szluga w stronę tafli jeziora. W dupie miał teraz śmiecenie. Teraz mógł walić się świat, a otoczenie praktycznie nie miało dla niego znaczenia. Tak jak, niemalże, wszyscy inni ludzie. Teraz, tutaj, liczyła się tylko i wyłącznie Geraldine. Jego Bogini Łowów. Wspaniałość w ludzkiej, kobiecej formie. Jego Geraldine Yaxley.

Odepchnął się rękoma, by wytrzeć je o spodnie. Nie chciał pobrudzić boskiej figury, na której miał zamiar złożyć liczne pocałunki. Jego dłoń zaraz spoczęła na jej ramieniu, a wskazujący palec zręcznie wsunął się pod ramiączko sukienki. Przesunął dłonią na bok, nieco niżej, zsuwając je z jej ramienia, ale przytrzymując na tyle, by nie odsłonić nic poza... obojczykiem. Wychylił się w jej stronę, by powoli, z ostrożnością i precyzją godną jubilerskiego rzemiosła składać pocałunku wzdłuż jej barku, zbliżając się po kości obojczykowej do szyi. Delikatnie, czule, rozkoszując się każdym z nich, każdą chwilą, w której mógł ją mieć. W której mógł doznawać jej. Uścisk na ramieniu stopniowo się wzmacniał, tak samo jak intensywność pocałunków, gdy był już na szyi i zmierzał ku górze - w stronę ucha. Zatrzymał się na moment, składając delikatny, eteryczny pocałunek na jego płatku. Serce biło mu szybko, w głowie była... błoga cisza myśli. Istniały tylko proste instynkty. W coraz większym ogniu stawało pożądanie, które zasilane było uwielbieniem. Uwielbiał ją. Uwielbiał. Chciał ją. Dla siebie. Chciał poczuć ją najlepiej, chciał jej jak najwięcej. Wplótł lewą dłoń w jej włosy, ujmując jej głowę już nieco mniej delikatnie, bo i mniej delikatnie dopadł do jej ust własnymi. Łapczywie, pełen pragnienia i namiętności, zagubiony w tej pasji nie mniej, niż w tej do rzemiosła. Prawa ręka chwyciła ją na wysokości talii za plecy, przycisnął ją do siebie, oddając się tej grzesznej modlitwie do jego Bogini Łowów. Ale czy na pewno grzesznej? Czy teraz robił coś niewłaściwego, czy wręcz przeciwnie - wymaganego. Wiedział, że pewnie był jedynym jej wyznawcą i w głowie nie mieściło mu się, że inni nie dostrzegają jej wspaniałości. Była rażąca bardziej, niż słońce w zaśnieżony południe. Była oczywistsza niż to, że po nocy następował dzień. Niewielu rzeczy w życiu Esmé był tak pewien, jak wspaniałości Geraldine. Z drugiej strony... czuł, że nie chciałby, aby ktokolwiek inny rozumiał to, co on. Chciał ją dla siebie. Tylko i wyłącznie dla siebie. Schlebiało mu bycie tym jednym, jedynym wyznawcą, który znał jej prawdziwą wartość. I nie chciał się dzielić, nie chciał innym dawać okazji, by zaczerpnęli z tego źródła. Nie wierzył, by ono się kiedykolwiek wyczerpało, ale... jakże ludzkim była chęć posiadania. Jak ludzkim uczuciem był egoizm. Rowle z otwartymi ramionami witał te wszystkie emocje. Każdą jedną, której nie był w stanie czuć od tak dawna, a teraz... teraz zdawał się być przepełniony emocjami. Wieloma. Ale uwielbienie przyćmiewało wszystko. Nawet pożądanie.

Nie łatwo było oderwać się od tego pocałunku. Przerywał sobie jedynie na chwilkę, by przyjrzeć się jej na moment, by w pełni pochłonąć wszystkimi zmysłami jej wspaniałość. Jednak na moment się odsunął, zluzował uścisk, opierając swoje czoło o jej. Jego ciemne oczy pełne były iskier, życia, jakiego dotąd nie było w nim... od dawna. Taka sytuacja może zdarzyła się raz lub dwa odkąd... został zniszczony. Teraz wydawało się to wszystko odległą przeszłością albo nawet fikcją. Oddychał ciężej, serce biło mu mocniej, a twarz nabrała kolorów nie tylko z powodu emocji, ale także całej tej sytuacji.

- Jeżeli tak ma wyglądać metoda na zapomnienie, to wybacz mój egocentryzm, ale chyba nie chcę, byś zapomniała kiedykolwiek. - był to oczywiście żart z przekąsem, bo prawda była zupełnie inna. Był gotów poświęcić wiele, byleby wiodła lepsze życie. Uwielbiał ją zbyt mocno, aby nie być gotowym na mesjanizm dla niej. Dla jej lepszego życia. Ale też chciał dać znać, że ten moment... był dla niego ważny. Był dla niego czymś, czego potrzebował. Czego pragnął. Tak samo jak ona, a może nawet bardziej. Nie, zdecydowanie bardziej, chociaż nie kochał, a uwielbiał. Nie musiał kochać. W jego pustym życiu byle sympatia oznaczała wiele, a teraz? To co czuł teraz? Odbierało mu zmysły i logiczne myślenie. Gubił się w tym co chciał, a czego nie. Co powinien, a czego nie. Znów ją pocałował, znów długo i namiętnie. Znów przyciskając do siebie, przesuwając dłonią od samej góry jej blizny na plecach, aż do dołu - nawet jeżeli ślad kończył się pod sukienką. Prosty, głupi mężczyzna, pochłonięty żądzą zaznania kobiety jak najbardziej. Chciała zapomnienia, a on chciał jej. Dostał już i tak wiele, a pozwalał sobie na więcej. Pozwalał sobie poznawać jej ciało, a dotyk blizny pod opuszkami palców wydawał mu się intymniejszy, niż jakiegokolwiek miejsca. Może w tym był jakiś sens, skoro Ger nie nosiła bielizny, a wstydziła się swojej szramy po polowaniu. Dla Rowle zdecydowanie było to intymne, unikatowe. Dotykał tego, co było jej wspomnieniem zasmakowania zawieszenia między życiem, a śmiercią. Chciał dotknąć więcej - w przenośni i nie tylko. Chciał doznać więcej, dowiedzieć się więcej. Ucałować każdą jedną bliznę na jej ciele w akcie radości, złożyć tę niemą modlitwę na każdym kawałku jej osobowości. Gdyby tylko dało się pocałować charakter lub duszę, to pragnąłby tego jeszcze bardziej.

Na chwilę się oderwał, pocałunek się przedłużał, a jego intensywność wzrastała. Oddychał jeszcze ciężej, teraz delikatnie odsunął się, ale dalej ich usta dzielił dystans tak niewielki, że wystarczyło poruszyć nieco karkiem i znów mogły się spotkać. Wpatrywał się w nią żywymi jak nigdy oczyma, ale też... zagubionymi. Był mężczyzną, który kierował się w stronę emocji niczym ćma w stronę światła. I podobnie był oszołomiony, gdy znajdował się bliżej, podobnie gotowy zatracić się w tym wszystkim, byleby... czuć to ciepło jak najdłużej. Jak najmocniej.

- Jesteś naprawdę wyjątkowa, Ger. - czy pamiętała te słowa? Powtarzał jej. Mówił to już podczas ich pierwszego spotkania. Teraz wyszeptał te słowa, starając się opanować oddech, pozwalając na chwilę neutralności, w której Łowczyni miała szansę na... cokolwiek. Odsunięcie się lub wręcz przeciwnie. Tak naprawdę Esmé wcale nie dawał jej czasu, ani nie próbował wybadać sytuacji. Rowle rozkoszował się chwilą, odsunął się na moment, by znów zaczerpnąć tego uwielbienia wszystkimi zmysłami. Zresztą był pewien, że jeżeli przesadziłby... to Geraldine by zareagowała. Pomijając, że miała odpowiedni ku temu charakter, to miała też warunki fizyczne, by nie być obezwładnioną, nawet gdy kaletnik przyciskał ją do siebie, jakby chciał, by ich ciała stały się jednością. Teraz pozwalał sobie na chłonięcie tej chwili, a nieświadomie dowiadywał się co dalej.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (10609), Geraldine Greengrass-Yaxley (10492), Pan Losu (69)




Wiadomości w tym wątku
[09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.04.2024, 16:39
RE: [09.08.72] Nad jeziorem Windermere | Geraldine & Esmé - przez Pan Losu - 06.04.2024, 16:39
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Esmé Rowle - 06.04.2024, 21:22
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Pan Losu - 06.04.2024, 21:22
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.04.2024, 23:10
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Esmé Rowle - 07.04.2024, 07:18
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.04.2024, 19:41
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Esmé Rowle - 08.04.2024, 04:13
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.04.2024, 12:56
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Esmé Rowle - 09.04.2024, 02:54
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2024, 11:19
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Esmé Rowle - 13.04.2024, 22:23
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.04.2024, 14:50

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa