09.04.2024, 04:10 ✶
– Hm... – mruknął, próbując doszukać się czegokolwiek uszopodobnego. – Teoretycznie roba.. To znaczy ekhem, tego typu przedstawiciele stawonogów, mogą mieć uszy wszędzie. Nawet na kolanach, więc to nic nie znaczy. Z drugiej strony pan Collins nie jest prawdziwym stawonogiem, więc może rzeczywiście jego narząd słuchu nie wykształcił się podczas transmutacji. – Albo po prostu był robakiem, więc nie myślał. Albo zrozumiał, że jest robakiem i uznał, że jego życie nie ma już sensu, więc po prostu postanowił nic nie odpowiadać.
– Tak. Kafka — Przytaknął z uśmiechem. Chętnie wdałby się z nią w dyskusje na ten temat... Ale nie w tej chwili. Zaraz. Czy ona powiedziała, że nie jest jego wielbicielką? Przecież... Nie. Nie. Nie w tej chwili.
– Świetnie. W takim razie po prostu proszę łap go jeśli zacznie uciekać – rzucił jeszcze, a potem zajął się na leczeniem. Brenna mogła zobaczyć, jak na jego twarzy pojawią się skupienie, pomieszane z troską. Pan Collins wydawał się być dupkiem, ale nie zasługiwał na taki los, a Basilius naprawdę nie chciał dopuścić do sytuacji, w której jego pacjent pozostałby robakiem, lub co chyba gorsze, pozostałby z mózgiem robaka. Jeszcze zanim zaczął odrobaczanie, jego wzrok natrafił na kalendarz z dzisiejszą datą. Hah... Czyli jednak piątki trzynastego były pechowe.
Pierwsze zaklęcie. Nic. Prawdę mówiąc to trochę się tego spodziewał, więc na razie nie zamierzał się tym martwić. Szybko chwycił jeden eliksir w postaci mgiełki, popryskał nim robaka, jakby to były perfumy i rzucił kolejne zaklęcie. Skóra pana Collinsa zmieniła kolor na nieco bardzo ludzką, co chyba było dobrym sygnałem.
– Świetnie – rzucił sam do siebie i odwrócił się na chwilę, by sięgnął po kolejny eliksir, gdy nagle roba... Pan Collins wydał z siebie dziwny, chropowaty dźwięk.
Cholera
Basilius natychmiast odwrócił się z powrotem, patrząc na Brennę, szukając potwierdzenia, czy jego pacjent przed chwilą przeklnął, czy też mu się tylko wydawało.
– Tak. Kafka — Przytaknął z uśmiechem. Chętnie wdałby się z nią w dyskusje na ten temat... Ale nie w tej chwili. Zaraz. Czy ona powiedziała, że nie jest jego wielbicielką? Przecież... Nie. Nie. Nie w tej chwili.
– Świetnie. W takim razie po prostu proszę łap go jeśli zacznie uciekać – rzucił jeszcze, a potem zajął się na leczeniem. Brenna mogła zobaczyć, jak na jego twarzy pojawią się skupienie, pomieszane z troską. Pan Collins wydawał się być dupkiem, ale nie zasługiwał na taki los, a Basilius naprawdę nie chciał dopuścić do sytuacji, w której jego pacjent pozostałby robakiem, lub co chyba gorsze, pozostałby z mózgiem robaka. Jeszcze zanim zaczął odrobaczanie, jego wzrok natrafił na kalendarz z dzisiejszą datą. Hah... Czyli jednak piątki trzynastego były pechowe.
Pierwsze zaklęcie. Nic. Prawdę mówiąc to trochę się tego spodziewał, więc na razie nie zamierzał się tym martwić. Szybko chwycił jeden eliksir w postaci mgiełki, popryskał nim robaka, jakby to były perfumy i rzucił kolejne zaklęcie. Skóra pana Collinsa zmieniła kolor na nieco bardzo ludzką, co chyba było dobrym sygnałem.
– Świetnie – rzucił sam do siebie i odwrócił się na chwilę, by sięgnął po kolejny eliksir, gdy nagle roba... Pan Collins wydał z siebie dziwny, chropowaty dźwięk.
Cholera
Basilius natychmiast odwrócił się z powrotem, patrząc na Brennę, szukając potwierdzenia, czy jego pacjent przed chwilą przeklnął, czy też mu się tylko wydawało.