09.04.2024, 08:36 ✶
Wszyscy jesteśmy aktorami, a świat jest sceną, na której mamy tylko jedną szansę by wystawić sztukę naszego własnego monodramu. Ze scenariuszem od Losu, bez suflerów, bez szansy na powtórzenie ujęcia...
Anthony niegdyś był mniej egzaltowany, stonowany, pilnujący gestów i mimiki. Szybko odkrył, że ludzie nie czuli się z tym zbyt komfortowo oraz co gorsza – szybko o nim zapominali lub nie zauważali go w tłumie. I o ile nie zależało mu na uwadze wszystkich, to jednak warto było utkwić w pamięci kilku wpływowych osób. Maska dandysa przylgnęła mu do twarzy, zszyła się z nią latami praktyki i zabawy własnym wizerunkiem aż wyszedł wychudły, bladolicy twór o ostrym umyśle przesłoniętym koronkowym żabotem i wysokim cylindrem. Miał też okulary, ale te zachowywał na wyjątkowe okazje. Dziś nawet ich nie założył mimo ostrego słońca rano. Przecież teraz padało. Czyżby zaraził się darem prekognicji?
Westchnął głośno i kilkukrotnie strzepnął okruchy magii z różdżki jak strzepuje się rtęć z termometru. Jego twarz wykrzywiało wciąż niezadowolenie. Drastycznie nie lubił tych chwil, gdy coś mu nie wychodziło. Z resztą, któż lubił takie momenty?
– Szkoda, że to nie był bogin. Pamiętasz Lozannę? Ten wypchany niedźwiedź wciąż prześladuje mnie w snach. – tak jakoś wychodziło, że podział utrwalany w Isaacowych notatkach był również głęboko wyryty w głowie Anthony'ego, który asystentów traktował... jak asystentów. Oto dwaj starzy przyjaciele wyjechali na Safari a ich młodzi adiutanci noszą im bagaże. Tylko zamiast lwa próbując upolować mały zameczek. Ekscytujące.
– Gdzie teraz potencjalny przyszły właścicielu? Może większa z wież skoro odblokowaliśmy już do niej dostęp? – zasugerował rozglądając się po otoczeniu. Na halu za jego plecami uformowało się już całkiem niezłe bajorko czekające tylko na demoniczne kaczki.
Anthony niegdyś był mniej egzaltowany, stonowany, pilnujący gestów i mimiki. Szybko odkrył, że ludzie nie czuli się z tym zbyt komfortowo oraz co gorsza – szybko o nim zapominali lub nie zauważali go w tłumie. I o ile nie zależało mu na uwadze wszystkich, to jednak warto było utkwić w pamięci kilku wpływowych osób. Maska dandysa przylgnęła mu do twarzy, zszyła się z nią latami praktyki i zabawy własnym wizerunkiem aż wyszedł wychudły, bladolicy twór o ostrym umyśle przesłoniętym koronkowym żabotem i wysokim cylindrem. Miał też okulary, ale te zachowywał na wyjątkowe okazje. Dziś nawet ich nie założył mimo ostrego słońca rano. Przecież teraz padało. Czyżby zaraził się darem prekognicji?
Westchnął głośno i kilkukrotnie strzepnął okruchy magii z różdżki jak strzepuje się rtęć z termometru. Jego twarz wykrzywiało wciąż niezadowolenie. Drastycznie nie lubił tych chwil, gdy coś mu nie wychodziło. Z resztą, któż lubił takie momenty?
– Szkoda, że to nie był bogin. Pamiętasz Lozannę? Ten wypchany niedźwiedź wciąż prześladuje mnie w snach. – tak jakoś wychodziło, że podział utrwalany w Isaacowych notatkach był również głęboko wyryty w głowie Anthony'ego, który asystentów traktował... jak asystentów. Oto dwaj starzy przyjaciele wyjechali na Safari a ich młodzi adiutanci noszą im bagaże. Tylko zamiast lwa próbując upolować mały zameczek. Ekscytujące.
– Gdzie teraz potencjalny przyszły właścicielu? Może większa z wież skoro odblokowaliśmy już do niej dostęp? – zasugerował rozglądając się po otoczeniu. Na halu za jego plecami uformowało się już całkiem niezłe bajorko czekające tylko na demoniczne kaczki.