09.04.2024, 10:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 23:42 przez Millie Moody.)
Alastor umarł.
Nie. Błąd.
To Mildred umarła.
Prawda była taka, że umierała za każdym razem podczas jebaniutkich wspólnych posiłeczków, uśmiechając się szeroko zmuszona do tego by patrzeć jak dwa gołąbeczki spijały sobie z dziubków swoją wielką kurwa miłość. I to jeszcze Mav, JEJ Mav, jej kurwa przyjaciółka. Jak mogła jej to zrobić? Pieprzony backstabber.
A tak się starała. Ileż energii poświęciła na to, by trzymać te wszystkie pizdeczki z dala od swojego brata? To znaczy, nie przeszkadzały jej wypady Alika do klubu na jeden, góra dwa numerki z tą samą cizią. Ale obiadki?
Powinnaś się cieszyć – zgryźliwy głos wewnątrz głowy strofował Miles na każdym kroku, gdy rozgryzała wnętrze ust do krwi, byle tylko nic nie powiedzieć, byle nie wybuchnąć. Bądź dobrą siostrą, ciesz się szczęściem brata.
Więc się cieszyła.
A potem się bardzo nie cieszyła. Pozostawało jakoś odreagować. Pozostawało się znieczulić.
Minęło wystarczająco dużo lat, żeby gdzieś przy okazji zrewidować sny o byciu aurorką. Te okazały się być idiotyczną mrzonką młodocianego, popierdolonego umysłu. Teraz była tego pewna, zwłaszcza po tej całej akcji z Loufuckinvain'em. Trzeba było zostać ligową szukajacą. Trzeba było zostać malarką. Trzeba było zostać wróżbitką. Trzeba było zostać pieprzoną młynarką na jakimś zadupiu, albo przerzucać węgiel. Wyjebać do Afryki i polować na słonie. Wszystko, tylko nie być przykutym do gruchających gołąbeczków. Cały. Kurwa. Czas. Albo gorzej. Gorzej jak ich nie było i nie wiedzieli co robią. Gorzej jak musiała wyjść, gdy oni mieli dom cały dla siebie. Gorzej, gdy potem miała do tego domu znowu wejść i zastanawiać się...
Ubot raz, ubot dwa, kieliszki wódki lądowały w kuflu ciemnego Ale pitego na hejnał. Najskuteczniejsze drineczki rozwiązujące ciasne emocjonalne sploty. Muza, to był punkt drugi. Pozwolić ciału na odrobinę wolności, na czas poza kurwa spojrzeniami wszystkich. Dlaczego nie robisz stażu na detektywa jak Twoi koledzy? – ile razy można było słyszeć to pytanie? Jedyne co interesowało ojca. Nie czy kurwa była szczęsliwa, ale może wszyscy doskonale znali na to pytanie odpowiedź. Kiedy przyprowadzisz do domu jakiegoś kawalera, zobacz NAWET Alastor się powoli statkuje. Tłusty beat, puls narzucający bicie sercu, ruch, szczupłe, patykowate ręce wyrzucone nad głowę, wygięta szyja, ciąg niewidzialnych sznurków przyczepionych do marionetki którą była. Kiedy dzieci? Wiesz... młodsza nie będziesz. Jak urodzisz to na pewno się uspokoisz. Dorośniesz wreszcie. Spazm, zmęczenie, ciało opływało w dźwięki szukając rozpaczliwie w tłumie innego ciała. Kompatybilnego ciała. Dotyku, który przebije się przez przytłumione zmysły. Wściekłości, która rozładuje się szybciej z cudzą pomocą. Mogła tańczyć tak całą noc, pocić się, męczyć, tracić oddech, mogła też iść na zaplecze, na brudną ulicę, pozwolić nocy się pożreć. W domu i tak nikt nie będzie na nią czekał. Nikt nie zauważy, że znikła...
A więc był ktoś, upiór, duch, wrak szukający tej cienkiej granicy gdzie życie i śmierć kopulowały w rynsztoku drwiąc z małych istnień, mrówek takich jak oni, możliwi do rozdeptania przez but losu tak, że ten nawet nie będzie musiał ścierać sobie truchła o kant krawężnika. Insekty, śmieci, nieważni, zagubieni.
Opadła na zmaltretowaną poduszkę, zapłakaną, obślinioną, nadszarpniętą zaciśniętą w dłoni zazdrości, która zamiast zelżeć tylko wzrosła. Czuła nadchodzący koniec, była już martwa, chciała być pozbawioną czucia skorupą, chciała w końcu zasnąć i nigdy, już nigdy się nie obudzić.
Było gorzej niż wcześniej.
Zdążyła naciągnąć na siebie biały podkoszulek. Kręgi na przygarbionych plecach walczyły o miano najbardziej wystających części ciała z linią graniczną żeber i powłóczoną papierową membraną zapadłego brzucha. Chaotycznie odgarniała włosy z twarzy próbując pozbierać się na tyle, by stąd po prostu wyjść, uciec od sunącego po tynku na suficie gromu, umyć się, udawać, znów udawać, że jest się normalną osobą, szczęśliwą bo dobre siostry są szczęśliwe, gdy ich bracia są szczęśliwi.
Zapytał czy chce papierosa, odezwał się, to ją zaskoczyło, choć nie wyrwało z narastającego stopniowo dygotu. Odwróciła się powoli, pierwszy raz w sumie mając okazję przyjrzeć się jego twarzy bardziej. I tak tego nie zrobiła, nie był istotny w tym równaniu i ani przez moment nie łudziła się, że ona mogłaby być istotna dla niego. Zignorowała jego rysy, złociste oczy skupiły się na czerwonym, żarzącym się ogniku. Odwróciła się i drżącą ręką wyciągnęła mu papierosa z ust. Wciąż siedziała zgarbiona gdy zaciągnęła się mocno ignorując spierzchnięte usta, ignorując czarne strąki, które znów opadły jej na twarz, ignorując łzy sunące po białych policzkach.
Nie. Błąd.
To Mildred umarła.
Prawda była taka, że umierała za każdym razem podczas jebaniutkich wspólnych posiłeczków, uśmiechając się szeroko zmuszona do tego by patrzeć jak dwa gołąbeczki spijały sobie z dziubków swoją wielką kurwa miłość. I to jeszcze Mav, JEJ Mav, jej kurwa przyjaciółka. Jak mogła jej to zrobić? Pieprzony backstabber.
A tak się starała. Ileż energii poświęciła na to, by trzymać te wszystkie pizdeczki z dala od swojego brata? To znaczy, nie przeszkadzały jej wypady Alika do klubu na jeden, góra dwa numerki z tą samą cizią. Ale obiadki?
Powinnaś się cieszyć – zgryźliwy głos wewnątrz głowy strofował Miles na każdym kroku, gdy rozgryzała wnętrze ust do krwi, byle tylko nic nie powiedzieć, byle nie wybuchnąć. Bądź dobrą siostrą, ciesz się szczęściem brata.
Więc się cieszyła.
A potem się bardzo nie cieszyła. Pozostawało jakoś odreagować. Pozostawało się znieczulić.
Minęło wystarczająco dużo lat, żeby gdzieś przy okazji zrewidować sny o byciu aurorką. Te okazały się być idiotyczną mrzonką młodocianego, popierdolonego umysłu. Teraz była tego pewna, zwłaszcza po tej całej akcji z Loufuckinvain'em. Trzeba było zostać ligową szukajacą. Trzeba było zostać malarką. Trzeba było zostać wróżbitką. Trzeba było zostać pieprzoną młynarką na jakimś zadupiu, albo przerzucać węgiel. Wyjebać do Afryki i polować na słonie. Wszystko, tylko nie być przykutym do gruchających gołąbeczków. Cały. Kurwa. Czas. Albo gorzej. Gorzej jak ich nie było i nie wiedzieli co robią. Gorzej jak musiała wyjść, gdy oni mieli dom cały dla siebie. Gorzej, gdy potem miała do tego domu znowu wejść i zastanawiać się...
Ubot raz, ubot dwa, kieliszki wódki lądowały w kuflu ciemnego Ale pitego na hejnał. Najskuteczniejsze drineczki rozwiązujące ciasne emocjonalne sploty. Muza, to był punkt drugi. Pozwolić ciału na odrobinę wolności, na czas poza kurwa spojrzeniami wszystkich. Dlaczego nie robisz stażu na detektywa jak Twoi koledzy? – ile razy można było słyszeć to pytanie? Jedyne co interesowało ojca. Nie czy kurwa była szczęsliwa, ale może wszyscy doskonale znali na to pytanie odpowiedź. Kiedy przyprowadzisz do domu jakiegoś kawalera, zobacz NAWET Alastor się powoli statkuje. Tłusty beat, puls narzucający bicie sercu, ruch, szczupłe, patykowate ręce wyrzucone nad głowę, wygięta szyja, ciąg niewidzialnych sznurków przyczepionych do marionetki którą była. Kiedy dzieci? Wiesz... młodsza nie będziesz. Jak urodzisz to na pewno się uspokoisz. Dorośniesz wreszcie. Spazm, zmęczenie, ciało opływało w dźwięki szukając rozpaczliwie w tłumie innego ciała. Kompatybilnego ciała. Dotyku, który przebije się przez przytłumione zmysły. Wściekłości, która rozładuje się szybciej z cudzą pomocą. Mogła tańczyć tak całą noc, pocić się, męczyć, tracić oddech, mogła też iść na zaplecze, na brudną ulicę, pozwolić nocy się pożreć. W domu i tak nikt nie będzie na nią czekał. Nikt nie zauważy, że znikła...
A więc był ktoś, upiór, duch, wrak szukający tej cienkiej granicy gdzie życie i śmierć kopulowały w rynsztoku drwiąc z małych istnień, mrówek takich jak oni, możliwi do rozdeptania przez but losu tak, że ten nawet nie będzie musiał ścierać sobie truchła o kant krawężnika. Insekty, śmieci, nieważni, zagubieni.
Trigger Warning: Erotyka (Odkryj)
Była rozczarowana i znudzona.
Nie oczekiwała delikatności, rozlazłego, lepkiego tempa pozbawionego drapieżnej monotonii uderzeń o siebie kościanych bioder. Chciała by potraktował ją tak, jak na to zasługiwała, chciała by wgniótł ją w ścianę, rozdarł zębami skórę, zostawił krwawe pręgi na udzie, poszarpaną bieliznę zostawioną w kałuży. A tak leżała na wznak, w jakimś obskurnym pokoiku i musiała czekać, aż ciało w ogóle zaskoczy, że ktoś tam w dole bardzo się stara. Zobojętniała czuła rosnącą irytację. Dziś nie zamierzała udawać. Zmarnowany czas. Zmarnowane życie.
To się wydarzyło nagle. Już miała wstawać i iść, gdy pomiędzy warg zdobnych rozmazaną szminką wymsknęło się westchnienie, gdy nowa myśl zaatakowała z pożądaną gwałtownością umęczony, otumaniony alkoholem umysł. Zaczęło się niewinnie, od pytania, czy oni właśnie teraz to robią? Właśnie tak, właśnie w ten sposób, kurewsko delikatnie, w nabożnej czci, w pochyleniu czy on oddaje jej cześć. Zamknęła powieki uciekając spojrzeniem zamglonych oczu od nudnej, zalanej przez sąsiadów sufitowej płaszczyzny, od pęknięć w tynku sunących nad głową. Gwałtownie odwróciła twarz, zbyt dobra wyobraźnia gwarantowała jej bezsenne noce ale teraz... na wyciągnięcie ręki było mlecznosłodkie ciało wijącej się Mav. W detalach wyobrażała sobie jej piękną twarz (tak piękną, jakbym chciała mieć jej twarz, piękną twarz, zedrzeć twarz, nałożyć na siebie twarz, czy ktoś by się zorientował?) wyrzeźbioną w ekstazie, oddech falującej odsłoniętej piersi, kropelkę potu sunącą po mostku między jędrnymi piersiami w dół ku linii pępka. I dalej, niżej... te loki, jego loki, piękne szatynowe pasma zatopionego w muszli, poddanego jej kobiecości wyznawcy...
Nagle rozproszyła się, pod własnymi palcami poczuła tą dziwną skórę, miękką głowę pokrytą milimetrową sierścią, jak brudem, ostrym kurzem przylepionym do lepkiej, spoconej skóry. Zabrała dłoń momentalnie, łapiąc się mocno w desperackim geście zmiętej, śmierdzącej trawioną wódą, potem i fajkami pościeli, łapiąc się swojej uciekającej fantazji. Ciało usłużnie wsparło ją, cialo traciło kontrolę, goniąc w końcu za zbliżającym się spełnieniem, tym krótkim momentem pozwalającym nie myśleć, pozwalającym wzlecieć i poczuć się, przez krótki, króciutki moment czymś pełnym, czymś wartościowym.
Wygięła się w drżeniu, jej własna, papierowo cienka skóra napięła się na fali równo ułożonych żeber, z gardła dobył się nieregularny jęk. Odgięła głowę by zatopić twarz w poduszce, usta w ustach, język spleść z językiem, ślinę złączyć ze śliną nieistniejącej tu, ale tak rzeczywistej jak sen pięknej, znienawidzonej, a pazury zatopią się w gładkiej szyi, rozorają aortę i biel zakwitnie czerwienią miłości trwającej tylko tyle i aż tyle, nikt nie zauważy, kto się zorientuje, gdy życie i śmierć tańczy i depcze na ślepo nędzne mrówki myślace tak długo że znaczą cokolwiek w tym pustym, okrutnym świecie...
Nie oczekiwała delikatności, rozlazłego, lepkiego tempa pozbawionego drapieżnej monotonii uderzeń o siebie kościanych bioder. Chciała by potraktował ją tak, jak na to zasługiwała, chciała by wgniótł ją w ścianę, rozdarł zębami skórę, zostawił krwawe pręgi na udzie, poszarpaną bieliznę zostawioną w kałuży. A tak leżała na wznak, w jakimś obskurnym pokoiku i musiała czekać, aż ciało w ogóle zaskoczy, że ktoś tam w dole bardzo się stara. Zobojętniała czuła rosnącą irytację. Dziś nie zamierzała udawać. Zmarnowany czas. Zmarnowane życie.
To się wydarzyło nagle. Już miała wstawać i iść, gdy pomiędzy warg zdobnych rozmazaną szminką wymsknęło się westchnienie, gdy nowa myśl zaatakowała z pożądaną gwałtownością umęczony, otumaniony alkoholem umysł. Zaczęło się niewinnie, od pytania, czy oni właśnie teraz to robią? Właśnie tak, właśnie w ten sposób, kurewsko delikatnie, w nabożnej czci, w pochyleniu czy on oddaje jej cześć. Zamknęła powieki uciekając spojrzeniem zamglonych oczu od nudnej, zalanej przez sąsiadów sufitowej płaszczyzny, od pęknięć w tynku sunących nad głową. Gwałtownie odwróciła twarz, zbyt dobra wyobraźnia gwarantowała jej bezsenne noce ale teraz... na wyciągnięcie ręki było mlecznosłodkie ciało wijącej się Mav. W detalach wyobrażała sobie jej piękną twarz (tak piękną, jakbym chciała mieć jej twarz, piękną twarz, zedrzeć twarz, nałożyć na siebie twarz, czy ktoś by się zorientował?) wyrzeźbioną w ekstazie, oddech falującej odsłoniętej piersi, kropelkę potu sunącą po mostku między jędrnymi piersiami w dół ku linii pępka. I dalej, niżej... te loki, jego loki, piękne szatynowe pasma zatopionego w muszli, poddanego jej kobiecości wyznawcy...
Nagle rozproszyła się, pod własnymi palcami poczuła tą dziwną skórę, miękką głowę pokrytą milimetrową sierścią, jak brudem, ostrym kurzem przylepionym do lepkiej, spoconej skóry. Zabrała dłoń momentalnie, łapiąc się mocno w desperackim geście zmiętej, śmierdzącej trawioną wódą, potem i fajkami pościeli, łapiąc się swojej uciekającej fantazji. Ciało usłużnie wsparło ją, cialo traciło kontrolę, goniąc w końcu za zbliżającym się spełnieniem, tym krótkim momentem pozwalającym nie myśleć, pozwalającym wzlecieć i poczuć się, przez krótki, króciutki moment czymś pełnym, czymś wartościowym.
Wygięła się w drżeniu, jej własna, papierowo cienka skóra napięła się na fali równo ułożonych żeber, z gardła dobył się nieregularny jęk. Odgięła głowę by zatopić twarz w poduszce, usta w ustach, język spleść z językiem, ślinę złączyć ze śliną nieistniejącej tu, ale tak rzeczywistej jak sen pięknej, znienawidzonej, a pazury zatopią się w gładkiej szyi, rozorają aortę i biel zakwitnie czerwienią miłości trwającej tylko tyle i aż tyle, nikt nie zauważy, kto się zorientuje, gdy życie i śmierć tańczy i depcze na ślepo nędzne mrówki myślace tak długo że znaczą cokolwiek w tym pustym, okrutnym świecie...
Opadła na zmaltretowaną poduszkę, zapłakaną, obślinioną, nadszarpniętą zaciśniętą w dłoni zazdrości, która zamiast zelżeć tylko wzrosła. Czuła nadchodzący koniec, była już martwa, chciała być pozbawioną czucia skorupą, chciała w końcu zasnąć i nigdy, już nigdy się nie obudzić.
Było gorzej niż wcześniej.
Zdążyła naciągnąć na siebie biały podkoszulek. Kręgi na przygarbionych plecach walczyły o miano najbardziej wystających części ciała z linią graniczną żeber i powłóczoną papierową membraną zapadłego brzucha. Chaotycznie odgarniała włosy z twarzy próbując pozbierać się na tyle, by stąd po prostu wyjść, uciec od sunącego po tynku na suficie gromu, umyć się, udawać, znów udawać, że jest się normalną osobą, szczęśliwą bo dobre siostry są szczęśliwe, gdy ich bracia są szczęśliwi.
Zapytał czy chce papierosa, odezwał się, to ją zaskoczyło, choć nie wyrwało z narastającego stopniowo dygotu. Odwróciła się powoli, pierwszy raz w sumie mając okazję przyjrzeć się jego twarzy bardziej. I tak tego nie zrobiła, nie był istotny w tym równaniu i ani przez moment nie łudziła się, że ona mogłaby być istotna dla niego. Zignorowała jego rysy, złociste oczy skupiły się na czerwonym, żarzącym się ogniku. Odwróciła się i drżącą ręką wyciągnęła mu papierosa z ust. Wciąż siedziała zgarbiona gdy zaciągnęła się mocno ignorując spierzchnięte usta, ignorując czarne strąki, które znów opadły jej na twarz, ignorując łzy sunące po białych policzkach.