09.04.2024, 18:58 ✶
Powstrzymał się, by powiedzieć, że jeśli miał to jak w Banku Gringota, to liczył na to, że ich współpraca w tym porównaniu będzie raczej szybką wizytą w tym miejscu, a nie długami, które będą męczyć go całe życie. Bo na razie miał wrażenie, że za każdym razem, gdy tu przychodziła, tracił siły do życia, tak jak czasem swoje pieniądze.
– Czyli jego głową działa w porządku. Dobrze – ocenił. Chyba, że pan Collins nigdy wcześniej nie przeklinał i teraz dopiero zaczął. To mógłby niepokojący, chociaż i doskonale zrozumiały w tej sytuacji, znak.
Zerknął na robaka, próbując oszacować sytuację. Wołał, by pan Collins był na razie przytomny, chociażby po to, by mógł kontrolować, czy odzyskiwał ludzką świadomość, czy też ponownie ją tracił.
– Nie – odszeptał jej. – Na razie nie. Jeśli będzie taka potrzeba to użyj konfundusa. Dam ci znać.
Wyciągnął kolejny eliksir i ponownie opryskał nim pacjenta. Byłoby znacznie prościej, gdyby pan Collins zmienił się w coś, czemu łatwiej można było podać eliksir. Na przykład w konia. Konie były zdecydowanie mniej problematyczne.
Pomijając absurd tej sytuacji wszystko szło dziwnie bezproblemowo, a jego metody działały.
A potem rzucił kolejne zaklęcie i pożałował tego, że nawet śmiał pomyśleć o czymś optymistycznym.
Coś w panu Collinsie trzasnęło, część nóżek odpadła i szybko usnchęła, co wyglądało dość makabrycznie, nawet jeśli obyło się bez krwi, a pozostałe cztery zmieniły się z powrotem w nogi i ręce. Oczywiście cała reszta pozostała taka sama.
Świetnie.
Pan Collins wydał z siebie spanikowany dźwięk, szybciej niż jakikolwiek robak obrócił się, spadł z kozetki i w panice zaczął biegać po całym gabinecie w sposób tak kuriozalny, że nadawał się tylko na ilustracje do jakiejś karykatury.
– Znak! — rzucił Basilius, zostawiając ogludzanie uciekających "ludzi" profesjonalistce, samemu chcąc się zająć panowaniem nad potencjalnymi tlukącymi się eliksirami.
– Czyli jego głową działa w porządku. Dobrze – ocenił. Chyba, że pan Collins nigdy wcześniej nie przeklinał i teraz dopiero zaczął. To mógłby niepokojący, chociaż i doskonale zrozumiały w tej sytuacji, znak.
Zerknął na robaka, próbując oszacować sytuację. Wołał, by pan Collins był na razie przytomny, chociażby po to, by mógł kontrolować, czy odzyskiwał ludzką świadomość, czy też ponownie ją tracił.
– Nie – odszeptał jej. – Na razie nie. Jeśli będzie taka potrzeba to użyj konfundusa. Dam ci znać.
Wyciągnął kolejny eliksir i ponownie opryskał nim pacjenta. Byłoby znacznie prościej, gdyby pan Collins zmienił się w coś, czemu łatwiej można było podać eliksir. Na przykład w konia. Konie były zdecydowanie mniej problematyczne.
Pomijając absurd tej sytuacji wszystko szło dziwnie bezproblemowo, a jego metody działały.
A potem rzucił kolejne zaklęcie i pożałował tego, że nawet śmiał pomyśleć o czymś optymistycznym.
Coś w panu Collinsie trzasnęło, część nóżek odpadła i szybko usnchęła, co wyglądało dość makabrycznie, nawet jeśli obyło się bez krwi, a pozostałe cztery zmieniły się z powrotem w nogi i ręce. Oczywiście cała reszta pozostała taka sama.
Świetnie.
Pan Collins wydał z siebie spanikowany dźwięk, szybciej niż jakikolwiek robak obrócił się, spadł z kozetki i w panice zaczął biegać po całym gabinecie w sposób tak kuriozalny, że nadawał się tylko na ilustracje do jakiejś karykatury.
– Znak! — rzucił Basilius, zostawiając ogludzanie uciekających "ludzi" profesjonalistce, samemu chcąc się zająć panowaniem nad potencjalnymi tlukącymi się eliksirami.