16.12.2022, 13:21 ✶
Woda była przeraźliwie zimna, przez co Fergus miał wrażenie, że zaraz pochłonie go w głębiny. Nie spodziewał się nagłego wylądowania w zbiorniku i przez to też nie czuł się komfortowo, kiedy w końcu do niego trafił. Sam był sobie jednak winien, skoro podpuszczał Castiela i dawał mu się we znaki swoimi docinkami. W tym momencie nie marzył jednak o zwiedzaniu morskich pałaców i obserwowaniu ryb, a o ciepłym, suchym kocu i kubku gorącej kawy. Żaden z niego typ sportowca, a tym bardziej wodnika i może gdyby było lato, nawet dałby się przekonać do nauki nurkowania. W kwietniu jednak słońce nie znajdowało się na tyle wysoko, by nagrzać tak ogromną przestrzeń na tyle, by nie zmienić się w niej w lodową rzeźbę.
- Czyli miałem rację z tym zwodnikiem – zauważył triumfalnie, nadal trochę zirytowany, przez co próbował powstrzymać uśmiech i wyszedł mu na twarzy dziwny grymas. Demon i złośliwy duch. Synonimy istnego chaosu, który najwyraźniej miał powstać z połączenia tych dwóch charakterów. Pomyśleć, że coś takiego mogło powstać, gdy pozostawiło się na chwilę samym sobie nudziarza i „podejrzanego typa”.
Wyjął z kieszeni różdżkę i pozwolił Castielowi pomóc sobie z kurtką, bo wierzgając zbyt mocno, gdy nie czuł pod stopami dna, mógł zrobić sobie tylko większą krzywdę. Wolał nie skończyć jako zagadka dla nurków poszukujących zatopionych okrętów. Sam też nie był gotów zmierzyć się z tym, co czekało pod powierzchnią akwenu. Miał wrażenie, że lodowata woda wyzbywa go resztek szarych komórek, więc po prostu tępo obserwował nieudane próby przywołania boi. Najwyraźniej Flint przejął się tą sprawą na tyle, że pokonało go proste zaklęcie. Albo to ten przeklęty przedmiot był za ciężki na moc jednej osoby. Powinien mu pomóc, cokolwiek robił, prawda? Z drugiej strony obserwowanie jego wysiłku dawało mu dziwną satysfakcję po tym, jak sam został pozbawiony godności przez zrzucenie z szalupy. Wystarczająca zemsta? Niezupełnie.
Zgodnie z poleceniem przytrzymał się boi, co było o wiele łatwiejsze od ślizgającego się pod dłońmi drewna, czy tym bardziej samodzielnego dryfowania. Blondyn zniknął na dłuższą chwilę pod wodą, zostawiając Fergusa samego ze swoimi myślami. Wiedział już, że nie podobała mu się niespodzianka w postaci nagłego podtopienia, ale z drugiej strony uczucie unoszenia się nad czymś zupełnie nieznanym wprawiało go w dziwną euforię. Gdyby nie zamarzał pomimo dłuższego znajdowania się w wodzie, może nawet skusiłby się, żeby trochę popływać. W gruncie rzeczy bał się teraz bardziej wynurzenia niż utonięcia, bo wiatr tylko wzmógłby wrażenie chłodu. Oczywistym było, że nie przyzna się do tego Castielowi. Nigdy, przenigdy, w najśmielszych snach. Jeszcze byłby z tego faktu zadowolony, posyłając mu kolejny demoniczny uśmiech. Przeklęty zwodnik. To stworzenie miało nawet w swojej nazwie wodę.
Uniósł brwi, słysząc spod łódki jakieś przytłumione dźwięki, ale szalupa zaraz zaczęła się powoli przekręcać kierowana przez Flinta, aż w końcu znalazła się w pierwotnej pozycji.
Po kolejnej uwadze mężczyzny nie mógł już wytrzymać i po prostu się roześmiał. Nawet jeśli był zły, bardzo łatwo zmieniał mu się nastrój pod wpływem dobrego żartu. Ale czy naprawdę aż tak bardzo przypominał durną rybę? Gdyby nią był, nie awanturowałby się o to, że wylądował w wodzie.
- Plumpki gryzą, pamiętasz? – zauważył, ale nie zamierzał dawać mu kolejnego powodu do naigrywania się z tego, że musiał go ratować. Który to już raz w ciągu jednego dnia, nieistotne czy prawdziwy, czy teoretyczny? Wcisnął różdżkę w zęby, żeby jej nie zgubić w wodzie i zaczął ostrożnie płynąć w kierunku szalupy. Nie czuł się tak pewnie, jak zaawansowany w tej umiejętności Castiel, nie mając aż takiego doświadczenia w tej dziedzinie. Co innego wspinaczka na drzewa, choćby po to, żeby zdobyć parę gałęzi do pracy. Ale wątpił, żeby Flinta aż tak fascynowało wdrapywanie się między liście.
- Zdajesz sobie sprawę, że następnym razem się zemszczę? – uświadomił go, kiedy upuścił różdżkę. Pozostawił przy tym niewielką kałużę na dnie szalupy, ale bardziej istotnym było to, że sugerował, że Castiel raczej się od niego nie uwolni. W końcu był poltergeistem, prawda? A co te duchy lubiły poza chaosem? Oczywiście zemstę, najlepiej zabawną, przynajmniej dla jednej strony.
Opierał się po przeciwnej stronie łodzi, wpatrując w Flinta, z którego wyparował cały entuzjazm, a wszystko za sprawą Ollivandera i jego gniewu. Nie przewidział tego, że Fergus się wścieknie, kiedy zostanie wrzucony do wody? Nawet jeśli sobie zasłużył, musiał wyrazić swoje emocje. Inaczej nie potrafił, a że miał dość wybuchowy temperament, wyszło jak wyszło.
- Tylko mnie nie usmaż – przestrzegł. – Chyba wolałbym utonąć, niż zostać spalonym żywcem – dodał jeszcze, opierając głowę na rękach i westchnął, przymykając na chwilę oczy. Przez to wszystko poczuł się dość zmęczony i niespecjalnie gotowy na choćby i chwilowe dreszcze z zimna. Z jednej strony kusiło go wrócić do szalupy, z drugiej zaczynało mu być całkiem wygodnie.
– Mam nadzieję, że ta przeklęta ryba naprawdę ugryzie cię w tyłek – przyznał, uśmiechając się błogo na samo wyobrażenie tej sytuacji. Otworzył oczy, by sprawdzić reakcję Castiela. I upewnić się, że nie przegapi tego, jeśli naprawdę się wydarzy.
- Czyli miałem rację z tym zwodnikiem – zauważył triumfalnie, nadal trochę zirytowany, przez co próbował powstrzymać uśmiech i wyszedł mu na twarzy dziwny grymas. Demon i złośliwy duch. Synonimy istnego chaosu, który najwyraźniej miał powstać z połączenia tych dwóch charakterów. Pomyśleć, że coś takiego mogło powstać, gdy pozostawiło się na chwilę samym sobie nudziarza i „podejrzanego typa”.
Wyjął z kieszeni różdżkę i pozwolił Castielowi pomóc sobie z kurtką, bo wierzgając zbyt mocno, gdy nie czuł pod stopami dna, mógł zrobić sobie tylko większą krzywdę. Wolał nie skończyć jako zagadka dla nurków poszukujących zatopionych okrętów. Sam też nie był gotów zmierzyć się z tym, co czekało pod powierzchnią akwenu. Miał wrażenie, że lodowata woda wyzbywa go resztek szarych komórek, więc po prostu tępo obserwował nieudane próby przywołania boi. Najwyraźniej Flint przejął się tą sprawą na tyle, że pokonało go proste zaklęcie. Albo to ten przeklęty przedmiot był za ciężki na moc jednej osoby. Powinien mu pomóc, cokolwiek robił, prawda? Z drugiej strony obserwowanie jego wysiłku dawało mu dziwną satysfakcję po tym, jak sam został pozbawiony godności przez zrzucenie z szalupy. Wystarczająca zemsta? Niezupełnie.
Zgodnie z poleceniem przytrzymał się boi, co było o wiele łatwiejsze od ślizgającego się pod dłońmi drewna, czy tym bardziej samodzielnego dryfowania. Blondyn zniknął na dłuższą chwilę pod wodą, zostawiając Fergusa samego ze swoimi myślami. Wiedział już, że nie podobała mu się niespodzianka w postaci nagłego podtopienia, ale z drugiej strony uczucie unoszenia się nad czymś zupełnie nieznanym wprawiało go w dziwną euforię. Gdyby nie zamarzał pomimo dłuższego znajdowania się w wodzie, może nawet skusiłby się, żeby trochę popływać. W gruncie rzeczy bał się teraz bardziej wynurzenia niż utonięcia, bo wiatr tylko wzmógłby wrażenie chłodu. Oczywistym było, że nie przyzna się do tego Castielowi. Nigdy, przenigdy, w najśmielszych snach. Jeszcze byłby z tego faktu zadowolony, posyłając mu kolejny demoniczny uśmiech. Przeklęty zwodnik. To stworzenie miało nawet w swojej nazwie wodę.
Uniósł brwi, słysząc spod łódki jakieś przytłumione dźwięki, ale szalupa zaraz zaczęła się powoli przekręcać kierowana przez Flinta, aż w końcu znalazła się w pierwotnej pozycji.
Po kolejnej uwadze mężczyzny nie mógł już wytrzymać i po prostu się roześmiał. Nawet jeśli był zły, bardzo łatwo zmieniał mu się nastrój pod wpływem dobrego żartu. Ale czy naprawdę aż tak bardzo przypominał durną rybę? Gdyby nią był, nie awanturowałby się o to, że wylądował w wodzie.
- Plumpki gryzą, pamiętasz? – zauważył, ale nie zamierzał dawać mu kolejnego powodu do naigrywania się z tego, że musiał go ratować. Który to już raz w ciągu jednego dnia, nieistotne czy prawdziwy, czy teoretyczny? Wcisnął różdżkę w zęby, żeby jej nie zgubić w wodzie i zaczął ostrożnie płynąć w kierunku szalupy. Nie czuł się tak pewnie, jak zaawansowany w tej umiejętności Castiel, nie mając aż takiego doświadczenia w tej dziedzinie. Co innego wspinaczka na drzewa, choćby po to, żeby zdobyć parę gałęzi do pracy. Ale wątpił, żeby Flinta aż tak fascynowało wdrapywanie się między liście.
- Zdajesz sobie sprawę, że następnym razem się zemszczę? – uświadomił go, kiedy upuścił różdżkę. Pozostawił przy tym niewielką kałużę na dnie szalupy, ale bardziej istotnym było to, że sugerował, że Castiel raczej się od niego nie uwolni. W końcu był poltergeistem, prawda? A co te duchy lubiły poza chaosem? Oczywiście zemstę, najlepiej zabawną, przynajmniej dla jednej strony.
Opierał się po przeciwnej stronie łodzi, wpatrując w Flinta, z którego wyparował cały entuzjazm, a wszystko za sprawą Ollivandera i jego gniewu. Nie przewidział tego, że Fergus się wścieknie, kiedy zostanie wrzucony do wody? Nawet jeśli sobie zasłużył, musiał wyrazić swoje emocje. Inaczej nie potrafił, a że miał dość wybuchowy temperament, wyszło jak wyszło.
- Tylko mnie nie usmaż – przestrzegł. – Chyba wolałbym utonąć, niż zostać spalonym żywcem – dodał jeszcze, opierając głowę na rękach i westchnął, przymykając na chwilę oczy. Przez to wszystko poczuł się dość zmęczony i niespecjalnie gotowy na choćby i chwilowe dreszcze z zimna. Z jednej strony kusiło go wrócić do szalupy, z drugiej zaczynało mu być całkiem wygodnie.
– Mam nadzieję, że ta przeklęta ryba naprawdę ugryzie cię w tyłek – przyznał, uśmiechając się błogo na samo wyobrażenie tej sytuacji. Otworzył oczy, by sprawdzić reakcję Castiela. I upewnić się, że nie przegapi tego, jeśli naprawdę się wydarzy.