10.04.2024, 03:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 05:14 przez Ambrosia McKinnon.)
Bała się tak strasznie. Gdzieś w środku wciąż czaiło się przerażenie, że mogłaby oglądać go na oczy ostatni raz, a jednocześnie nie chciała przyznać się do tego przed nim. To uczucie nie było dla niej w żaden sposób - rozkwitło już dawno, ale nie z momentem, kiedy Alexander pierwszy raz zamknął za sobą drzwi na dłużej, zostawiając ją w tyle. Nie, przyszło wraz z pierwszą opowieścią Diany o tym, jak dobrze się bawili. Wraz z momentem, kiedy heroina stała się jego stałą kochanką. Nie mogła znieść myśli, że kiedyś musiałaby istnieć na tym świecie bez niego. Że tak zwyczajnie oddałby się w objęcia śmierci, ostatni raz zostawiając ją za sobą. W jakiś sposób czuła, że życie dla niej, nawet jeśli wydawało się wystarczające, wcale takie nie było.
Ale może powinno jej w tym momencie wystarczać?
Wiedziała też doskonale, że gdyby kiedyś go zabrakło, poruszyłaby niebo i ziemię, żeby znowu go do siebie przywołać i związać jego ducha z nowym ciałem. Tak samo, kiedyś, dawno temu, tknięta jakąś dziwną myślą, szeptała mu do ucha zapewnienie, że gdyby jej zabrakło, wystarczyłoby żeby na nią poczekał. Znalazłaby przecież sposób, żeby wyrwać się z limbo i znowu z nim być. Tego była pewna.
Tak samo jak i tego, że w tym sensie powodował nią niemal czysty egoizm. Chciała mieć go przy sobie, a nawet jeśli nie było to w pełni możliwe, to chociaż żywego i patrzącego na ten sam księżyc.
A jednocześnie niezwykle wstydziła się swoich własnych myśli, które niegdyś penetrowały jej głowę, z latami tracąc na sile, ale nigdy nie znikając całkowicie. Nigdy mu tego nie powiedziała, bo nawet samej siebie nie była w stanie z tego odpowiednio rozliczyć, ale nie tylko on zastanawiał się jak odejść z tego świata. Tyle, że ona nie miała dostępu do ładnego miejsca, w którym mogłaby myśleć o błękicie oczu swojego ukochanego. Nie była na tyle spokojna, by odejść we Francji, patrząc na ich rozgwieżdżone niebo. Jakaś jej część zawsze wiedziała, że gdyby jeśli, to skończyłaby w wannie pełnej wody, pustym spojrzeniem patrząc na kafelki, którymi wyłożone były ściany.
Nie musisz. Pomyślała mimowolnie, ale zamiast mu odpowiedzieć, uniosła tylko brodę, spoglądając na niego z kokieteryjnym uśmiechem przyklejonym do warg. Niczego przecież nie musiał, żeby była cała jego, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zaczepiła się o źle złożone ze sobą słowa lub niepoprawnie użyty ton.
Wciąż nie była pewna, jak poradzić sobie z tym, że Alex wiedział. Tylko tyle na ile mu pozwoliła i ile sama przeoczyła, nieostrożnie rozluźniając się zapominając o tym, że jego przepity mózg był w stanie jednak przestać postrzegać ją za nocną marę. Ale wciąż wahała się, czy to na pewno było dobrze. Bo przez te wszystkie lata usilnie starała mu się udowodnić, że wcale nie potrzebuje jego ciągłej protekcji i była w stanie poradzić sobie sama. Teraz jednak czar prysł i nawet jeśli czuła, że chociaż po części został jej zdjęty z barków jakiś niemożliwy ciężar, to nie wiedziała czy Alexander posiadał instrumenty, by sobie z tym poradzić.
- Cóż... - obróciła zadane przez niego pytanie w głowie, całkiem z resztą poważnie traktując je w pierwszym momencie. Ale potem zobaczyła, jak na jego twarzy pojawia się delikatny, zawadiacki uśmiech. Westchnęła, wywracając oczami, bo zwyczajnie złapała się na tę głupotę - dokładnie tak samo, jak często jej się zdarzało.
Szturchnęła go łokciem w żebra. Niby to oburzona, ale te same iskierki, których mogła dopatrzeć się w jego spojrzeniu, on mógł wychwycić w jej zielonych, pełnych życia oczach. Troszkę naburmuszona, dla samego tylko efektu, żeby sobie nie myślał, pociągnęła kartę.
- A ładna chociaż była ta sukienka? - zapytała, unosząc delikatnie jedną brew, niby to poważna i absolutnie znużona tym jego niskim humorem, ale w kącikach ust czaiło się rozbawienie, walczące o pełną przewagę nad wyrazem jej twarzy. - Jeśli chcesz zobaczyć co mam pod sukienką, to wystarczy ładnie poprosić. - oznajmiła, przygryzając w bezczelnym uśmiechu wargę. - Pamiętasz? Wystarczy, żebyś uklęknął - uniosła delikatnie podbródek, wpatrując się w niego przez moment z prowokującym uśmiechem wymalowanym na ustach.
Ta wciąż do bólu zakochana w nim idiotka, która tego dnia przeżywała jakiś renesans, napełniona jakąś nową mocą, niezmiernie chciała zobaczyć, jak opada przed nią na kolana. Ale jednocześnie nie mogła zignorować świadomości, że na to było zdecydowanie dla nich za wcześnie. Tak jak wcześniej większość ich problemów miało swój koniec w łóżku, wraz ze słodką chwilą uniesienia, tak teraz było ich zbyt wiele by poradzić sobie z nimi w ten sposób.
Nie wspominając już o tym, że pomimo rozlewającego się po ciele ciepła, powodowanego jego obecnością, trzepoczącego nerwowo w piersi serca i motyli, które miotały się w brzuchu, Rosie nie mogła nie dławić się jedną, dość ważną myślą: Alexander miał żonę.
Dlatego też, po chwili lustrowania go wręcz wyzywającym spojrzeniem, odwróciła od niego twarz, wracając oczami do trzymanej przez niego talii kart, a dłoń pociągnęła ostatnią tego dnia wymaganą.
Ale może powinno jej w tym momencie wystarczać?
Wiedziała też doskonale, że gdyby kiedyś go zabrakło, poruszyłaby niebo i ziemię, żeby znowu go do siebie przywołać i związać jego ducha z nowym ciałem. Tak samo, kiedyś, dawno temu, tknięta jakąś dziwną myślą, szeptała mu do ucha zapewnienie, że gdyby jej zabrakło, wystarczyłoby żeby na nią poczekał. Znalazłaby przecież sposób, żeby wyrwać się z limbo i znowu z nim być. Tego była pewna.
Tak samo jak i tego, że w tym sensie powodował nią niemal czysty egoizm. Chciała mieć go przy sobie, a nawet jeśli nie było to w pełni możliwe, to chociaż żywego i patrzącego na ten sam księżyc.
A jednocześnie niezwykle wstydziła się swoich własnych myśli, które niegdyś penetrowały jej głowę, z latami tracąc na sile, ale nigdy nie znikając całkowicie. Nigdy mu tego nie powiedziała, bo nawet samej siebie nie była w stanie z tego odpowiednio rozliczyć, ale nie tylko on zastanawiał się jak odejść z tego świata. Tyle, że ona nie miała dostępu do ładnego miejsca, w którym mogłaby myśleć o błękicie oczu swojego ukochanego. Nie była na tyle spokojna, by odejść we Francji, patrząc na ich rozgwieżdżone niebo. Jakaś jej część zawsze wiedziała, że gdyby jeśli, to skończyłaby w wannie pełnej wody, pustym spojrzeniem patrząc na kafelki, którymi wyłożone były ściany.
Nie musisz. Pomyślała mimowolnie, ale zamiast mu odpowiedzieć, uniosła tylko brodę, spoglądając na niego z kokieteryjnym uśmiechem przyklejonym do warg. Niczego przecież nie musiał, żeby była cała jego, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zaczepiła się o źle złożone ze sobą słowa lub niepoprawnie użyty ton.
Wciąż nie była pewna, jak poradzić sobie z tym, że Alex wiedział. Tylko tyle na ile mu pozwoliła i ile sama przeoczyła, nieostrożnie rozluźniając się zapominając o tym, że jego przepity mózg był w stanie jednak przestać postrzegać ją za nocną marę. Ale wciąż wahała się, czy to na pewno było dobrze. Bo przez te wszystkie lata usilnie starała mu się udowodnić, że wcale nie potrzebuje jego ciągłej protekcji i była w stanie poradzić sobie sama. Teraz jednak czar prysł i nawet jeśli czuła, że chociaż po części został jej zdjęty z barków jakiś niemożliwy ciężar, to nie wiedziała czy Alexander posiadał instrumenty, by sobie z tym poradzić.
- Cóż... - obróciła zadane przez niego pytanie w głowie, całkiem z resztą poważnie traktując je w pierwszym momencie. Ale potem zobaczyła, jak na jego twarzy pojawia się delikatny, zawadiacki uśmiech. Westchnęła, wywracając oczami, bo zwyczajnie złapała się na tę głupotę - dokładnie tak samo, jak często jej się zdarzało.
Szturchnęła go łokciem w żebra. Niby to oburzona, ale te same iskierki, których mogła dopatrzeć się w jego spojrzeniu, on mógł wychwycić w jej zielonych, pełnych życia oczach. Troszkę naburmuszona, dla samego tylko efektu, żeby sobie nie myślał, pociągnęła kartę.
Rzut Tarot 1d78 - 52
Ósemka Denarów
Ósemka Denarów
- A ładna chociaż była ta sukienka? - zapytała, unosząc delikatnie jedną brew, niby to poważna i absolutnie znużona tym jego niskim humorem, ale w kącikach ust czaiło się rozbawienie, walczące o pełną przewagę nad wyrazem jej twarzy. - Jeśli chcesz zobaczyć co mam pod sukienką, to wystarczy ładnie poprosić. - oznajmiła, przygryzając w bezczelnym uśmiechu wargę. - Pamiętasz? Wystarczy, żebyś uklęknął - uniosła delikatnie podbródek, wpatrując się w niego przez moment z prowokującym uśmiechem wymalowanym na ustach.
Ta wciąż do bólu zakochana w nim idiotka, która tego dnia przeżywała jakiś renesans, napełniona jakąś nową mocą, niezmiernie chciała zobaczyć, jak opada przed nią na kolana. Ale jednocześnie nie mogła zignorować świadomości, że na to było zdecydowanie dla nich za wcześnie. Tak jak wcześniej większość ich problemów miało swój koniec w łóżku, wraz ze słodką chwilą uniesienia, tak teraz było ich zbyt wiele by poradzić sobie z nimi w ten sposób.
Nie wspominając już o tym, że pomimo rozlewającego się po ciele ciepła, powodowanego jego obecnością, trzepoczącego nerwowo w piersi serca i motyli, które miotały się w brzuchu, Rosie nie mogła nie dławić się jedną, dość ważną myślą: Alexander miał żonę.
Dlatego też, po chwili lustrowania go wręcz wyzywającym spojrzeniem, odwróciła od niego twarz, wracając oczami do trzymanej przez niego talii kart, a dłoń pociągnęła ostatnią tego dnia wymaganą.
Rzut Tarot 1d78 - 5
Cesarz
Cesarz
she was a gentle
sort of horror
sort of horror