10.04.2024, 11:00 ✶
Te same atomy u początków istnienia obecnie były bardzo zmartwione, choć nie po to spędziły lata morderczych praktyk, by chować emocje w środku serca, aby teraz dać po sobie poznać ów zmartwienie. Nie zmieniało to postaci rzeczy, że umysł Shafiqa pod maską życzliwego uśmiechu okraszonego abstrakcyjnymi uszczypliwościami i sugestiami samobójczej śmierci na terenie ogródka, nie pracował właśnie na najwyższych obrotach.
Ironią był fakt, że oboje stracili braci mniej więcej w tym samym okresie. Przy czym Anthony w ogóle nie odczuwał tej straty, darząc swojego starszego brata głęboko zakorzenioną niechęcią, zawiścią, żeby nie powiedzieć odrazą. Zbyt mało miał zdolności introspekcji, aby dotrzeć do pokładów zazdrości, gruntowanej przez lata gderania i pięknych, elokwentnych obelg ojca ich obojga, nie zmieniało to faktu, że odejście Thomasa przyjął jako jedną z wielu informacji w całym poszumie informacyjnym.
Inna rzecz miała się z Morpheusem, legendarna już lojalność rodu Longbottomów zaczynała się nie od miecza zawieszonego nad ich głowami, ale od rodzinnych więzi, którym najwidoczniej okolica obrośnięta chwastami bardzo sprzyjała. Gdy przyjaciel mu opowiadał jaką swobodą mogą się cieszyć, ale też jakie prace zadawane są rodowym latoroślom, Anthony nie mógł tego pojąć i w sumie nadal przy bardzo rozbudowanej sferze konceptualnych możliwości trudno było mu przyjąć wizję ukochanego czystokrwistego potomstwa szorującego podłogę, zbierającego liście, czy biegające na plaże z całym przekrojem magicznego i (o zgrozo) niemagicznego świata. Shafiq chowany w sterylnych warunkach, od trzeciego roku życia paradujący w uszytym przez krawca jednolitym mundurku, który co roku był zmieniany tylko rozmiarem, aż do "wolności" jaką oferowała mu szkoła. Shafiq który zamiast lasu i zieleni miał rzędy półek, i podtapiał się zdecydowanie nie w jeziorze, a w wiedzy spisanej rękami tysiąca ludzi. Książki nie uczyły go jednak miłości do własnego rodzeństwa. Nie tak jak zdarte kolano i gryzienie się po rękach, gdy ktoś chciał wyrwać drugiemu ulubioną zabawkę.
Mimo braku doświadczenia, Anthony wiedział, że to nie Grecja, a Beltane odbierało Morpheusowi radość życia. Że w takich chwilach jak ta, trzecie oko było przekleństwem a nie błogosławieństwem. Nie musieli rozmawiać o tym, żeby wręcz namacalnie dyplomata słyszał jego myśli Mogłeś wszystkich ocalić. Mogłeś zająć się żywymi, ale wolałeś grzebać w ziemi za martwymi.. Żartowali, przekomarzali się, ale ból i tragizm jego istoty wyciekały w każdym słowie, każdym geście, każdym spojrzeniu otoczonym ciężkimi powiekami.
– Nie przypominam sobie, ale z pewnością, gdzieś mam coś o nich napisane, mogę poprosić Wergiliusza, żeby to znalazł, choć... wydaje mi się, że nie o lekcję historii Ci tutaj chodzi? – wyrwany z toku rozmyślań, był w stanie sklecić gładką odpowiedź na podstawie wytrenowanej pamięci, która przy okazji zapisywała w jego głowie słowa przy nim wypowiedziane, gdyby gdzieś uciekł myślami. Przydatna umiejętność, zwana przez jego zmarłą żonę "trybem mężowskim".
Żałował, że nie wie jak wspomóc Morpheusa, jak sam mógłby wycisnąć z niego tego niepotrzebnego, burzącego spokój serca pryszcza. Czytał o żałobie, ale sam nigdy jej nie doświadczył, choć zmarło w jego życiu wiele teoretycznie ważnych osób. Matka, żona, teraz brat... Nagle jednak, ze zdziwieniem, odkrył strach, że to życzenie poczucia żałoby może się urzeczywistnić, a gonienie za nim jest paraliżujące w swym zamyśle.
Nagle zdał sobie sprawę, że Morpheus szukający śmierci może ją znaleźć.
I to całkiem niedaleko.
Anthony doskonale wiedział jak wyglądają niektóre atrakcje skrywane przez obsydianowe ściany.
Poruszył się niespokojnie na swoim krześle i stał, chcąc ukryć rosnące obawy.
– Ale rozumiem, że po czymś takim wzrosło Twoje zapotrzebowanie na straszne historie? Z nami jest tak trudno... nie sądzisz, że świat czarodziejski nie niesie w sobie grozy? Jest tyle potworów igrających z naszymi emocjami, tyle rodzajów duchów, opętań, przeklętych przedmiotów, czy prostej iluzji. Nie ma grozy, jest tylko groteska kolejnego ciała dekorującego ściany po tym, jak wybuchł mu kociołek. Ale wiesz, kto jest całkiem dobry w grozie? Mugole. Ich nieświadomość gwarantuje im świetne pióro i świeże spojrzenie. Mam kilka książek o przeklętych posiadłościach, antologię opowiadań. Słyszałeś może o Lovecrafcie? Nie jest to wysokich lotów, nie tak jak Poe, ale... Cóż, może okaże się, że da Ci przyjemną rozrywkę druhu. – mówił lekko, głos miał zdecydowanie lepiej wytrenowany, zawsze spokojny miarowy. Jego myśli, troskę, lęk, to wszystko ujął w okowy pięknej rosyjskiej poezji, płynącej równolegle w głowie do szybkiego tkania angielskiej zasłony dymnej.
– A jeśli chcesz odwiedzić opuszczony dom o którym Ci mówiłem... Znajdę właściciela i zorganizuje klucze. Myślę, że potrzeba będzie mi z miesiąc, aby wszystko zaaranżować. – czy ładnie tak było kłamać przyjacielowi? Mógł przecież po prostu wejść i kazać Wergiliuszowi przynieść pęk żelaznych kluczy do starej warowni, która przesłonięta zagonkiem buków i jodeł nie przeszkadzała mu w codziennym odpoczynku. A jednak, Anthony wiedział, że surowe mury i dziurawy dach nie wystarczą jego przyjacielowi. W końcu obaj mieli wysokie standardy.
Ironią był fakt, że oboje stracili braci mniej więcej w tym samym okresie. Przy czym Anthony w ogóle nie odczuwał tej straty, darząc swojego starszego brata głęboko zakorzenioną niechęcią, zawiścią, żeby nie powiedzieć odrazą. Zbyt mało miał zdolności introspekcji, aby dotrzeć do pokładów zazdrości, gruntowanej przez lata gderania i pięknych, elokwentnych obelg ojca ich obojga, nie zmieniało to faktu, że odejście Thomasa przyjął jako jedną z wielu informacji w całym poszumie informacyjnym.
Inna rzecz miała się z Morpheusem, legendarna już lojalność rodu Longbottomów zaczynała się nie od miecza zawieszonego nad ich głowami, ale od rodzinnych więzi, którym najwidoczniej okolica obrośnięta chwastami bardzo sprzyjała. Gdy przyjaciel mu opowiadał jaką swobodą mogą się cieszyć, ale też jakie prace zadawane są rodowym latoroślom, Anthony nie mógł tego pojąć i w sumie nadal przy bardzo rozbudowanej sferze konceptualnych możliwości trudno było mu przyjąć wizję ukochanego czystokrwistego potomstwa szorującego podłogę, zbierającego liście, czy biegające na plaże z całym przekrojem magicznego i (o zgrozo) niemagicznego świata. Shafiq chowany w sterylnych warunkach, od trzeciego roku życia paradujący w uszytym przez krawca jednolitym mundurku, który co roku był zmieniany tylko rozmiarem, aż do "wolności" jaką oferowała mu szkoła. Shafiq który zamiast lasu i zieleni miał rzędy półek, i podtapiał się zdecydowanie nie w jeziorze, a w wiedzy spisanej rękami tysiąca ludzi. Książki nie uczyły go jednak miłości do własnego rodzeństwa. Nie tak jak zdarte kolano i gryzienie się po rękach, gdy ktoś chciał wyrwać drugiemu ulubioną zabawkę.
Mimo braku doświadczenia, Anthony wiedział, że to nie Grecja, a Beltane odbierało Morpheusowi radość życia. Że w takich chwilach jak ta, trzecie oko było przekleństwem a nie błogosławieństwem. Nie musieli rozmawiać o tym, żeby wręcz namacalnie dyplomata słyszał jego myśli Mogłeś wszystkich ocalić. Mogłeś zająć się żywymi, ale wolałeś grzebać w ziemi za martwymi.. Żartowali, przekomarzali się, ale ból i tragizm jego istoty wyciekały w każdym słowie, każdym geście, każdym spojrzeniu otoczonym ciężkimi powiekami.
– Nie przypominam sobie, ale z pewnością, gdzieś mam coś o nich napisane, mogę poprosić Wergiliusza, żeby to znalazł, choć... wydaje mi się, że nie o lekcję historii Ci tutaj chodzi? – wyrwany z toku rozmyślań, był w stanie sklecić gładką odpowiedź na podstawie wytrenowanej pamięci, która przy okazji zapisywała w jego głowie słowa przy nim wypowiedziane, gdyby gdzieś uciekł myślami. Przydatna umiejętność, zwana przez jego zmarłą żonę "trybem mężowskim".
Żałował, że nie wie jak wspomóc Morpheusa, jak sam mógłby wycisnąć z niego tego niepotrzebnego, burzącego spokój serca pryszcza. Czytał o żałobie, ale sam nigdy jej nie doświadczył, choć zmarło w jego życiu wiele teoretycznie ważnych osób. Matka, żona, teraz brat... Nagle jednak, ze zdziwieniem, odkrył strach, że to życzenie poczucia żałoby może się urzeczywistnić, a gonienie za nim jest paraliżujące w swym zamyśle.
Nagle zdał sobie sprawę, że Morpheus szukający śmierci może ją znaleźć.
I to całkiem niedaleko.
Anthony doskonale wiedział jak wyglądają niektóre atrakcje skrywane przez obsydianowe ściany.
Poruszył się niespokojnie na swoim krześle i stał, chcąc ukryć rosnące obawy.
– Ale rozumiem, że po czymś takim wzrosło Twoje zapotrzebowanie na straszne historie? Z nami jest tak trudno... nie sądzisz, że świat czarodziejski nie niesie w sobie grozy? Jest tyle potworów igrających z naszymi emocjami, tyle rodzajów duchów, opętań, przeklętych przedmiotów, czy prostej iluzji. Nie ma grozy, jest tylko groteska kolejnego ciała dekorującego ściany po tym, jak wybuchł mu kociołek. Ale wiesz, kto jest całkiem dobry w grozie? Mugole. Ich nieświadomość gwarantuje im świetne pióro i świeże spojrzenie. Mam kilka książek o przeklętych posiadłościach, antologię opowiadań. Słyszałeś może o Lovecrafcie? Nie jest to wysokich lotów, nie tak jak Poe, ale... Cóż, może okaże się, że da Ci przyjemną rozrywkę druhu. – mówił lekko, głos miał zdecydowanie lepiej wytrenowany, zawsze spokojny miarowy. Jego myśli, troskę, lęk, to wszystko ujął w okowy pięknej rosyjskiej poezji, płynącej równolegle w głowie do szybkiego tkania angielskiej zasłony dymnej.
– A jeśli chcesz odwiedzić opuszczony dom o którym Ci mówiłem... Znajdę właściciela i zorganizuje klucze. Myślę, że potrzeba będzie mi z miesiąc, aby wszystko zaaranżować. – czy ładnie tak było kłamać przyjacielowi? Mógł przecież po prostu wejść i kazać Wergiliuszowi przynieść pęk żelaznych kluczy do starej warowni, która przesłonięta zagonkiem buków i jodeł nie przeszkadzała mu w codziennym odpoczynku. A jednak, Anthony wiedział, że surowe mury i dziurawy dach nie wystarczą jego przyjacielowi. W końcu obaj mieli wysokie standardy.