Całe szczęście Mackenzie nie była przed meczem i nie popisała się brakiem taktu czy tak podstawowych zasad dobrego wychowania. Rowle również nie przesadzała z uściskiem, który był krótki, twardy, ale nie mocny, w końcu nie chciała sprawić nieznajomej bólu.
Z powrotem ubrała rękawiczkę i na wspomnienie o boisku do quidditcha się rozejrzała, jakby miała je stąd zauważyć.
— Anglia – Norwegia? Zapomniałam o tym meczu — wzruszyła ramionami. — Zakładam, że jesteś fanką angielskiej drużyny?
Tak po prawdzie Regina nie interesowała się jakoś bardzo quidditchem. Owszem, śledziła poczynania angielskiej drużyny czy walijskich Harpii z Holyhead i Katapult z Caerphilly. Natomiast nie była, jak większość czarodziejów, tak szaleńczo zaangażowana w podniebne rozgrywki, by jeździć na każdy mecz.
— Złapią czy nie, chodzi o sam fakt, że ten manifest został opublikowany, a czarownice i czarodzieje, którzy myślą podobnie, będą czuli się pewniej w swoich przekonaniach — machnęła ręką na wskazany ustęp. — Ktoś czuje się lepiej, bo jego rodzice i ich rodzice są czarodziejami od pokoleń, dobre sobie, jeżeli ktoś zaglądał w księgi rodowe, to co trzecie pokolenie do rodziny trafia ktoś "nieczysty", jakby to powiedzieli ci fanatycy. Zresztą… Ach, nieważne, nie ma sensu roztrząsać tego.
Przez ten temat zrobiło jej się gorąco, więc odwinęła szalik z szyi, by rześkie powietrze ją ostudziło. Ruchem głowy wskazała gdzieś za Greengrass i spytała.
— Kto wygrał?