10.04.2024, 22:47 ✶
Basilius uważał, że miał rację, a ryzyko w tamtym momencie było zbędne. Nie jego wina, że pacjent potem postanowił im uciec. Może powinien był sam celować w niego, ale bał się sytuacji, w której oni oboje rzuciliby na niego zaklęcie w tym samym czasie, a naprawdę nie chciał komplikować sobie sytuacji.
Coś zdecydowanie trzasnęło w szafkach, a Basilius skrzywił się, mając jedynie nadzieję, że zabezpieczenia wytrzymały i nie dojdzie zaraz do jakiegoś wybuchu. Najgorsze, że wiedział jedynie tyle, że jakieś zabezpieczenia były. To mu powiedziano już dawno temu, gdy po raz pierwszy postawił nogę w tym gabinecie. Ale jakie one były? Jak działały? Czy nie były przestarzałe? Nie miał zielonego pojęcia. Zresztą nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo w jednym momencie pan Collins uznał, że wbiegnie w niego ze swoją całą robaczą siłą, a w drugim uzdrowiciel już leżał na podłodze. Jak teraz o tym myślał, to powinni im fundować, jakiś podstawowy kurs uników i bezpiecznych upadków.
Na całe szczęście Brenna zapanowała jakoś nas sytuacją.
– Chyba oboje możemy zgodnie uznać, że to było konieczne – stwierdził, zerkając na związanego pacjenta tuż przy swoich nogach i bardzo ostrożnie podniósł się z ziemi, dziękując w duchu, że Brenna nie postanowiła ryzykować trafieniem konfundusem w niego. Z drugiej strony wtedy mógłby się pewnie spokojnie obudzić już po wszystkim, a jakiś inny pechowy magimedyk dostałby też przypadek wraz z czarownica w pakiecie.
– To przez tę skórę – mruknął do siebie, jednocześnie rzucając na rękę Brenny zaklęcie czyszczące. – Proszę jeśli poczujesz, że ci drętwieje, lub puchnie to powiedz – wtrącił, a potem powrócił do tematu. – Miał naprawdę specyficzną skórę i eliksiry nie były w stanie odpowiednio zadziałać. – A to sprawiło, że mieli do czynienia z robakiem z dłońmi i nogami. Powstrzymał się, by się skrzywić. Jako uzdrowiciel widział sporo nieprzyjemnych przypadków, ale ten był odstraszający w zupełnie inny sposób.
Coś zdecydowanie trzasnęło w szafkach, a Basilius skrzywił się, mając jedynie nadzieję, że zabezpieczenia wytrzymały i nie dojdzie zaraz do jakiegoś wybuchu. Najgorsze, że wiedział jedynie tyle, że jakieś zabezpieczenia były. To mu powiedziano już dawno temu, gdy po raz pierwszy postawił nogę w tym gabinecie. Ale jakie one były? Jak działały? Czy nie były przestarzałe? Nie miał zielonego pojęcia. Zresztą nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo w jednym momencie pan Collins uznał, że wbiegnie w niego ze swoją całą robaczą siłą, a w drugim uzdrowiciel już leżał na podłodze. Jak teraz o tym myślał, to powinni im fundować, jakiś podstawowy kurs uników i bezpiecznych upadków.
Na całe szczęście Brenna zapanowała jakoś nas sytuacją.
– Chyba oboje możemy zgodnie uznać, że to było konieczne – stwierdził, zerkając na związanego pacjenta tuż przy swoich nogach i bardzo ostrożnie podniósł się z ziemi, dziękując w duchu, że Brenna nie postanowiła ryzykować trafieniem konfundusem w niego. Z drugiej strony wtedy mógłby się pewnie spokojnie obudzić już po wszystkim, a jakiś inny pechowy magimedyk dostałby też przypadek wraz z czarownica w pakiecie.
– To przez tę skórę – mruknął do siebie, jednocześnie rzucając na rękę Brenny zaklęcie czyszczące. – Proszę jeśli poczujesz, że ci drętwieje, lub puchnie to powiedz – wtrącił, a potem powrócił do tematu. – Miał naprawdę specyficzną skórę i eliksiry nie były w stanie odpowiednio zadziałać. – A to sprawiło, że mieli do czynienia z robakiem z dłońmi i nogami. Powstrzymał się, by się skrzywić. Jako uzdrowiciel widział sporo nieprzyjemnych przypadków, ale ten był odstraszający w zupełnie inny sposób.