Zwierzęta też się potrafiły porozumiewać, lecz nie musiały tego robić słowami, zresztą ich gardła nie były przystosowane do artykułowania ludzkiej mowy. Dźwięki, jakie z siebie potrafiły wydawać, to jeszcze nie wszystko; miauku nie dało się przekształcić w mowę, nawet jeśli koty potrafiły wydać z siebie ponad sześćdziesiąt różnych dźwięków, by być w stanie porozumieć się z człowiekiem – to nadal jednak nie były słowa. Tak i niedźwiedzie ryki nie mogłyby się równać z prawdziwą mową, a jednak czasami by wystarczyły, prawda? Bo pod tą zwierzęcą skórą był jednak człowiek nawykły do pewnych gestów, emocji, odczuwania zupełnie innego, niż robiły to zwierzęta. Guinevere, pomimo upływu czasu, wciąż muskała dłońmi niedźwiedzie futro, przyzwyczajając się do jego bliskiej obecności. O czym myślała? O wielu rzeczach – choć głównie o tym, co powinna teraz zrobić, jak się zachować, jakie wykonać następne kroki. Składała sobie jego potargane ochłapy historii w całość, dopowiadając szczegółami, które wcześniej nie były możliwe do dopasowania, i planowała, jakie powinny być następne kroki. Czy w ogóle Sam chciałby poznać resztę ich rodziny? Jej dziadka i babcię? Ich wspólnego pradziadka? Pradziadek był już naprawdę wiekowy, u schyłku swego życia, może to był ostatni dzwonek, by się z nim zobaczyć? By pozwolić na to Samuelowi? Ale też nie chciała go wystraszyć – Sama, który całe życie najwyraźniej był od rodziny całkowicie odcięty. I w imię czego? Czy to się komukolwiek przysłużyło? Nie, niezbyt… Rodzina w rezultacie pozbawiona była kilku jej członków, z czego jednego wręcz przymusowo – bo młody McGonagall chyba nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia.
– Ććśśś, spokojnie. Nigdzie się nie wybieram – obiecała. A przynajmniej nie robiła żadnych planów przyszłościowych związanych z powrotem do Egiptu. Póki co była tutaj, pracowała na terenie Wielkiej Brytanii i nic nie zwiastowało, by miało się to zmienić. – Świat jest ogromnym miejscem, większym niż twoja Knieja. Nie chcesz się przekonać co znajduje się poza nią i Doliną Godryka? – zapytała go delikatnie, poklepując jego ramiona uspokajającym gestem. Nie wszędzie było tak gwarno jak w Londynie, za którym sama niezbyt przepadała. Znacznie bardziej wolała cichy spokój wioski (bo tak to chyba można było nazwać), gdzie dziadkowie mieli rodzinną Ostoję dla zwierząt, i gdzie najczęściej przebywała, jeśli nie znajdowała się w obozie na terenie wykopalisk w Walii. – Chciałbyś poznać resztę naszej rodziny? – zapytała spokojnie po chwili. Czuła, że to mogło być dla Samuela duże wydarzenie. Zresztą… dla jej dziadków pewnie też.