11.04.2024, 17:58 ✶
Prewett faktycznie rozbłysł. Flynn nie wiedział, czy dał mu dokładnie to, czego ten szukał, ale zakładał przynajmniej częściowy sukces. Zabrakło mu sensownych słów - Boże - pod żadnym względem nie czuł się jego Bogiem. Nie było też sensu ściągać tutaj innych bogów - nie byli zaproszeni. To był po prostu bełkot. Udało mu się sprawić, że w jego głowie nie było nic. Chciałby być na jego miejscu. Miejscu, w którym poczułby się spełniony, a nie zagubiony. Fala spokoju, jaka zalała go po pierwszym orgazmie, była ciszą, jaka narasta przed czymś większym. Przed punktem kulminacyjnym, ostatecznym rozwiązaniem tajemnicy tego, dlaczego nie potrafił wrócić do domu, w którym czekał na niego jego chłopak.
Bo Laurent smakował jak nostalgia. Był powiewem najgorszych wspomnień, dobijającej zmysły melancholii - dzięki niemu mógł się nie tylko nimi najeść, on mógł się nimi przejeść. Miejsce, w którym dzisiaj spał było piękne, pachniało tu świeżością i czystym, nadmorskim powietrzem, ale dla niego było tutaj dokładnie tak duszno, jak na Ścieżkach. Laurent smakował jak ostatnia działka smacka, jak martwe powietrze w katakumbach, jak jego wewnętrzna zgnilizna i świadectwo największej, moralnej upadłości - to wszystko ubierał w najlepszy z możliwych widoków dla kogoś, kto uwielbiał określać się najgorszymi z przychodzących do głowy epitetów. Był piękny, idealny, był kimś, kogo każdy chciał mieć i kogo Flynn też chciał mieć - mógłby grać w jego grę i dawać mu co chciał za każdym razem, bo to tak wspaniale karało go za wszystko, co w życiu zrobił źle. Był idealnym dopełnieniem najciemniejszych zakamarków jego duszy - tych, które były szczęśliwe, kiedy ktoś nazywał go psem na smyczy. No bo przecież... to nie była zła dynamika, prawda? Ta chwila, w jakiej lojalność stawała się tragicznym oddaniem na dobre i na złe, była czymś pięknym - jak przełom w jego życiu, nadawała niebywałą wartość temu, w jaki sposób konstruował swoją egzystencję. Honor, racjonalność? Nie, to było dla normalnych, on jak już wszyscy w tym pomieszczeniu zauważyli normalny nie był - on nie chciał wiary i zaufania, on chciał współzależności, on chciał braku możliwości oddychania, kiedy nie miało się na kim polegać i kogoś, kto polegał na tobie. Jeżeli to miało być bestialskie i instynktowne - niech takie będzie, nada to lepszy wyraz temu jak beznadziejnie gotowy był do położenia się u czyichś stóp i się temu oddać - obeldze - oczywiście, że „pies na smyczy” to była obelga. Ale on nawet kiedy mówił nie, tak naprawdę uwielbiał obelgi. Pielęgnowały jego szaleństwo tak samo jak wmawianie sobie, że Prewett miał ten wieczór zapamiętać w wyjątkowy sposób, jakby nie mógł dać mu tego każdy, a poranek z Crowem miał być choćby o gram lepszy od jego typowych kochanków, których tak zgniatał, degradował w swojej głowie. Nie był od nich lepszy, ale zbijał tę myśl na bok, żeby kiedyś móc się na tym piekielnie zawieść i utonąć w tej beznadziejności. To mogłoby być lepsze dla ciernia rosnącego mu teraz w klatce piersiowej, gdyby kazał mu za to zapłacić i spojrzał na niego tym samym wzrokiem, jakie robiły wszystkie prostytutki wychodzące z pomieszczenia - tym mówiącym, że odegrały to co miały odegrać, a wszystko, co dopowiedziałeś sobie w głowie na ich temat, było tylko objawem desperacji. Wyniósł dzisiaj Laurenta na wyżyny, siebie chyba też, ale nie czuł się dobrze, bo nie to nie było to...
Czuł, jak nasila się w nim stres.
Ta scena była obfita w przemoc. W myśli o zanurzeniu opuszek palca w ranie, od której Laurent skutecznie go odtrącił, bo kiedy badał ją dotykiem, dosyć szybko zrozumiał, że chciał nadać tu sobie inną rolę. Odsunął więc rękę i zaczął bawić się nożem. Jeszcze przed chwilą jeździł mu nim po skórze, teraz obracał go w palcach, jakby nie był piekielnie ostrym narzędziem zbrodni, tylko długopisem. I milczał. Milczał, nie pozostając przy tym bezczynnym. Chciał mieć go blisko. Zachęcał jego ciało do tego, żeby tę bezpieczną pozycję znalazło przy nim, w jego delikatnym objęciu, zasypany kolejnymi pocałunkami na włosach i skroni, gładzony tam, gdzie nie zawędrowały brudne paznokcie i ostrze noża. Bezpiecznych strefach nie sprawiających mu już fizycznego bólu. To był dobry dotyk. Taki, jakim chętnie obdarowywał osoby, które o niego dbały, tylko że nie był tak samo namiętny jak wcześniej. Flynn gdzieś odpłynął, chociaż sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Przetarł oczy wolną dłonią, a później zadarł podbródek Laurenta do góry, znów zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Albo do trzymania ich zamkniętych. Nie miało to większego znaczenia - po prostu miał nie patrzeć na jego nogi, żeby znów nie odtrącić jego ręki w bok, kiedy przyciskał ten nóż do swojego uda i rozcinał kolejny rząd łusek piekielnie starego tatuażu, a jego twarz zdradziła go w doświadczeniu zalewającego ciało, kłującym uczuciu dyskomfortu.
Bo Laurent smakował jak nostalgia. Był powiewem najgorszych wspomnień, dobijającej zmysły melancholii - dzięki niemu mógł się nie tylko nimi najeść, on mógł się nimi przejeść. Miejsce, w którym dzisiaj spał było piękne, pachniało tu świeżością i czystym, nadmorskim powietrzem, ale dla niego było tutaj dokładnie tak duszno, jak na Ścieżkach. Laurent smakował jak ostatnia działka smacka, jak martwe powietrze w katakumbach, jak jego wewnętrzna zgnilizna i świadectwo największej, moralnej upadłości - to wszystko ubierał w najlepszy z możliwych widoków dla kogoś, kto uwielbiał określać się najgorszymi z przychodzących do głowy epitetów. Był piękny, idealny, był kimś, kogo każdy chciał mieć i kogo Flynn też chciał mieć - mógłby grać w jego grę i dawać mu co chciał za każdym razem, bo to tak wspaniale karało go za wszystko, co w życiu zrobił źle. Był idealnym dopełnieniem najciemniejszych zakamarków jego duszy - tych, które były szczęśliwe, kiedy ktoś nazywał go psem na smyczy. No bo przecież... to nie była zła dynamika, prawda? Ta chwila, w jakiej lojalność stawała się tragicznym oddaniem na dobre i na złe, była czymś pięknym - jak przełom w jego życiu, nadawała niebywałą wartość temu, w jaki sposób konstruował swoją egzystencję. Honor, racjonalność? Nie, to było dla normalnych, on jak już wszyscy w tym pomieszczeniu zauważyli normalny nie był - on nie chciał wiary i zaufania, on chciał współzależności, on chciał braku możliwości oddychania, kiedy nie miało się na kim polegać i kogoś, kto polegał na tobie. Jeżeli to miało być bestialskie i instynktowne - niech takie będzie, nada to lepszy wyraz temu jak beznadziejnie gotowy był do położenia się u czyichś stóp i się temu oddać - obeldze - oczywiście, że „pies na smyczy” to była obelga. Ale on nawet kiedy mówił nie, tak naprawdę uwielbiał obelgi. Pielęgnowały jego szaleństwo tak samo jak wmawianie sobie, że Prewett miał ten wieczór zapamiętać w wyjątkowy sposób, jakby nie mógł dać mu tego każdy, a poranek z Crowem miał być choćby o gram lepszy od jego typowych kochanków, których tak zgniatał, degradował w swojej głowie. Nie był od nich lepszy, ale zbijał tę myśl na bok, żeby kiedyś móc się na tym piekielnie zawieść i utonąć w tej beznadziejności. To mogłoby być lepsze dla ciernia rosnącego mu teraz w klatce piersiowej, gdyby kazał mu za to zapłacić i spojrzał na niego tym samym wzrokiem, jakie robiły wszystkie prostytutki wychodzące z pomieszczenia - tym mówiącym, że odegrały to co miały odegrać, a wszystko, co dopowiedziałeś sobie w głowie na ich temat, było tylko objawem desperacji. Wyniósł dzisiaj Laurenta na wyżyny, siebie chyba też, ale nie czuł się dobrze, bo nie to nie było to...
Czuł, jak nasila się w nim stres.
Ta scena była obfita w przemoc. W myśli o zanurzeniu opuszek palca w ranie, od której Laurent skutecznie go odtrącił, bo kiedy badał ją dotykiem, dosyć szybko zrozumiał, że chciał nadać tu sobie inną rolę. Odsunął więc rękę i zaczął bawić się nożem. Jeszcze przed chwilą jeździł mu nim po skórze, teraz obracał go w palcach, jakby nie był piekielnie ostrym narzędziem zbrodni, tylko długopisem. I milczał. Milczał, nie pozostając przy tym bezczynnym. Chciał mieć go blisko. Zachęcał jego ciało do tego, żeby tę bezpieczną pozycję znalazło przy nim, w jego delikatnym objęciu, zasypany kolejnymi pocałunkami na włosach i skroni, gładzony tam, gdzie nie zawędrowały brudne paznokcie i ostrze noża. Bezpiecznych strefach nie sprawiających mu już fizycznego bólu. To był dobry dotyk. Taki, jakim chętnie obdarowywał osoby, które o niego dbały, tylko że nie był tak samo namiętny jak wcześniej. Flynn gdzieś odpłynął, chociaż sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Przetarł oczy wolną dłonią, a później zadarł podbródek Laurenta do góry, znów zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Albo do trzymania ich zamkniętych. Nie miało to większego znaczenia - po prostu miał nie patrzeć na jego nogi, żeby znów nie odtrącić jego ręki w bok, kiedy przyciskał ten nóż do swojego uda i rozcinał kolejny rząd łusek piekielnie starego tatuażu, a jego twarz zdradziła go w doświadczeniu zalewającego ciało, kłującym uczuciu dyskomfortu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.