Sen. Potaknął tylko na to. Sny były zarówno frywolną przestrzenią umysłu kreatywnego, jak i tym, co niosło szereg nieprzyjemnych omenów i prawd. Sen Vakela bolal jeszcze bardziej. Miał jego w pudełku. I kogo jeszcze sobie zawłaszczył? W końcu takie marionetki można odłożyć na półkę i o nich zapomnieć.
— Neapol jest przepiękny jesienią. Odpowiednia ilość wody i górzystej przestrzeni, na dodatek pyszne jedzenie. Powinieneś się wybrać. — Może o to chodziło. Że jego ciało nie było wychudzone ani wysportowane, nie miał młodzieńczej smukłości, która zniknęła w kwadratowym korpusie i tendencji do tycia.
Przez cały czas, gdy księżyce spojrzenia Trelawneya żądały światła tarczy słonecznej oczu Longbottoma, ten nie mrugnął ani razu, z niewymuszoną naturalnością i iskrą szaleństwa. Zanim tamten zwrócił się ku ścieżce, wijącej się jak wąż, który sączył jad do ich dusz, aby podążać wzdłuż łusek ku ogonowi (lub głowie), postanowił odpowiedzieć.
— Niestety, obawiam się, że Departament Tajemnic jest wystarczająco niebezpieczny dla jego pracowników, aby zrezygnować z tego typu atrakcji. Jednego dnia trzeba ujarzmić starożytne krokodyle w Komnacie Śmierci, innego w ręce trafia przepowiednia, która może zmieńć bieg świata.
Morpheusowi nie umknęła liczba mnoga w słowach i skrócenie dystansu relacji, odrzucając zarówno tytulaturę, jak i nazwisko. Pozostawiając jedynie artystyczny pseudonim Vasilija. Splótł dłonie za plecami, aby móc swobodnie wbijać paznokcie w skórę, zadając sobie samemu ból, aby nie sięgnąć po różdżkę. Wyginał palce, zmuszając je do rozciągania w nienaturalnych pozycjach, byle nie podnieść kamienia, którym rozbiłby czaszkę Peregrinusa. Jeden zaginiony czarodziej więcej. I tyle.
Za bardzo wyobrażał sobie mężczyznę w objęciach Vakela, zbyt realistycznie widział to w głowie, nawet jeśli nigdy nie był w Prawach Czasu, to jego umysł zapamiętale odtwarzał detale z fotografii w plotkarskich gazetkach, aby dodać do nich parę w niewybrednych pozycjach.
Nie powinien być zazdrosny. W końcu jego nikt nie rozliczał z Loretty, Ambrosii, Neila i innych, którzy przemknęli przez metaforyczną pościel Longbottoma. A jednak plan w głowie układał się sam. Mógł go ogłuszyć i zamknąć w piwnicy w Little Hangleton, wytatuować na przedramieniu znak Czarnego Pana. Używać jego włosów do zmieniania się w niego, żeby móc robić to wszystko, co robił Vakelowi, zamiast niego.
Zamknął oczy w rozmarzeniu, jakby wystawiał twarz do słońca. Dosłownie też to robił.
Mógłby powiedzieć o nim nawet, że sprawdza uwikłanie celebryty w działania Śmierciożerców, a tak na prawdę karmiłby Vakela diamentami, smarował jego wątłe członki olejkami, upewniając się, że skóra pozostanie gładka. Odchylałby delikatnie głowę Vakela i przesuwał po policzkach brzytwą, pozbywając się zarostu w intymnym oddaniu władzy.
Zauważył ręce Peregrina. Dlaczego pozwalał mu mieć tak zniszczone ręce? Już go nie odrzucały?
— Jesteśmy w podobnym wieku z Mistrzem Dolohovem. Był pode mną w trakcie pierwszego roku prefektury. Podobny dar, inne ścieżki życia. To zawsze fascynujące, co można zrobić z tym samym zestawem możliwości i jak bardzo będzie różniło się życie dzięki pojedynczym decyzjom. Przepowiednie tak pięknie to ilustrują.
Westchnął.
— Mam nadzieję, że tajemnica nas oboje zaspokoi. Paradoks, kiedy obawiasz się oczywistości. Nie ekscytuje rozwiązanie, lecz okruchy kreujące tezy.