Właściwie, to jej pytanie można było i należało rozumieć dwuznacznie – bo też trochę z taką intencją je zadała, jak tak taka kokietka, która właśnie bajerowała upatrzonego mężczyznę. Nie był jednak upatrzony – był jej objawieniem. Jakieś łuski musiały jej spaść z powiek, że dzisiaj, tutaj, nad jeziorem Windermere, w końcu dostrzegła to, co jawiło się oczywistością: że Cain był kimś, kto powinien dopełniać jej życie, jej obecność. Nie było istotne ilu miał partnerów w pracy, ani… poza pracą – bo byli tu i teraz, i nic więcej oprócz nich razem się nie liczyło. Nie – ale Victoria chciała, by to wszystko miało znaczenie, dlatego chciała tę pracę, zadanie, jakie otrzymali, doprowadzić do końca, albo przynajmniej do takiego miejsca, w którym sprawa się wyjaśnia. Ale widmo jego dotyku na szyi, na biodrach, na ustach – och, to było coś niesamowitego; nie było w tym delikatności, tylko jakaś dzikość, o którą by wcześniej spokojnego Bletchleya nie podejrzewała. Ale to było dobre, idealne – tak jak on był idealny. I chciało się więcej, była pewna, że mógłby uleczyć jej instynkt samozachowawczy z braków, ale też i ciało z zimna oraz serce ze zrywów do kogoś innego. Tak, Cain Bletchley był jej lekarstwem na całe zło jej własnego świata – bo on nie był złem, a dzisiaj stał się światem; wszystkim.
– Stracimy czas na teleportację – może już stracili czas… ale nie potrafiła tak pomyśleć. Bo co, bo byli tutaj razem i badali nowe odkrycie? Cain był dla niej jakimś nienazwanym zjawiskiem i za nic świecie nie mogła znieść myśli, że miałaby go stracić choć na minutę, albo na pięć. Kilka sekund to było już za długo. – Wysłali nas tutaj do Bagshota i żeby poradzić sobie z żywymi trupami, zająć się sprawą. Powrót teraz do biura to strata czasu, bo nawet nic nie mamy – tak dosłownie nic. Mieli tyle, że Owen owszem zatrzymał się w ośrodku i… gdzieś przepadł. To było wszystko. Nie sprawdzili nawet żadnych tropów, śladów – niczego. A praca nocą… Cóż. Victoria do takiej już przywykła. Kiedy wraz z Brenną czaiły się na czaroksieżnika na dachu, też była noc… – Jedyne osoby, które znaleziono martwe, to kobiety, nie mężczyźni – była pewna, że Cain sam to już zauważył i rozpracował – jeśli nie tablicą z niteczkami, to w głowie, bo przecież miał taki piękny umysł… Niezdolny do zapominania, przytłaczający go, ale wiedziała doskonale, że to miało również swoje plusy i błyszczał właśnie w takich momentach. Victoria nie obawiała się inferiusów, nie tego, co mogła widzieć przed oczami i wypalić w to różdżką. Bała się chyba tego, co było… nieznane. – Jeśli Bagshot zobaczył tu żywe trupy, to dlaczego było tak mało zaginięć? Ktoś je dopiero… stworzył? Jeśli tak, to tak czy siak mamy do czynienia z czarnoksiężnikiem i czas gra na naszą niekorzyść – zaczęła wymieniać, kiedy już wyciągnęła dłoń do Caina, nie mogła się wszak powstrzymać, gdy tak ją zachęcał swoim gestem. Objęła jego palce swoimi, chłodnymi, bardzo chłodnymi… – Jeśli żywe trupy są tu od dawna to ktoś i tak musi je kontrolować. Ale zniknięć i wypadków przy ich obecności i tak było wyjątkowo mało… Coś tutaj… Coś tutaj śmierdzi – i nie była to ani ona, ani Cain. To ta sytuacja jej się nie kalkulowała.
Uśmiechnęła się pod nosem, przygarnięta i ucałowana; sama na moment przytuliła się do Caina. Jego obecność i dotyk dodawały otuchy, tak. Odwagi – również.