To była gorzka pigułka do zgryzienia dla takich jak on, którzy wierzą w swoją moralną wyższość nad konserwatywnymi poplecznikami ciasnego rozdziału, czystej krwi, lecz tak naprawdę nie różnią się niczym, od tamtych. Nie dążą do zmiany prawa czy zniesienia dokumentu regulującego przynależność i status krwi. Legislacja leżała i kwiczała, prawa związane z edukacją charłaków czy mugolaków albo były prawami martwymi, albo nie istniały. Działania charytatywne Longbottomów to pudrowanie nosa, głaskanie własnego sumienia. Wieszcz nie lubił o tym myśleć i nie zamierzał, nawet przy wrzaskach panny Moody.
Zacisnął usta. Jej chude nogi sprawiały, że otwierał mu się chlebak w kieszeni. Biedne, biedne dziecko.
Nie pomógł jej wstać, wiedząc, że szybciej ugryzłaby go w rękę, zostawiając ropiejący ślad swoich zębów na boku jego dłoni. Westchnął i wyciągnął kolejną kartę. Nie pokazał jej Millie. Wieża waliła się, odpadały kolejne cegły. Mówiła, że nie jest jasnowidzem, ale czasami Morpheus miał temu wątpliwości. Bardzo szybko wyłożył resztę układu na stolnicę, zgarnął karty do talii i wyszedł z pomieszczenia. Zamknął drzwi i rzucił na nie wygłuszające zaklęcie dokładnie w tym momencie, w którym usłyszał pierwsze okrzyki marszu przez okna.
Został z nią, siedząc w kuchni i starając się nie słyszeć dźwięku paniki, która rozbijała się po okolicznych ulicach, tak samo jak błyski magii świecące się, niczym sygnały alarmowe, w szybach kamienic.