12.04.2024, 17:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2024, 17:44 przez Basilius Prewett.)
Widząc, jak Brenna na jego uśmiech odpowiada uśmiechem Basilius uświadomił sobie jedną rzecz. Longbottomowie nie zostali jeszcze uznani przez magiczne społeczeństwo za zbyt honorowych, skrajnych wariatów, prawdopodobnie tylko dlatego, że wykształcili sobie mechanizm obronny w postaci bardzo czarującego uśmiechu, który przekonywał wszystkich wokół, że jednak wiedzą co robią.
Taką przynajmniej miał teorię.
– Jeśli uczucie nie zniknie to potem się temu przyjrzę – zapewnił ją, mając po cichu nadzieję, że jednak Brenna nie zafunduje mu kolejnej rozrywki, podczas dzisiejszej wizyty.
Gdyby wiedział, że zastanawiała się nad tym, czy lubił rytunowe życie, to oczywiście powiedziałby, że tak. Uwielbiał je. I oczywiście by skłamał. Mógł sobie narzekać ile chciał, ale prawda była taka, że pewnie oszalałby, gdyby zajmował się jedynie nudnymi, rytunowymi przypadkami. Potrzebował od życia tej ekscytacji i nutki niepewności. Pewnie dlatego też tyle czasu spędzał w kasynach, przy każdej wizycie powierzając daną ilość swoich pieniędzy losowi. I czasem oszustwu. Ale głównie losowi.
Przez chwilę milczał, dając Brennie rozmawiać z panem Collinsem, jednocześnie zastanawiając się, czy mężczyzna, mając takie a nie inne podejście do pozostałej dwójki, rzeczywiście życzy sobie by zostać naprawionym. Bo jego zachowanie wskazywałoby na coś zupełnie innego.
Słysząc to jak odgryzła się pacjentowi, uśmiechnął się przelotnie i skinął w jej stronę głową. Dobrze mu tak. Niech drań sobie nie myśli, że może gadać sobie co chce, gdy oni próbują mu pomóc.
– Panie Collins, został pan unieruchomiony, bo może pan nie zauważył, ale był pan robakiem, który próbował uciec. Musieliśmy więc to zrobić, by przywrócić panu zwykła formę. Radziłbym się też powstrzymać od komentarzy w stronę osób, które właśnie próbują panu pomóc. – powiedział życzliwie i spokojnie, trochę tak jak mówiło się do kogoś zbyt pijanego, komu jednak nie chciało się zrobić krzywdy. – A jako pański medyk, muszę zarekomendować panu też, by na przyszłość unikał pan kąpieli w eliksirach przeciwko owadom.
– Spierrr – zaczął pan Collins, ale Prewett uznał, że nie będzie tego dalej słuchał i szybko machnął różdżką, rzucając kolejne zaklęcie bez żadnego uprzedzenia. Głowa, jak i całe ciało, Collinsa, zaczęły dziwnie falować, co nie było bolesne, ale z pewnością całkiem nieprzyjemne. Oh jaka szkoda, że jego pacjent nie mógł skończyć wypowiedzi. Wcale nie zrobił tego specjalnie, wcześniej prowokując go, by ten chciał coś powiedzieć i złośliwie mu przerwać.
Taką przynajmniej miał teorię.
– Jeśli uczucie nie zniknie to potem się temu przyjrzę – zapewnił ją, mając po cichu nadzieję, że jednak Brenna nie zafunduje mu kolejnej rozrywki, podczas dzisiejszej wizyty.
Gdyby wiedział, że zastanawiała się nad tym, czy lubił rytunowe życie, to oczywiście powiedziałby, że tak. Uwielbiał je. I oczywiście by skłamał. Mógł sobie narzekać ile chciał, ale prawda była taka, że pewnie oszalałby, gdyby zajmował się jedynie nudnymi, rytunowymi przypadkami. Potrzebował od życia tej ekscytacji i nutki niepewności. Pewnie dlatego też tyle czasu spędzał w kasynach, przy każdej wizycie powierzając daną ilość swoich pieniędzy losowi. I czasem oszustwu. Ale głównie losowi.
Przez chwilę milczał, dając Brennie rozmawiać z panem Collinsem, jednocześnie zastanawiając się, czy mężczyzna, mając takie a nie inne podejście do pozostałej dwójki, rzeczywiście życzy sobie by zostać naprawionym. Bo jego zachowanie wskazywałoby na coś zupełnie innego.
Słysząc to jak odgryzła się pacjentowi, uśmiechnął się przelotnie i skinął w jej stronę głową. Dobrze mu tak. Niech drań sobie nie myśli, że może gadać sobie co chce, gdy oni próbują mu pomóc.
– Panie Collins, został pan unieruchomiony, bo może pan nie zauważył, ale był pan robakiem, który próbował uciec. Musieliśmy więc to zrobić, by przywrócić panu zwykła formę. Radziłbym się też powstrzymać od komentarzy w stronę osób, które właśnie próbują panu pomóc. – powiedział życzliwie i spokojnie, trochę tak jak mówiło się do kogoś zbyt pijanego, komu jednak nie chciało się zrobić krzywdy. – A jako pański medyk, muszę zarekomendować panu też, by na przyszłość unikał pan kąpieli w eliksirach przeciwko owadom.
– Spierrr – zaczął pan Collins, ale Prewett uznał, że nie będzie tego dalej słuchał i szybko machnął różdżką, rzucając kolejne zaklęcie bez żadnego uprzedzenia. Głowa, jak i całe ciało, Collinsa, zaczęły dziwnie falować, co nie było bolesne, ale z pewnością całkiem nieprzyjemne. Oh jaka szkoda, że jego pacjent nie mógł skończyć wypowiedzi. Wcale nie zrobił tego specjalnie, wcześniej prowokując go, by ten chciał coś powiedzieć i złośliwie mu przerwać.