12.04.2024, 18:39 ✶
Zaśmiał się lekko, ale wciąż nieobecnie - nie wpatrywał się w Laurenta, tylko w bliżej nieokreśloną przestrzeń. A może nie wpatrywał się w nic - może puste oczy były wlepione w jakiś punkt, ale sam Flynn nie widział tego, co próbowały zarejestrować. Leżał w takim otępiałym bezruchu, aż Prewett nie nacisnął mu na tę ranę. Sięgnął po jego rękę, ale wcale nie po to, żeby ją odtrącić - zamiast tego przycisnął ją mocniej, dając jednemu z palców zatopić się bezpośrednio w rozcięciu. Działanie to zwieńczył kolejnym z rzędu stęknięciem pełnym bólu. Nawet to nie przywróciło go do normalności. Edge w tym bólu po prostu utonął - nie pozostawiał jasną tylko jednej kwestii - czy dźgnięcie samego siebie było przyczyną, czy efektem tego zagubienia we własnej, zamglonej głowie.
W przeciwieństwie do tej Prewetta, nie była spokojna i pełna ciszy. Była głośna, pełna rozmów i szumu, zalana potrzebą upokorzenia samego siebie za kolejny zawód. Nowa szrama na nodze - idealne ucieleśnienie tego, że któryś już raz spierdolił coś po całości i nie wytrzymał. Nawet jeżeli ucieknie słowami lub wzrokiem, albo jakimś cudem nikt go o to nie zapyta - zostanie po tym ślad. Pierwszy od trzech lat.
- Przestań, Laurent - wyszeptał jakby zdezorientowany, kiedy chłopak próbował wytrącić mu z dłoni nóż. - Pokaleczysz się - dodał. Z troską w głosie. Złapał go mocniej za rękę ale tylko po to, żeby odsunąć go od ostrza na kilka sekund, a później obrócił je w swoich palcach, żeby to on trzymał za ostry koniec, a Prwettowi wsunął pomiędzy palce uchwyt. Gdyby blondyn za niego pociągnął, prawdopodobnie nieumyślnie rozciąłby go tak, że przez dobry miesiąc musiałby zrezygnować z treningów na trapezie, ale po nim spodziewał się do najwyżej trzęsących się rąk. - Już - puścił to ostrze - masz - puścił je, spojrzał na niego trochę, jakby miało być już na zawsze jego. Jakby kłócili się o łopatkę w piaskownicy i Flynn postanowił ją odpuścić. - Jest dobrze? - Pytając brzmiał tak, jakby dopiero budził się z głębokiego snu i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego chłopak tak panikował i napierał całym ciężarem ciała na jego bok. Nie zrzucił go z siebie, bo to przecież było przyjemne. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz - dodał jednak. Jakieś myśli musiałby jednak przepływać przez jego głowę - ale mógłbyś chociaż poudawać.
Nie podniósł się do siadu, ale chyba tylko dlatego, że nie miał już siły. Był przemęczony. Tym co działo się wczoraj, tym co stało się dzisiaj - w pionie znowu zacznie kręcić mu się w głowie. Leżał więc, mrużąc oczy i wpatrując się w niego zza tafli posklejanych, gęstych rzęs.
- Jest mi bez niej - miał tu na myśli heroinę - i bez ciebie cholernie zimno - to mówiąc wysunął do niego czystszą rękę, żeby poprawić mu roztrzepane włosy. - Chodź tu, to zdradzę ci coś, czego się kiedyś dowiedziałem - zaproponował, zupełnie jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Jakby przed chwilą nie zrobił sobie krzywdy na jego oczach i to było normalne aby prosić go o to, aby wrócił do leżenia u jego boku. - Podobno pomiędzy snem i jawą jest takie miejsce... - zaczął, ale dokończył tylko jeżeli Laurent uległ naciskowi jego palców i wrócił na pościel.
- Miejsce, w którym mogą spotkać się połączone dusze. - Ton jego głosu znów zniżył się wtedy do szeptu. Gładził go po twarzy, przyciskając do siebie, wpatrując się w niego wzrokiem, jakim nie obdarował go nigdy wcześniej. Ciepłym. Nie potrafiłby ukarać kogoś za brak chęci do gry w jego autodestrukcję. - Ma nazwę. Dormiveglia.
W przeciwieństwie do tej Prewetta, nie była spokojna i pełna ciszy. Była głośna, pełna rozmów i szumu, zalana potrzebą upokorzenia samego siebie za kolejny zawód. Nowa szrama na nodze - idealne ucieleśnienie tego, że któryś już raz spierdolił coś po całości i nie wytrzymał. Nawet jeżeli ucieknie słowami lub wzrokiem, albo jakimś cudem nikt go o to nie zapyta - zostanie po tym ślad. Pierwszy od trzech lat.
- Przestań, Laurent - wyszeptał jakby zdezorientowany, kiedy chłopak próbował wytrącić mu z dłoni nóż. - Pokaleczysz się - dodał. Z troską w głosie. Złapał go mocniej za rękę ale tylko po to, żeby odsunąć go od ostrza na kilka sekund, a później obrócił je w swoich palcach, żeby to on trzymał za ostry koniec, a Prwettowi wsunął pomiędzy palce uchwyt. Gdyby blondyn za niego pociągnął, prawdopodobnie nieumyślnie rozciąłby go tak, że przez dobry miesiąc musiałby zrezygnować z treningów na trapezie, ale po nim spodziewał się do najwyżej trzęsących się rąk. - Już - puścił to ostrze - masz - puścił je, spojrzał na niego trochę, jakby miało być już na zawsze jego. Jakby kłócili się o łopatkę w piaskownicy i Flynn postanowił ją odpuścić. - Jest dobrze? - Pytając brzmiał tak, jakby dopiero budził się z głębokiego snu i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego chłopak tak panikował i napierał całym ciężarem ciała na jego bok. Nie zrzucił go z siebie, bo to przecież było przyjemne. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz - dodał jednak. Jakieś myśli musiałby jednak przepływać przez jego głowę - ale mógłbyś chociaż poudawać.
Nie podniósł się do siadu, ale chyba tylko dlatego, że nie miał już siły. Był przemęczony. Tym co działo się wczoraj, tym co stało się dzisiaj - w pionie znowu zacznie kręcić mu się w głowie. Leżał więc, mrużąc oczy i wpatrując się w niego zza tafli posklejanych, gęstych rzęs.
- Jest mi bez niej - miał tu na myśli heroinę - i bez ciebie cholernie zimno - to mówiąc wysunął do niego czystszą rękę, żeby poprawić mu roztrzepane włosy. - Chodź tu, to zdradzę ci coś, czego się kiedyś dowiedziałem - zaproponował, zupełnie jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Jakby przed chwilą nie zrobił sobie krzywdy na jego oczach i to było normalne aby prosić go o to, aby wrócił do leżenia u jego boku. - Podobno pomiędzy snem i jawą jest takie miejsce... - zaczął, ale dokończył tylko jeżeli Laurent uległ naciskowi jego palców i wrócił na pościel.
- Miejsce, w którym mogą spotkać się połączone dusze. - Ton jego głosu znów zniżył się wtedy do szeptu. Gładził go po twarzy, przyciskając do siebie, wpatrując się w niego wzrokiem, jakim nie obdarował go nigdy wcześniej. Ciepłym. Nie potrafiłby ukarać kogoś za brak chęci do gry w jego autodestrukcję. - Ma nazwę. Dormiveglia.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.