Czerń łatwo wkradała się pod powieki, kiedy koszmary powstawały z ziemi. Wypełzały spod łóżka i wpełzały pod pierzynę, wsuwały się na nogi i wrzynały pod skórę. Zakrywały świat czernią. Przez ułamek sekundy czuł tylko tą ciepłą, lepką maź, rozciętą skórę, w którą wsunął się jego palec. Był bliski wymiotów, wszystko zatrzymało się na poziomie jego gardła, kiedy żołądek wykręcony został jak szmata po praniu. Jeśli nawet mógł czymś rzygać to zawartość tego żołądka wróciła na swoje miejsce, a gdy czerń ustąpiła miejsca zamazanej rzeczywistości odkrył, że nadal siedzi, tylko podpierając się na Flynnie. Mógł się na nim oprzeć, prawda? Mógł wszystko, z nim, z Esme, pewnie z wieloma innymi, którzy oddaliby mu nóż w dłoń, żeby otworzył im żyły - dlaczego nie, mogliby się wykrwawić właśnie dla tego. Już słyszał te słowa i fantazjował nad nimi. Fantazjował również nad bólem, chociaż przeczył, że chce go zaznawać. Będzie też głośno przeczyć, gdy się ocknie, że chciał dać się tak potraktować. Ogłupienie emocjami prowadziło do wyborów, które niekoniecznie zostałyby podjęte na trzeźwo. Czy to oznaczało, że prawdziwie ich pragnęliśmy? Musiało. Zabrakło ci tylko wiary, że tak samo musiało znaczyć, że tego właśnie chciałeś.
Ręce mu się trzęsły, kiedy próbował nieporadnymi palcami zabrać ostre narzędzie, które raniło. Próbowałeś kiedyś zaakceptować to, co się dzieje? W trosce o mój zdrowy rozsądek. Ten dom nie pachniał teraz kwiatami ani morskim powietrzem, ukochanymi piżmowymi perfumami ani sosnami, bo przecież ich zagajnik był wręcz przytulony do tego domu i niektóre gałęzie czuwały nad dachem budynku. Teraz cuchnął krwią. Krwią, która tak samo barwiła skórę i białą pościel jak tamtego dnia, kiedy leżał tu sam i wiedział, że umiera. Tu i teraz to nie Śmierć, spokojnie, to tylko... Tylko co? Flynn spodziewał się trzęsących rąk i tak, takie dokładnie były. Nawet uścisk na rękojeści wydawał się tak słaby, że chyba prędzej to on straciłby ten nóż niż wyszarpnął go z dłoni Flynna. Trzymał go. Narzędzie zbrodni i rozkoszy. Coś, co dawało pozorną władzę nad ludzkim być albo nie być. Trzęsły mu się bardziej dłonie czy trzęsły się jego niepozbierane myśli, które tonęły w otchłani tworzonej przez lepkie przyjemności? Oddech przyśpieszył, klatka piersiowa unosiła się w głębszych wdechach. Już, dobrze? Pokiwał głową. Mógłbyś chociaż poudawać. Zwrócił powoli mętny wzrok z ostrza na Flynna. Mógłbyś poudawać, że rozumiesz. Nie wiem, czy potrafię udawać. Czasem nie trzeba udawać zrozumienia, czasem wystarczy zaakceptować. Uspakajał oddech. Rozmazał krew na jego ciele kolejnym ruchem dłoni. Zakręciło mu się znowu w głowie. To musi być koszmar. Albo fantazja?
- Pomóż mi zrozumieć. - Chciał spróbować. Co go napędzało do tego? Jaka kara? Co go napędzało ku temu, żeby z taką przyjemnością służyć Madame? Dlaczego wysuwał swoje ręce, by były przypalane papierosami? Uzależnienie od bólu? Tylko te słowa mieszające się z realiami snu zatrzymały go w miejscu, chociaż gotów był biec na drżących nogach po apteczkę, maść, miksturę, żeby mu pomóc. Powinien. Więc jakim pojebanym wyborem było w ogóle, wbrew sobie, zostanie w tym łóżku? TO miało mu pomóc? Bogowie... Trzymając ten nóż, jakby był tylko łopatką, a nie nożem, pochylił się, żeby się położyć. Nie przysuwając do siebie dłoni, która cuchnęła rdzą. Oszalał on, albo Flynn. Fleamont mógł być już wcześniej szalony. Albo to ty szalony byłeś, tylko lepiej udawałeś, lepiej się trzymałeś. Te ciepłe spojrzenie, te gesty... Sen? Jawa? Co gdzie było? Padły słowa, które zamieniły oczy Laurenta w dwa galeony.
Pamiętał to słowo.
- Przypomnę ci o jeszcze jednym słowie. Mizpah. - To również pamiętał. Skąd to uczucie, że ten człowiek chciał, żeby ktoś był świadkiem jego własnej destrukcji? Że potrzebował zniszczenia, upodlenia się? Tylko czemu miałby na to pozwolić? Dlaczego miałby uczestniczyć w tej chorej grze? Uniósł się, ale nie po to, żeby się szczególnie odsunąć. Dłonią z nożem oparł się o pościel po drugiej stronie Flynna, pochylając nad nim, drugą sięgnął do szuflady, żeby wyciągnąć z niej swój skarb. Był dziedzicznie obciążony krwią swoich przodków i choć mówiło się, że to smoki spały na złocie, to Laurent uważał, że robiły to prędzej selkie. Chyba nie było teraz niczego cenniejszego w jego kolekcji poza tym kamieniem. I to nie tylko dlatego, że był taki piękny. Laurent za mocno go ściskał w swoich dłoniach modląc się o cokolwiek lepszego na tym świecie. Wrócił na swoje miejsce i wyciągnął otworzoną dłoń z nim do Flynna. Kamień sam w sobie był jak skradziona gwiazdka z nieba.