Jak można było pomóc komuś to zrozumieć? Wytłumaczyć komuś tak kruchemu coś takiego jak agresja? Nie oczekiwał, że to zrozumie, bo tak naprawdę to nie wierzył w taką możliwość. Laurent? Ten człowiek, któremu od trzymania ostrza tak mocno drżały dłonie, miałby pojąć swoją małą, ciasną główką jak wiele walki kosztowało go pozostanie tak delikatnym i zdolnym do czułości mimo tego jak często kipiał od emocji? Z tak bezbarwnym i okrutnym życiorysem?
Nie dało się dusić takich rzeczy w sobie, zawsze musiały znaleźć jakieś ujście.
- T-to jest coś... - co wyżera mnie od środka jak pasożyt, co nie daje mi spać, przez co tułam się przez kolejne pary rąk i nie potrafię w nich pozostać, co nigdy nie pozwoliło mi pogodzić się z brakiem dzieciństwa i żadnych perspektyw lepszych niż bycie częścią mniejszych i większych przestępczych ugrupowań... - c-co za-awsze jest w środku mnie. - Przecież by mu tego wszystkiego nie powiedział. Nigdy w życiu. Autentycznie bałby się otworzyć przed tym człowiekiem, to nie zmieniało się w żadnym stanie upojenia, ekscytacji, ani kiedy wpadał w tak głęboką derealizację. - D-d.. dusi mnie, kiedy nie pozwalam się temu wydostać. - Pozostawił tę agresję jednym, wielkim niedopowiedzeniem. Bo...
Bo...
- Też lubisz dziwne słowa? - Wyglądał na tak zbitego z tropu. Nabrał powietrza w płuca i wyglądał na trochę spanikowanego, nie rozumiał przecież, dlaczego Prewett zdawał się nagle wiedzieć o nim tak dużo. Dlaczego nagle wydawało się, jakby łączyło ich dużo więcej niż seks, za który Fontaine mu pewnie zapłaciła i pobicie dla niego kilku typów. To był jakiś żart? Skąd miał kurwa wiedzieć, że nie - to pozostawało czymś pomiędzy nim i Bletchleyem, po prostu nauczył go tego słowa sam w tym pieprzonym półśnie. - ...p-przypomnisz? - Przetarł palcami oczy i na moment zamarł, bo wciąż spragniony bliskości myślał, że Prewett mimo wszystko chciał go po prostu przytulić. Wyglądało to nawet w jego percepcji odrobinę żałośnie - myślisz „ktoś sięga, żeby mnie objąć”, a on przesuwa dłoń dalej i łapie nią za uchwyt szuflady. Trochę jak uśmiechnięcie się do nieznajomego, który wcale nie uśmiechał się do ciebie. Okazało się jednak, że wcale takim nie było - chłopak sięgał po coś, co sprawiło, że na kilka długich sekund zapomniał, jak się oddycha. Leżał w bezruchu, absolutnym - nie mrugał, nie unosiła się też jego klatka piersiowa - a później odrobinę zbyt gwałtownie chwycił po tę gwiazdę i zacisnął na niej brudne od krwi palce.
Jakim cudem jakaś się uratowała? Nie miał pojęcia. Pamiętał, jak Fontaine go wyśmiała, jak rozbijała jedną za drugą, karząc go za kolejne kłamstwo mające zakryć to, że Crow wcale nie chciał wywiązywać się z wydawanych mu poleceń. Wtedy wydawało mu to dobrą ceną - rozbicie zbudowanego przez niego sklepienia, jedna gwiazda miała być jednym życiem uratowanym poprzez przytaknięcie jej, ale ostatecznie rozwiązanie sprawy po swojemu. Po ludzku. Bez znamion czarnej magii przeszywającej resztki mózgu pod kruczoczarną czupryną. Ale później, kiedy znowu czołgał się w ciemnościach i zapomniał, jak wygląda księżyc, zastanawiał się, czy nie powinien żałować...
Zacisnął te palce jeszcze mocniej.
- Byłem pewny, że zniszczyła wszystkie.
I znowu wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Podniósł się do siadu, przycisnął do siebie Laurenta jedną ręką i... z całej siły rzucił tym kamieniem o sufit. Rozbił się tak, jak rozbija się szkło, ale nie spadł na ziemię - pokruszył się na setki kawałków, które pokryły sklepienie sypialni Prewetta i oto była odpowiedź na jego zagadkę - niebo. Niedokładne. Przypominało nieco to z Wielkiej Sali w Hogwarcie, ale posiadało wiele mankamentów - bo Crow nie znał się na astronomii, znał się na fizyce i miał swoje ulubione gwiazdozbiory, ale nie był w tym w ogóle precyzyjny. To było jego niebo. Niedoskonałe, ale jednocześnie piękne - bo nie chodząc do szkoły, tak naprawdę nie miał jak zainspirować się wspomnieniem większości czarodziejskich dzieci. Miało być jak lampa. Rozbłyskać, kiedy tego potrzebują i gasnąć, kiedy ktoś pociągnął za srebrny sznurek wiszący gdzieś z boku. Pociągnięty zbierał wszystkie świecące okruchy w całość. Zaprojektował to, wykonał mechanizm, znalazł rzemieślnika, który mógł mu to zakląć. Stworzył to z potrzeby swojego smutnego serca tęskniącego za powierzchnią - to było coś stworzonego dla siebie i dla innych szczurów.
Miało dawać im nadzieję.
Opadł na te poduszki jeszcze raz, tym razem w ogóle nie dając mu wyboru - musiał opaść na nie razem z nim, znów do niego przyklejony. A później Crow znów pocałował go w czubek głowy.
Nie dało się dusić takich rzeczy w sobie, zawsze musiały znaleźć jakieś ujście.
- T-to jest coś... - co wyżera mnie od środka jak pasożyt, co nie daje mi spać, przez co tułam się przez kolejne pary rąk i nie potrafię w nich pozostać, co nigdy nie pozwoliło mi pogodzić się z brakiem dzieciństwa i żadnych perspektyw lepszych niż bycie częścią mniejszych i większych przestępczych ugrupowań... - c-co za-awsze jest w środku mnie. - Przecież by mu tego wszystkiego nie powiedział. Nigdy w życiu. Autentycznie bałby się otworzyć przed tym człowiekiem, to nie zmieniało się w żadnym stanie upojenia, ekscytacji, ani kiedy wpadał w tak głęboką derealizację. - D-d.. dusi mnie, kiedy nie pozwalam się temu wydostać. - Pozostawił tę agresję jednym, wielkim niedopowiedzeniem. Bo...
Bo...
- Też lubisz dziwne słowa? - Wyglądał na tak zbitego z tropu. Nabrał powietrza w płuca i wyglądał na trochę spanikowanego, nie rozumiał przecież, dlaczego Prewett zdawał się nagle wiedzieć o nim tak dużo. Dlaczego nagle wydawało się, jakby łączyło ich dużo więcej niż seks, za który Fontaine mu pewnie zapłaciła i pobicie dla niego kilku typów. To był jakiś żart? Skąd miał kurwa wiedzieć, że nie - to pozostawało czymś pomiędzy nim i Bletchleyem, po prostu nauczył go tego słowa sam w tym pieprzonym półśnie. - ...p-przypomnisz? - Przetarł palcami oczy i na moment zamarł, bo wciąż spragniony bliskości myślał, że Prewett mimo wszystko chciał go po prostu przytulić. Wyglądało to nawet w jego percepcji odrobinę żałośnie - myślisz „ktoś sięga, żeby mnie objąć”, a on przesuwa dłoń dalej i łapie nią za uchwyt szuflady. Trochę jak uśmiechnięcie się do nieznajomego, który wcale nie uśmiechał się do ciebie. Okazało się jednak, że wcale takim nie było - chłopak sięgał po coś, co sprawiło, że na kilka długich sekund zapomniał, jak się oddycha. Leżał w bezruchu, absolutnym - nie mrugał, nie unosiła się też jego klatka piersiowa - a później odrobinę zbyt gwałtownie chwycił po tę gwiazdę i zacisnął na niej brudne od krwi palce.
Jakim cudem jakaś się uratowała? Nie miał pojęcia. Pamiętał, jak Fontaine go wyśmiała, jak rozbijała jedną za drugą, karząc go za kolejne kłamstwo mające zakryć to, że Crow wcale nie chciał wywiązywać się z wydawanych mu poleceń. Wtedy wydawało mu to dobrą ceną - rozbicie zbudowanego przez niego sklepienia, jedna gwiazda miała być jednym życiem uratowanym poprzez przytaknięcie jej, ale ostatecznie rozwiązanie sprawy po swojemu. Po ludzku. Bez znamion czarnej magii przeszywającej resztki mózgu pod kruczoczarną czupryną. Ale później, kiedy znowu czołgał się w ciemnościach i zapomniał, jak wygląda księżyc, zastanawiał się, czy nie powinien żałować...
Zacisnął te palce jeszcze mocniej.
- Byłem pewny, że zniszczyła wszystkie.
I znowu wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Podniósł się do siadu, przycisnął do siebie Laurenta jedną ręką i... z całej siły rzucił tym kamieniem o sufit. Rozbił się tak, jak rozbija się szkło, ale nie spadł na ziemię - pokruszył się na setki kawałków, które pokryły sklepienie sypialni Prewetta i oto była odpowiedź na jego zagadkę - niebo. Niedokładne. Przypominało nieco to z Wielkiej Sali w Hogwarcie, ale posiadało wiele mankamentów - bo Crow nie znał się na astronomii, znał się na fizyce i miał swoje ulubione gwiazdozbiory, ale nie był w tym w ogóle precyzyjny. To było jego niebo. Niedoskonałe, ale jednocześnie piękne - bo nie chodząc do szkoły, tak naprawdę nie miał jak zainspirować się wspomnieniem większości czarodziejskich dzieci. Miało być jak lampa. Rozbłyskać, kiedy tego potrzebują i gasnąć, kiedy ktoś pociągnął za srebrny sznurek wiszący gdzieś z boku. Pociągnięty zbierał wszystkie świecące okruchy w całość. Zaprojektował to, wykonał mechanizm, znalazł rzemieślnika, który mógł mu to zakląć. Stworzył to z potrzeby swojego smutnego serca tęskniącego za powierzchnią - to było coś stworzonego dla siebie i dla innych szczurów.
Miało dawać im nadzieję.
Opadł na te poduszki jeszcze raz, tym razem w ogóle nie dając mu wyboru - musiał opaść na nie razem z nim, znów do niego przyklejony. A później Crow znów pocałował go w czubek głowy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.