12.04.2024, 21:42 ✶
Już raz miał okazję wcielić się w rolę mitologicznego Ikara i pofrunąć w przestworza z nadzieją na lepsze jutro. Na co dzień miał czasem aż nazbyt pozytywne podejście do świata, jednak był ten jeden moment, wyniesiony ponad inne pod wpływem pięknych słów i jeszcze piękniejszych obietnic, gdy czuł, że szczęście i do niego się uśmiechnęło. Przez krótki czas czuł się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie, tylko po to, aby wyrwać się z tego snu, gdy był sekundy od zderzenia z tonią mrocznego morza. Znalazł się zbyt blisko słońca, a to pokazało mu, jak przekorne potrafiło być przyjemne ciepło, jakie czuł na co dzień na skórze.
Uśmiechnął się na dźwięk śmiechu Anthony'ego. Było to nieco niezręczne, że robili sobie żarty kosztem Morfeusza, jednak... Nie było go tu teraz. A para czarodziejów na pewno będzie miała po powrocie ciekawsze tematy do rozmowy, niż to, jakimi żartami sypał Erik w przerwie między aktami opery.
— W człowieku chyba z natury jest za dużo arogancji, aby odpowiednio szybko dojść do takich wniosków — odpowiedział na oskarżenia skierowane w stronę Otella. — Empatia wprawdzie pozwala na wczucie się w sytuację drugiej osoby, ale własnej świadomości nie powstrzymamy. Przez większość życia posługujemy się swoją prywatną perspektywą. Wszystko inne jest ciekawostką, dodatkiem albo narzędziem. O, ubarwieniem! — Pstryknął cicho palcami, niezwykle zadowolony z siebie. — Nawet gdyby Otello miał głowę wypchaną po brzegi historiami o wielkich wzlotach i tragicznych upadkach, mógłby nie dostrzec tych objawów we własnym życiu. Chyba, że byłby jasnowidzem. Wówczas faktycznie zacząłby przypominać Morfeusza.
Raczej nie dążył ku jakiejś konkretnej konkluzji. Zamiast tego pozwolił myślom płynąć swobodnie, dzieląc się swoimi przemyśleniami z Anthonym, zapraszając go do tego, aby dodał coś od siebie. Mógł zaakceptować jego punkt widzenia prostym skinieniem głowy, jednak mógł równie dobrze robić jego argumentację na kawałki, a potem sięgnąć po kilka co lepszych fragmentów i ułożyć z nich coś kompletnie nowego. Chyba to było najbardziej satysfakcjonujące w takich rozmowach: dziki, nieokiełznany element w formie drugiego rozmówcy, którego mogło nagle olśnić, gdy szare komórki odpowiednio zetknęły się ze sobą.
— Byłbym głupcem, gdybym tego nie zrobił — przyznał na slowa starszego czarodzieja. — Za to ty musisz przyznać, że jest to nad wyraz wręcz smutne. To jak życie w nieustannym zawieszeniu. Ciągłe czekasz na cios, truciznę czy skrytobójcę, a żadne z nich nie nadchodzi. — Kąciki jego ust opadły, a usta zacisnęły się w cienką linię. — Człowiek oczekuje bólu, bo to coś, co poznał na własnej skórze i przywykł do tego. Jak bity pies, który nie wie, jak się zachować, gdy ktoś okaże mu odrobinę miłości.
Wracając do Anthony'ego... Po prostu myślał. Odwykł od zabiegania o czyjeś względu. Raz się sparzył i to do tego stopnia, że praktycznie się wypalił i ledwo zdołał poskładać na nowo. A łatwe to nie było, biorąc pod uwagę, że jego związek z niejakim Laurencem Selwynem był jedną z najpilniej strzeżonych przez jego tajemnic. Ostatnie krople lojalności wobec dawnego partnera i po prostu ludzka godność nie pozwoliły mu na to, aby kłapać o tym językiem nawet podczas rozmów w cztery oczy z najbardziej zaufanymi osobami. Lizał więc rany w samotności, zakładając kolejną maskę i licząc, że nikt nie zauważy u niego żadnych zmian.
Teraz było lepiej, jednak czy znowu nie wystawiał się na potencjalny atak? A jednak we włoskim miasteczka, z dala od angielskiej socjety, łatwiej mu było być po prostu Erikiem - jedną z wielu twarzy w tłumie, która po prostu chciała spędzić trochę czasu z kimś innym. Poza tym teraz był starszy. Mądrzejszy. Może nie bardziej wyrachowany, ale... Wyczulony na to, czego powinien unikać. A Shafiq jak dotąd nie sprawił, że w jego głowie rozbrzmiał czerwony alarm, a ciało podświadomie kazało mu się odsunąć. To mogło być coś... dobrego.
— Emm — stracił na moment wątek. — Panna cotta faktycznie brzmi dobrze. Tak samo, jak kolejny kieliszek wina z tobą, ale...
Ta propozycja bardzo go zaskoczyła, bo nawet w przez myśl mu nie przeszło, że jego samopoczucie mogło rywalizować z Verdim w piramidzie potrzeb Anthony'ego. Rozejrzał się dyskretnie na boki, jak gdyby próbował się zorientować, czy podczas jego nieobecności nie miał miejsca jakiś incydent, który zniechęcił Shafiqa do zostania na operze do samego końca. Wszystko wydawało się jednak takie samo, nie licząc tego, że otulający rynek mrok, zdawał się znacznie ciemniejszy niż te trzydzieści minut temu.
— Jesteś pewny? — Przekrzywił lekko głowę z nieco zbolałą miną. Nie chciał mu rujnować końcówki wyjazdu przez to, że nie był przyzwyczajony do włoskich występów. — To znaczy... Nie będziesz żałować? Nie miałeś za bardzo okazji, żeby odpocząć, a ewidentnie ci się podoba. — Zerknął w stronę głównej sceny, która dalej pozostawała wyludniona. — Masz prawo do tego, żeby spędzić trochę czasu po swojemu. Jestem twardym stróżem prawa. Wytrzymam, jeśli ci zależy.
Chociaż rozleniwienie Włochów w kwestii punktualności nie uszło jego uwadze w ciągu ostatnich dni, tak sądził, że publiczne pokazy będą stanowić swoisty wyjątek od reguły. To była rozrywka przeznaczona nie tylko dla mieszkańców miasteczka, ale też turystów, którzy nie przywykli do tutejszych standardów. Kto wie, może akurat w takich sytuacjach chodzili jak w zegarku? Przerwy podczas przedstawień teatralnych były Erikowi znane, jednak te zazwyczaj nie trwały dłużej niż trzydzieści lub czterdzieści minut. Czy tutaj nie mogli liczyć na coś podobnego?
— Dopóki nie porzucisz mnie tutaj na pastwę losu, to u twojego boku będzie mi lepiej niż dobrze — odparował, napełniając usta winem. Uśmiechnął się przewrotnie do Anthony'ego. — Poza tym, planuje się trzymać bardzo blisko ciebie do naszego powrotu. Jak rzep psidwakowego ogona. — Poprawił się na siedzeniu, aby trącić lekko kolanem nogę swojego towarzysza. — Nie chcę płynąć wpław do Londynu, gdybyśmy nagle się rozdzielili.
Uśmiechnął się na dźwięk śmiechu Anthony'ego. Było to nieco niezręczne, że robili sobie żarty kosztem Morfeusza, jednak... Nie było go tu teraz. A para czarodziejów na pewno będzie miała po powrocie ciekawsze tematy do rozmowy, niż to, jakimi żartami sypał Erik w przerwie między aktami opery.
— W człowieku chyba z natury jest za dużo arogancji, aby odpowiednio szybko dojść do takich wniosków — odpowiedział na oskarżenia skierowane w stronę Otella. — Empatia wprawdzie pozwala na wczucie się w sytuację drugiej osoby, ale własnej świadomości nie powstrzymamy. Przez większość życia posługujemy się swoją prywatną perspektywą. Wszystko inne jest ciekawostką, dodatkiem albo narzędziem. O, ubarwieniem! — Pstryknął cicho palcami, niezwykle zadowolony z siebie. — Nawet gdyby Otello miał głowę wypchaną po brzegi historiami o wielkich wzlotach i tragicznych upadkach, mógłby nie dostrzec tych objawów we własnym życiu. Chyba, że byłby jasnowidzem. Wówczas faktycznie zacząłby przypominać Morfeusza.
Raczej nie dążył ku jakiejś konkretnej konkluzji. Zamiast tego pozwolił myślom płynąć swobodnie, dzieląc się swoimi przemyśleniami z Anthonym, zapraszając go do tego, aby dodał coś od siebie. Mógł zaakceptować jego punkt widzenia prostym skinieniem głowy, jednak mógł równie dobrze robić jego argumentację na kawałki, a potem sięgnąć po kilka co lepszych fragmentów i ułożyć z nich coś kompletnie nowego. Chyba to było najbardziej satysfakcjonujące w takich rozmowach: dziki, nieokiełznany element w formie drugiego rozmówcy, którego mogło nagle olśnić, gdy szare komórki odpowiednio zetknęły się ze sobą.
— Byłbym głupcem, gdybym tego nie zrobił — przyznał na slowa starszego czarodzieja. — Za to ty musisz przyznać, że jest to nad wyraz wręcz smutne. To jak życie w nieustannym zawieszeniu. Ciągłe czekasz na cios, truciznę czy skrytobójcę, a żadne z nich nie nadchodzi. — Kąciki jego ust opadły, a usta zacisnęły się w cienką linię. — Człowiek oczekuje bólu, bo to coś, co poznał na własnej skórze i przywykł do tego. Jak bity pies, który nie wie, jak się zachować, gdy ktoś okaże mu odrobinę miłości.
Wracając do Anthony'ego... Po prostu myślał. Odwykł od zabiegania o czyjeś względu. Raz się sparzył i to do tego stopnia, że praktycznie się wypalił i ledwo zdołał poskładać na nowo. A łatwe to nie było, biorąc pod uwagę, że jego związek z niejakim Laurencem Selwynem był jedną z najpilniej strzeżonych przez jego tajemnic. Ostatnie krople lojalności wobec dawnego partnera i po prostu ludzka godność nie pozwoliły mu na to, aby kłapać o tym językiem nawet podczas rozmów w cztery oczy z najbardziej zaufanymi osobami. Lizał więc rany w samotności, zakładając kolejną maskę i licząc, że nikt nie zauważy u niego żadnych zmian.
Teraz było lepiej, jednak czy znowu nie wystawiał się na potencjalny atak? A jednak we włoskim miasteczka, z dala od angielskiej socjety, łatwiej mu było być po prostu Erikiem - jedną z wielu twarzy w tłumie, która po prostu chciała spędzić trochę czasu z kimś innym. Poza tym teraz był starszy. Mądrzejszy. Może nie bardziej wyrachowany, ale... Wyczulony na to, czego powinien unikać. A Shafiq jak dotąd nie sprawił, że w jego głowie rozbrzmiał czerwony alarm, a ciało podświadomie kazało mu się odsunąć. To mogło być coś... dobrego.
— Emm — stracił na moment wątek. — Panna cotta faktycznie brzmi dobrze. Tak samo, jak kolejny kieliszek wina z tobą, ale...
Ta propozycja bardzo go zaskoczyła, bo nawet w przez myśl mu nie przeszło, że jego samopoczucie mogło rywalizować z Verdim w piramidzie potrzeb Anthony'ego. Rozejrzał się dyskretnie na boki, jak gdyby próbował się zorientować, czy podczas jego nieobecności nie miał miejsca jakiś incydent, który zniechęcił Shafiqa do zostania na operze do samego końca. Wszystko wydawało się jednak takie samo, nie licząc tego, że otulający rynek mrok, zdawał się znacznie ciemniejszy niż te trzydzieści minut temu.
— Jesteś pewny? — Przekrzywił lekko głowę z nieco zbolałą miną. Nie chciał mu rujnować końcówki wyjazdu przez to, że nie był przyzwyczajony do włoskich występów. — To znaczy... Nie będziesz żałować? Nie miałeś za bardzo okazji, żeby odpocząć, a ewidentnie ci się podoba. — Zerknął w stronę głównej sceny, która dalej pozostawała wyludniona. — Masz prawo do tego, żeby spędzić trochę czasu po swojemu. Jestem twardym stróżem prawa. Wytrzymam, jeśli ci zależy.
Chociaż rozleniwienie Włochów w kwestii punktualności nie uszło jego uwadze w ciągu ostatnich dni, tak sądził, że publiczne pokazy będą stanowić swoisty wyjątek od reguły. To była rozrywka przeznaczona nie tylko dla mieszkańców miasteczka, ale też turystów, którzy nie przywykli do tutejszych standardów. Kto wie, może akurat w takich sytuacjach chodzili jak w zegarku? Przerwy podczas przedstawień teatralnych były Erikowi znane, jednak te zazwyczaj nie trwały dłużej niż trzydzieści lub czterdzieści minut. Czy tutaj nie mogli liczyć na coś podobnego?
— Dopóki nie porzucisz mnie tutaj na pastwę losu, to u twojego boku będzie mi lepiej niż dobrze — odparował, napełniając usta winem. Uśmiechnął się przewrotnie do Anthony'ego. — Poza tym, planuje się trzymać bardzo blisko ciebie do naszego powrotu. Jak rzep psidwakowego ogona. — Poprawił się na siedzeniu, aby trącić lekko kolanem nogę swojego towarzysza. — Nie chcę płynąć wpław do Londynu, gdybyśmy nagle się rozdzielili.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞