12.04.2024, 22:46 ✶
Może jednak nie powinienem tak bardzo pragnąć rozmów z Flynnem, gdyż oznaczały tarapaty. Miałem zjazdy emocji, wątpliwości, świadomość bycia na straconej pozycji, rozkminy na temat życia i śmierci, niepewność, czy następnego dnia ujrzę Flynna całego i zdrowego, nieprzespane noce i niekontrolowane głodówki, a jeszcze może niezadowolenie wśród cyrkowców, bo z pewnością widzieli mnie nie ten teges... Choć starałem się być nieobecny z powodów służbowych, ale jednak. Może jednak przesadzałem, ale wariowałem. Może nawet bardziej niż mój rozmówca, bo jednak usilnie pragnąłem stabilizacji, a w zamian tego dostawałem niekontrolowany pokaz fajerwerków. Niekoniecznie tych dobrych, bo kilka z nich paliło mój związek z Flynnem i moją psychikę. Zbyt wiele jak na kogoś, kto dotychczas miał jedno zadanie - utrzymać ten pierdolnik w ryzach.
Zaskoczony pacnąłem na tyłek za namową Flynna. Ten w sumie nic nie mówił, ale wymagał gestem. Raz ja dominowałem, raz on... Wymienialiśmy się wedle uznania i potrzeby chwili - nie było w tym nic dziwnego, gdybym nie brał poprawki na to, że był chory i zamiast się zawinąć w ciepłą kołdrę, to mieliśmy popadać w coraz większe tarapaty. Bo jego pytania powodowały, że szukałem odpowiedzi i z każdym kolejnym pytaniem uświadamiałem sobie, że sprowokowałem kolejne obietnice, które ciężko będzie mi zachować. Bo chciałem mu mówić, że wszystko będzie dobrze. Tego właśnie dla niego chciałem, ale pragnąłem również spokojniejszego Flynna, kochanego, tego chłopaka, co się pomiędzy namiotami bawił z dzieciakami, a nie jakiegoś smutnego psychopatę, który rozważał pójście w zaświaty. Chciałem go przede wszystkim zatrzymać przy sobie. Ale mu tego nie powiem. Nie mogłem mu tego powiedzieć. Nic z tych przemyśleń.
- Dalej będę cię chciał, dalej będę cię kochał i dalej będę na ciebie czekał - wyparowałem. Słowa, których chciałem użyć w pierwszym odruchu, bez rozkmin, bez głębszego przemyślenia, prosto z serca. Tak miało być i tak będzie. - I będziemy razem żyć, razem gnić. Co tylko sobie wymarzysz - obiecałem, jednocześnie zastanawiając się, szykując w głowie plany, w jaki sposób będę w stanie tego dotrzymać, sprostać tym wyzwaniom. Niezbyt łatwe zadanie, ale Flynn był jednym z tych członków trupy, którzy byli bardziej wymagający, jeśli chodziło o trzymanie ich w ryzach. Może nawet królował tej grupie... Niestety.
Teraz to ja go pocałowałem. Raz, drugi. Pewnie oboje skończymy przeziębieni, ale przyda mi się odpoczynek. Może w końcu się oboje wyciszymy, zwolnimy z tempem życia...? Tak jak teraz. Wziąłem mu kilka pukli tak by opadły na policzki. Mokre od wody, czyste już, pozbawione soli morskiej i resztek alg czy innego mułu.
- Ty to serio jesteś jak taka typowa żona moja - zauważyłem z leniwym uśmiechem, cmokając go w czoło tym razem. - Chory, wpełza na kolana i pyta, czy go kochać będę... A, będę mocno! - Złapałem go, objąłem i przyciągnąłem bliżej swojej piersi. Modliłem się w duchu by nie zgniótł mi jajek po drodze.
Zaskoczony pacnąłem na tyłek za namową Flynna. Ten w sumie nic nie mówił, ale wymagał gestem. Raz ja dominowałem, raz on... Wymienialiśmy się wedle uznania i potrzeby chwili - nie było w tym nic dziwnego, gdybym nie brał poprawki na to, że był chory i zamiast się zawinąć w ciepłą kołdrę, to mieliśmy popadać w coraz większe tarapaty. Bo jego pytania powodowały, że szukałem odpowiedzi i z każdym kolejnym pytaniem uświadamiałem sobie, że sprowokowałem kolejne obietnice, które ciężko będzie mi zachować. Bo chciałem mu mówić, że wszystko będzie dobrze. Tego właśnie dla niego chciałem, ale pragnąłem również spokojniejszego Flynna, kochanego, tego chłopaka, co się pomiędzy namiotami bawił z dzieciakami, a nie jakiegoś smutnego psychopatę, który rozważał pójście w zaświaty. Chciałem go przede wszystkim zatrzymać przy sobie. Ale mu tego nie powiem. Nie mogłem mu tego powiedzieć. Nic z tych przemyśleń.
- Dalej będę cię chciał, dalej będę cię kochał i dalej będę na ciebie czekał - wyparowałem. Słowa, których chciałem użyć w pierwszym odruchu, bez rozkmin, bez głębszego przemyślenia, prosto z serca. Tak miało być i tak będzie. - I będziemy razem żyć, razem gnić. Co tylko sobie wymarzysz - obiecałem, jednocześnie zastanawiając się, szykując w głowie plany, w jaki sposób będę w stanie tego dotrzymać, sprostać tym wyzwaniom. Niezbyt łatwe zadanie, ale Flynn był jednym z tych członków trupy, którzy byli bardziej wymagający, jeśli chodziło o trzymanie ich w ryzach. Może nawet królował tej grupie... Niestety.
Teraz to ja go pocałowałem. Raz, drugi. Pewnie oboje skończymy przeziębieni, ale przyda mi się odpoczynek. Może w końcu się oboje wyciszymy, zwolnimy z tempem życia...? Tak jak teraz. Wziąłem mu kilka pukli tak by opadły na policzki. Mokre od wody, czyste już, pozbawione soli morskiej i resztek alg czy innego mułu.
- Ty to serio jesteś jak taka typowa żona moja - zauważyłem z leniwym uśmiechem, cmokając go w czoło tym razem. - Chory, wpełza na kolana i pyta, czy go kochać będę... A, będę mocno! - Złapałem go, objąłem i przyciągnąłem bliżej swojej piersi. Modliłem się w duchu by nie zgniótł mi jajek po drodze.