Ból nie pomagał. Pomagało mu cierpienie. Ale nie odpowiedział. Nie pokręcił nawet głową. Zamarł. Nie potwierdził też kolejnych jego słów - właśnie dlatego, że miał rację. Angielski nie pozwalał mu powiedzieć wszystkiego. Język... generalnie język był tak skomplikowaną sprawą, jego problem z mową był zbyt złożony, żeby go jednym zdaniem rozłożyć na czynniki pierwsze. Od zawsze miał wrażenie, jakby niektórych rzeczy nie powinno się opisywać, tylko pokazywać. Bo ich się nie wypowiadało, tylko czuło. Tylko i wyłącznie samotność czyniła go kimś, kto potrafił to charakteryzować - leżąc na dachach wozu Alexandra, śpiąc w zatęchłych korytarzach, budząc się w łóżkach ludzi, których tak naprawdę nie znał - zawsze myślał o tym, jak mogłyby potoczyć się jakieś rozmowy, gdyby jednak miał odwagę się odezwać. Gdyby powiedział prawdę. Teraz coś niby cisnęło się na usta - obelgi, próby odepchnięcia go najdalej jak tylko potrafił, żeby nie czuć już przerażenia i bezsilności wobec wiedzy, jaką Prewett posiadł jakby bez żadnego powodu. No bo skąd?
Zamiast tego sam zadrżał. Jakim prawem? Skąd, do cholery? Znał jego pseudonim - no dobrze, plakaty reklamujące przedstawienie wisiały rozwieszone po całym Londynie. Jego imię - czy padło podczas ich ostatniego spotkania? Opowiedziała mu to jego siostra? Ale nawet jeśli - ona nie znała takich detali, była młodziutką, słodką dziewczynką, której opowiadał kompletne bzdury i nie zauważył kiedy dorosła i zorientowała się, że to bajki. Ale wciąż - nie znała go takim. Nie potrafiłaby przekazać Prewettowi tylu informacji, żeby zaczął gadać słowami jakby wyjętymi mu z gardła. To było... okropne. Kompletnie nie obchodziła go nagość - to były tylko ciała. Ale to... Czuł się, jakby Laurent podkradał sobie fragmenty jego jestestwa, które oddał zupełnie innym od niego ludziom. Już nie kim, tylko czym on kurwa był? To nie on powinien się o niego martwić, narzekać na to, że nic nie zjadł, robić jakieś durne zakłady tylko po to, żeby nie wyszedł na zewnątrz głodny. To nie on powinien poprawiać go kiedy mówił bzdury, albo nie rozumiał słowa, którego sam użył. To nie on powinien mu je tłumaczyć. To nie jego powinien wynosić na szczyt i błogosławić jego ciało, żeby przynieść mu ulgę, której tak bardzo potrzebował. To nie jemu powinien budować rzeczy. Obiecywać cholerne miasta. Podzielił to przecież pomiędzy innych, całkiem sprawiedliwie. Jakoś musiał radzić sobie psychicznie z tym, że było ich dwóch. Prewett był tutaj złodziejem.
Nawet tak zmęczony, z rozciętą nogą, na absolutnym skraju wyczerpania, był pewien jednego - to nie było możliwe, żeby ta tleniona dziwka była jakimś mistycznym kurwa bytem. Bycie muśniętym przez morskie fale nie czyniło go nagle kimś ponad wszystkimi - jeżeli nie wierzył w przeznaczenie, to zawiedzie się szybko, bo wszystkim urodzonym, przeznaczone było zdechnąć od dnia, w którym odważyli się zaistnieć na tym świecie. Laurent Prewett też będzie kiedyś gryzł piach - był tak samo żałosny jak wszyscy chcąc poczuć, że żyje w rozpadającym się ciele mającym zgnić, przeistoczyć się w coś innego, co nie będzie pamiętało, ile dziur wydrążył w sercach podążających za nim, pragnących go jak czegoś świętego. Miał tylko jeden, maleńki problem - każde, nawet najdelikatniejsze muśnięcie skóry, jakie mu teraz ofiarował, wprawiało go w osłupienie. Sprezentował mu nawet gorszą karę, niż on sam sobie stworzył, rozcinając własne udo. Nie był już falą wciągającą go w głąb morskiej toni, tylko wrzątkiem spływającym po jego ciele. Jego ciepło przyprawiało go o mdłości, a jednocześnie był go głodny. Albo go nienawidził, albo się w nim zakochiwał i nie potrafił sobie tego przyznać. Niezależnie od prawdy - mógł buntować się i płakać, ale i tak miał wrażenie, że decyzja znajdowała się poza zasięgiem jego dłoni.
Piękne...
Zakręciło mu się w głowie. Ból rany stał się najmniejszym z jego problemów. Największym nie było to jak wielu chciało jego śmierci - stało się nim to, jak mocno zabiło mu teraz serce, a przylegający do niego Laurent musiał to poczuć.
- Jest... - nie odzywał się już tak długo, aby dźwięk jego głosu wybrzmiał w tym miejscu jakoś obco. Nie odpowiedział na żadne z zadanych mu pytań. Kiedyś przecież odkryje ten srebrny sznurek i za niego pociągnie. - Jest jakakolwiek szansa na to, że mógłbyś mnie kiedyś pokochać? - Wszystko w jego ciele wydało z siebie teraz potworny jazgot, a on, chociaż z każdym kolejnym akapitem starał się zbijać tę jego boskość, teraz naprawdę modlił się w duszy do tej pary jasnoszarych oczu. Modlił się o to, żeby Laurent odpowiedział: nie i pozwolił mu na odetchnięcie ulgi. Panicznie wręcz nie chciał, żeby cokolwiek co się tutaj zadziało, stało się prawdą.
Zamiast tego sam zadrżał. Jakim prawem? Skąd, do cholery? Znał jego pseudonim - no dobrze, plakaty reklamujące przedstawienie wisiały rozwieszone po całym Londynie. Jego imię - czy padło podczas ich ostatniego spotkania? Opowiedziała mu to jego siostra? Ale nawet jeśli - ona nie znała takich detali, była młodziutką, słodką dziewczynką, której opowiadał kompletne bzdury i nie zauważył kiedy dorosła i zorientowała się, że to bajki. Ale wciąż - nie znała go takim. Nie potrafiłaby przekazać Prewettowi tylu informacji, żeby zaczął gadać słowami jakby wyjętymi mu z gardła. To było... okropne. Kompletnie nie obchodziła go nagość - to były tylko ciała. Ale to... Czuł się, jakby Laurent podkradał sobie fragmenty jego jestestwa, które oddał zupełnie innym od niego ludziom. Już nie kim, tylko czym on kurwa był? To nie on powinien się o niego martwić, narzekać na to, że nic nie zjadł, robić jakieś durne zakłady tylko po to, żeby nie wyszedł na zewnątrz głodny. To nie on powinien poprawiać go kiedy mówił bzdury, albo nie rozumiał słowa, którego sam użył. To nie on powinien mu je tłumaczyć. To nie jego powinien wynosić na szczyt i błogosławić jego ciało, żeby przynieść mu ulgę, której tak bardzo potrzebował. To nie jemu powinien budować rzeczy. Obiecywać cholerne miasta. Podzielił to przecież pomiędzy innych, całkiem sprawiedliwie. Jakoś musiał radzić sobie psychicznie z tym, że było ich dwóch. Prewett był tutaj złodziejem.
Nawet tak zmęczony, z rozciętą nogą, na absolutnym skraju wyczerpania, był pewien jednego - to nie było możliwe, żeby ta tleniona dziwka była jakimś mistycznym kurwa bytem. Bycie muśniętym przez morskie fale nie czyniło go nagle kimś ponad wszystkimi - jeżeli nie wierzył w przeznaczenie, to zawiedzie się szybko, bo wszystkim urodzonym, przeznaczone było zdechnąć od dnia, w którym odważyli się zaistnieć na tym świecie. Laurent Prewett też będzie kiedyś gryzł piach - był tak samo żałosny jak wszyscy chcąc poczuć, że żyje w rozpadającym się ciele mającym zgnić, przeistoczyć się w coś innego, co nie będzie pamiętało, ile dziur wydrążył w sercach podążających za nim, pragnących go jak czegoś świętego. Miał tylko jeden, maleńki problem - każde, nawet najdelikatniejsze muśnięcie skóry, jakie mu teraz ofiarował, wprawiało go w osłupienie. Sprezentował mu nawet gorszą karę, niż on sam sobie stworzył, rozcinając własne udo. Nie był już falą wciągającą go w głąb morskiej toni, tylko wrzątkiem spływającym po jego ciele. Jego ciepło przyprawiało go o mdłości, a jednocześnie był go głodny. Albo go nienawidził, albo się w nim zakochiwał i nie potrafił sobie tego przyznać. Niezależnie od prawdy - mógł buntować się i płakać, ale i tak miał wrażenie, że decyzja znajdowała się poza zasięgiem jego dłoni.
Piękne...
Zakręciło mu się w głowie. Ból rany stał się najmniejszym z jego problemów. Największym nie było to jak wielu chciało jego śmierci - stało się nim to, jak mocno zabiło mu teraz serce, a przylegający do niego Laurent musiał to poczuć.
- Jest... - nie odzywał się już tak długo, aby dźwięk jego głosu wybrzmiał w tym miejscu jakoś obco. Nie odpowiedział na żadne z zadanych mu pytań. Kiedyś przecież odkryje ten srebrny sznurek i za niego pociągnie. - Jest jakakolwiek szansa na to, że mógłbyś mnie kiedyś pokochać? - Wszystko w jego ciele wydało z siebie teraz potworny jazgot, a on, chociaż z każdym kolejnym akapitem starał się zbijać tę jego boskość, teraz naprawdę modlił się w duszy do tej pary jasnoszarych oczu. Modlił się o to, żeby Laurent odpowiedział: nie i pozwolił mu na odetchnięcie ulgi. Panicznie wręcz nie chciał, żeby cokolwiek co się tutaj zadziało, stało się prawdą.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.